poniedziałek, 21 marca 2016

"Kiedy na mnie patrzysz" Epilog czesc 3


Zimno. To była pierwsza myśl, jaka zadzwoniła w głowie Kariny, zaraz po przebudzeniu, ale nawet ta jedna, pojedyncza myśl sprawiła, że jej głowa zaczęła wirować w takt białych kropek tańczących przed jej oczami. Otuliła się szczelnie kołdrą, ale to nie pomogło w rozgrzaniu się. Wciąż było jej niedobrze, ale w porównaniu do tego, co przeżywała w nocy, teraz odczuwała to, jako niewielką niedogodność.
Karina zebrała się na odwagę i podniosła delikatnie głowę znad poduszki i rozejrzała się po pokoju. No tak, była w pokoju Alka, ale jak się tu dostała pozostało dla niej tajemnicą. Jej głowa, chociaż wciąż ciężka, nie bolała, co było olbrzymim błogosławieństwem, bo nie było nic gorszego niż ból głowy na kacu. Nie mogła tego powiedzieć o reszcie kończyn. Z wielkim zdziwieniem zauważyła, że na łokciu miała wielkiego, bolesnego siniaka, a gdy próbowała zsunąć się z łóżka, omal nie upadła, tak bardzo zabolała ją noga w kolanie i kość ogonowa. Co się do cholery wczoraj działo? Zapytała się w myślach.
 Alek. To była jej kolejna myśl. Gdzie się podziewa i dlaczego nie ma go w łóżku? Jak przez mgłę pamiętała, że czuwał nad nią w nocy i pomagał, kiedy wczorajsze wino uznało, że zasiedziało się w jej żołądku i postanowiło się z niego gwałtownie wydostać. Tak, a potem Alek zajął się nią pod prysznicem i nawet umył jej włosy, zaczęła sobie przypominać. Sięgnęła ręką do rozpuszczonych włosów, żeby przeczesać je palcami. Jezu, ale miał przez ze mnie wczoraj problemów. Poczuła wstyd, a czarna plama w miejscu wczorajszego wieczora tylko dokładała odważników do jej i tak ciężkiego poczucia winy.
Jak na zawołanie w drzwiach stanął Aleksander z wielkim uśmiechem na ustach. Podszedł do niej i ukucnął przy jej kolanach. Karina próbowała usadowić się na łóżku pomimo posiniaczonej tylnej części ciała. Alek odgarnął jej włosy z czoła i zebrał je na jeden bok, po czym pocałował ją najpierw delikatnie, a potem mocniej, przytrzymując jej twarz w obu dłoniach. Karina nie mogła złapać oddechu, dlatego musiała się od niego odsunąć. Alek przyjął to z rozczarowaniem, ale po chwili uśmiechnął się tym swoim pewnym siebie uśmiechem, który zawsze odbierał jej zdolność logicznego myślenia.
- Jak się czujesz Karina? – zapytał, wciąż się jej przyglądając.
- Lepiej – odpowiedziała z niemrawym uśmiechem. – Przepraszam za wczoraj. Nie wiem, co się dokładnie działo, jak się tu znalazłam i dlaczego boli mnie tyłek, ale wiem, że musiałam ci nieźle dopiec – powiedziała prawie nieśmiało, bo w tej chwili było jej po prostu wstyd.
- No, byłaś małym upierdliwcem, ale to nic. Po to mnie masz, żebym zbierał do kupy twój pijacki, potłuczony tyłek i doprowadzał cię do porządku – zaśmiał się na końcu zdania. – Po to mnie masz, Karina – dodał już całkiem poważnie.
- Dzięki – odpowiedziała, cmokając go w oba policzki, a na koniec w usta.
W jednej chwili zadrżała, kiedy do pokoju wpadł zimny podmuch z korytarza. Objęła się ramionami, ale że była tylko w koszulce na ramiączkach i majtkach, nie za wiele to pomogło. Szybko wskoczyła pod kołdrę.
- Dlaczego jest tak zimno, Alek? – zazgrzytała oskarżycielsko zębami.
- Słońce, to dom, a nie mieszkanie. Tu trzeba samemu rozpalić w piecu, co właśnie skończyłem robić zanim do ciebie wróciłem, ale musimy chwilę poczekać, żeby na dobre się rozgrzał. – tłumaczył jej jak małemu dziecku, co ku jej zaskoczeniu nie poirytowało ją, tylko sprawiło, że poczuła się kochana i otoczona opieką.
Kochała Aleksandra tak bardzo, że to uczucie stało się oddzielnym bytem, który egzystował sobie w jej sercu i za nic w świecie nie zamierzał stamtąd odchodzić.  
Zaczesała jego włosy, które swoją długością zaczynały przypominać fryzurę, którą miał przez krótką chwilę na weselu Ani i James’a. Wkrótce potem, na skutek chemioterapii stracił wszystkie włosy, a nawet brwi. Karina musiała się temu przyglądać bezsilnie. Była tylko obserwatorem w jego walce, która wbrew temu, co się mówi i pisze nie była piękna i chwalebna. Była brzydka i okrutna, tak jak choroba, która chciała go jej odebrać.
Karina nigdy nie zapomni tych kilku tygodni, które były nawet gorsze, niż to, co przydarzyło jej się w zimnym zakamarku krakowskiego rynku. Nigdy nie sądziła, że kiedyś tak pomyśli, ale w tej chwili nie znała uczucia straszniejszego i bardziej bolesnego, niż świadomość, że może stracić Aleksandra. Bez niego nie umiała już żyć.
Odetchnęła głęboko, próbując wyrzucić z pamięci cierpiącego Alka, wolała pamiętać i myśleć o nim, w takiej wersji, która stała w teraz przed nią.
- Wiem, że dziś wigilia i powinniśmy pościć, ale nie możesz siedzieć cały dzień na pusty żołądek, więc zrobiłem nam tosty z dżemem – powiedział, uśmiechając się czule.
- Dzięki. Daj mi sekundę, ogarnę się i zaraz zejdę do kuchni – przytuliła się na chwilę do niego, po czym wyskoczyła z ciepłego i przytulnego łóżka, i pobiegła do łazienki.
Po śniadaniu, zaczęli pakować prezenty, które przywieźli ze sobą z Warszawy, a ponieważ szło im to kiepsko, każda kolejna próba kończyła się wybuchem śmiechu. Karina nie pamiętała takiego momentu w swoim życiu, w którym śmiałaby się tak często i tak beztrosko i nie dlatego, że jej życie obfitowało w jakieś szczególnie zabawne zdarzenia, ale dlatego, że czuła zapomnianą dawno lekkość na sercu. Tylko wtedy mogła być sobą i śmiać się nawet z najgłupszych rzeczy, gdy była wolna i gdy znowu czuła, że żyje.
Dzień zapowiadał się słonecznie, co wcale nie oznaczało, że śnieg przestał padać. Nie przestał i nie wyglądało na to, że stanie się to w najbliższej przyszłości. Karinie to w ogóle nie przeszkadzało, ponieważ uwielbiała białe święta, a widok spadających powoli i skrzących się w słońcu płatków śniegu oczarowywał ją. Jedyny problem stanowił siarczysty mróz, który był jak drobne nożyki wbijające się w skórę, a zaczerpnięcie każdego oddechu stawało się dość bolesnym doświadczeniem. Niestety, nie dało się oddzielić piękna ośnieżonego świata od przenikającego do szpiku kości zimna. Były ze sobą połączone jak dwie komory serca, pracujące w pełnej synchronizacji.
Aleksander zabrał się za rozpakowywanie ich bagaży na górze, a w tym czasie Karina postanowiła ogarnąć kuchnię po ich wspólnym śniadaniu. Kiedy odstawiała właśnie ostatni talerz na suszarkę, usłyszała dzwonek do drzwi. Zerknęła najpierw na schody w nadziei, że Alek przejmie od niej tego kogoś, ponieważ czuła się trochę nieswojo, panosząc się w cudzym domu. Ale on najwyraźniej niczego nie usłyszał, dlatego opatuliwszy się swoim szalem, wiszącym w przedsionku, ruszyła do drzwi.
Kiedy je otworzyła, napotkała ciemnobrązowe, głęboko osadzone oczy, wpatrujące się w nią tak, jakby Karina zamieniła się przed nimi w karalucha albo w kosmitę. Wysoka dziewczyna, ubrana w opinający ją do granic możliwości niebieski sweter i wysokie kozaki na obcasie, których cholewki sięgały prawie do ud, była tak zaskoczona jej widokiem, że nawet nie drgnęła. Zapewne dziewczyna, kimkolwiek była, spodziewała się zobaczyć, któregoś z mieszkańców tego domu, a nie ją, ale to nie tłumaczyło jej dziwnego zachowania.
Po chwili odchrząknęła i nerwowym gestem zebrała swoje długie ciemne włosy na jeden bok, po czym odezwała się:
- Czy zastałam Aleksandra? – zapytała, czym zaskoczyła Karinę do żywego.
- Hmm tak. Już po niego idę. Niech pani wejdzie – powiedziała tak uprzejmie, jak tylko potrafiła, chociaż wyraz twarzy tej dziewczyny, który z zaskoczonego zmienił się w hardy i pewny siebie trochę ją rozdrażnił i nie miało to nic wspólnego z tym, że ładna dziewczyna pytała o Alka, jakby byli dobrymi znajomymi.
Niespodziewany gość wszedł pewnie do środka, nie wyjaśniając ani jednym słowem powodu swojej wizyty. Swoją postawą sugerowała też, że ma prawo tu być, nawet bardziej niż ona. Kto to do cholery jest i czego chce od Alka?  Pomyślała i poszła w stronę schodów, nie chcąc tracić z oczu ich „gościa”. Mogłaby się okazać na przykład złodziejem i wolała zawołać Aleksandra, niż pójść po niego na górę.
- Co tam kochanie? – odpowiedział, wychylając się zza barierki na piętrze.
- Masz gościa – odpowiedziała z uśmiechem, a Alek zmarszczył brwi, zapewne zastanawiając się, kto to może być.
Zszedł po schodach i kiedy dotarł do parteru, cmoknął Karinę przelotnie w skroń. Zawsze tak robił, nieważne gdzie się znajdowali i nieważne, kto na nich patrzył. Aleksander okazywał jej uczucie każdym gestem i każdym słowem. Karina wiedziała, że nie robił tego na pokaz, czy żeby coś komuś udowodnić. Robił to, bo taki już był, bo ją kochał i tak jak ona, nie potrafił sobie odmówić czułości, kiedy byli blisko siebie.
Gdy pokonał korytarz, omijając ją z wciąż zmarszczonym czołem przystanął przy drzwiach prowadzących do ganku.
- Tak? – usłyszała jego głos.
Karina nie chciała podsłuchiwać, ale co mogła poradzić na to, że kuchnia znajdowała się zaraz przy ganku i wszystko niosło się po korytarzu.
- Cześć – powiedziała dziewczyna, która gdy go tylko zobaczyła, zrobiła się rozmowniejsza – Przepraszam, że znowu zawracam ci głowę, ale mam pewien problem i pomyślałam, że może mógłbyś mi pomóc.
Ciekawe, pomyślała Karina, czując coraz większe rozdrażnienie, a ten jeden wyraz w jej zdaniu świadczący o tym, że nie pierwszy raz mają ze sobą styczność wzbudził jej niepokój. Z całych sił próbowała odsunąć od siebie to cholerne uczucie, które zawsze z niej wypływało, gdy w życiu Aleksandra pojawiała się jakaś kobieta. To było chore i Karina zrobiłaby wszystko, żeby móc przejść do porządku dziennego z tego typu sytuacjami, ale po prostu nie mogła. Ufała mu, ale znała też jego przeszłość i co najgorsze, wiedziała do czego zdolne są kobiety, kiedy czegoś naprawdę chciały, a wiedziała, że kobiety go chciały.
- Przepraszam, ale czy to nie może poczekać? Właśnie razem z dziewczyną wychodzimy z domu i jedziemy do rodziny – powiedział i Karina wyczuła w jego głosie zniecierpliwienie, które znacznie poprawiło jej humor. – Może będę mógł pani pomóc jutro, a jeśli to ważne, to wieczorem – dodał szybko i Karina nie mogła powstrzymać satysfakcji, kiedy Alek zwrócił się do dziewczyny per pani, tworząc w między nimi dystans.
- Och nie, tylko nie pani – zaśmiała się sztucznym, perlistym śmiechem. – Chyba mnie nie pamiętasz, ale bawiliśmy się razem, gdy byliśmy dziećmi. Jestem córką sąsiadów, twoich dziadków. Jestem Paulina – dodała, prawie streszczając swoja biografię w tym wychłodzonym ganku.
- Ach tak – powiedział Alek, co jeszcze bardziej rozbawiło Karinę, bo była niemal pewna, że Alek jej nie pamiętał.
- Tak, a wracając do mojej wcześniejszej prośby, to niestety potrzebuje pomocy teraz. Nie ma nikogo w domu, a mam problem z piecem. Nie zawracałabym ci głowy, a już na pewno nie w wigilię, ale obawiam się, że mogę zamarznąć do wieczora – powiedziała i znowu pojawił się ten straszny śmiech.
Nastała chwilowa cisza i Karina niemal słyszała kłus, biegnących myśli Aleksandra, który próbował się jakoś z tego wymigać, ale najprawdopodobniej się podda, bo nie miał innego wyjścia.
- Ok, zaraz przyjdę – Karina usłyszała zamykane drzwi.
Karina natychmiast odsunęła się od kuchennych drzwi i zajęła się układaniem naczyń do odpowiednich szafek. Kiedy usłyszała Aleksandra odwróciła się do niego z uśmiechem. Za nic w świecie nie chciała dać po sobie poznać, że była zazdrosna, czy niepewna, i że podsłuchiwała ich rozmowę.
- Co tam? – zapytała niewinnie.
Alek westchnął głęboko i przeczesał dłonią włosy.
- Nie wiem. To chyba sąsiadka, ma jakieś problemy z piecem i chce żebym jej pomógł. A skąd ja mam do cholery znać się na piecach grzewczych? – widać było, że ta prośba go poirytowała. – Wczoraj na przykład, kiedy ledwo znaleźliśmy się w domu, tuż przed północą też przyszła. Rzekomo po to, żeby sprawdzić, czy to nie jacyś złodzieje i że ponoć prosili ją o to moi dziadkowie – kontynuował i Karina od razu zrozumiała, dlaczego dziewczyna nawiązała do ich wcześniejszego spotkania. – Wątpię, żeby babcia, albo dziadek prosili kogoś o pilnowanie domu, skoro wiedzieli, że będziemy tu całą przerwę świąteczną. Poza tym, jaka dziewczyna idzie sama do obcego domu, żeby sprawdzić, czy to, aby nie złodziej? – zakończył zdumiony.
- Ale że co? Myślisz, że coś kombinuje? Powiedziała, że się znacie z dzieciństwa – Karina zaraz jak tylko wypowiedziała ostatnie zdanie, mentalnie klepnęła się w tył głowy, za to, że przyznała się do podsłuchiwania.
Aleksander chyba tego nie zanotował, albo udał, że tak jest, bo kontynuował nie zwracając na to uwagi.
- Sam nie wiem. A jeśli chodzi o znajomości z dzieciństwa, to każdy może w tej chwili do mnie podejść i powiedzieć, że nazywa się Franek i że bawiliśmy się razem w piaskownicy. Szczerze, to ja nie kojarzę żadnej Pauliny – objął ją w pasie i wtulił nos w zagłębienie na jej szyi. – W każdym razie, jakbym nie wracał tak do dwudziestu minut, to wezwij policję – zaśmiał się. – Kto wie, może to jakaś wariatka – mrugnął do niej i narzuciwszy na siebie kurtkę, wyszedł z domu.
Karina weszła na górę, żeby dokończyć rozpakowywanie ich rzeczy. Po dwudziestu minutach zaczęła się niepokoić, a kiedy minęło pół godziny zadzwoniła na jego komórkę, którą jak się okazało Alek zostawił na komódce w korytarzu. Jej niepokój powoli zmieniał się w złość, która narastała w niej z każdym SMS-em od Majki, w których prosiła ich o wcześniejszy przyjazd. Żeby zająć czymś ręce i myśli zaczęła pakować prezenty do olbrzymiej torby, a potem zaniosła ją do auta, zerkając niespokojnie w stronę sąsiedniego domu. Wściekłość buzowała w niej, jak gotująca się woda. Ledwo nad sobą panowała. Przecież to była wigilia. Jakim prawem ta dziewczyna zakłóca ich spokój i rujnuje im plany w taki właśnie dzień? Karina zrozumiałaby to, gdyby tu chodziło o czyjeś życie, ale taką bzdurą, jak niedziałający piec powinien się zając fachowiec, albo ktoś z jej rodziny, a nie zupełnie obcy człowiek, który w dodatku się na tym nie zna.
Od wyjścia Aleksandra minęło już czterdzieści minut i gdy Karina postanowiła wyruszyć na jego poszukiwanie, usłyszała kłapnięcie drzwi wejściowych. W jednej chwili rzuciła się do schodów, ale zaraz się opanowała i zeszła po nich powoli i z godnością.
- Przepraszam kochanie – powiedział Aleksander, podchodząc do niej i obejmując ją w pasie. – Ten piec to jakaś katastrofa.
Karina była taka wściekła, że nie była w stanie odwzajemnić jego uścisku. Odsunęła się od niego i wyminęła go bokiem, kierując się w stronę ganku, żeby wreszcie wsiąść do samochodu i pojechać do domu.
Nie zdążyła nawet dotrzeć do końca korytarza, a ponownie rozległ się dźwięk dzwonka. Karina z furią otworzyła drzwi i niemal zaklęła pod nosem, bo przed nią stanęła ta samą dziewczyna, przez którą wpadła w ową furię.
- O, proszę to oddać Alkowi, bo zapomniał – wręczyła jej z uśmiechem pasek od jego spodni. – Do widzenia i przepraszam za kłopot – dodała i uśmiechnęła się do niej promiennie.
Karina zatrzasnęła za nią drzwi i zaczęła liczyć do dziesięciu, ponieważ w tej chwili była gotowa pobiec za tą wywłoką, żeby ją udusić tym właśnie paskiem. Zanim doliczyła do czterech, stanął przy niej Aleksander i próbował po raz kolejny ją objąć.
Uchyliła się i wyciągnęła przed siebie rękę, w której trzymała jego pasek.
- Proszę, twoja koleżanka z piaskownicy pozbierała, zapewne z podłogi swojej piwnicy, części twojej garderoby, które zapomniałeś od niej zabrać, gdy pomagałeś jej się rozgrzać, czy to przez naprawę pieca, czy w inny sposób – powiedziała chłodno i spokojnie.
- Co? – tylko tyle z siebie wydusił, co doprowadziło ją do jeszcze większego szału.
Jeśli do tej pory nie próbował się nawet bronić, to zapewne nie wymyślił jeszcze odpowiedniej wymówki. W głębi serca wiedziała, że między nim a tą dziewczyną do niczego nie doszło, ale na samą myśl, że coś takiego mogłoby się wydarzyć i ten jej pewny siebie i chytry uśmieszek wprawił w ruch całe jej pokłady złości. Dokładając do tego fakt, ze dziś jest wigilia, że są już spóźnieni, i że ona została doprowadzona do takiego stanu, było czymś niewybaczalnym.
Niewiele myśląc złapała za kurtkę i wyszła z domu, zostawiając w ganku osłupiałego Aleksandra. Szybkim krokiem ruszyła przed siebie, chcąc jak najszybciej znaleźć się w swoim rodzinnym domu, gdzie będzie mogła się w końcu uspokoić. Jedynym plusem tego szału, w który wpadła było to, że nie odczuwała tak bardzo zimna, a wręcz było jej gorąco i duszno. Wzięła kilka głębszych oddechów i nasłuchując skrzypiących pod mrozem kroków, poczuła jak jej złość powoli opada. Właśnie tego potrzebowała – chwili samotności, spokoju i…
- Karina! – usłyszała za sobą.
Karina wzniosła oczy do góry i zaklęła głośno.
- Zatrzymaj się do jasnej cholery! – Alek zabrzmiał dokładnie tak, jak tego deszczowego dnia, gdy zatrzymał ruch na drodze, żeby zgarnąć ją do auta, po ich pierwszej awanturze.
Szedł w jej stronę w niezasznurowanych butach i niezapiętej kurtce. Policzki miał zaczerwienione od mrozu, a z jego rozchylonych ust wydobywały się ciepłe obłoki.
- Wróć proszę do domu. Chcę pobyć sama – powiedziała do niego przez ramię. – Nie jestem w nastroju do kłótni.
- Nigdzie nie wrócę. Zatrzymaj się – powiedział już ciszej i chwycił ją za potłuczony łokieć, na co zasyczała z bólu.
- Przepraszam – tym razem przytrzymał ją za ramiona. – Zatrzymaj się proszę. Powiedz co się stało?
- Co się stało? – prawie zapiszczała. – Znikasz prawie na godzinę, nie dając znaku życia i to tuż przed wyjazdem do mojej matki i siostry, po czym chwile po tobie przyłazi ta dziewczyna i wręcza mi twój pasek od spodni. I ty się mnie pytasz co się stało?
- Ale Karina przecież ty wiedziałaś gdzie byłem i co robiłem. Ja tam nie poszedłem z przyjemnością, tylko dlatego, że nie wypadało mi odmówić – próbował się tłumaczyć.
- O przepraszam, może i wiedziałam gdzie jesteś, ale na pewno nie wiedziałam, co robisz – odszczeknęła się, czując, że znowu zaczyna się gotować w środku.
- Nie wierzę, że myślisz, że poszedłem tam po coś innego, niż naprawienie tego cholernego pieca – pokręcił z niedowierzaniem głową.
Karina wyrwała się z jego uścisku i odsunęła się od niego na kilka kroków. Właśnie traciła odzyskane na krótki moment panowanie.
- A co miałam pomyśleć, kiedy twoja przyjaciółka z dawnych lat wręczyła mi twój pasek? – na samą myśl o niej dostawała białej gorączki i jakby tego wszystkiego było mało, czuła potrzebę dolania oliwy do ognia. – A znając twoją przeszłość, nie wiem co mam myśleć, kiedy znikasz prawie na godzinę z obcą kobietą.
Aleksander wpatrywał się w nią z niedowierzaniem i bólem w oczach. Na tym etapie ich związku wiedziała już, że gdy go zrani w jakikolwiek sposób, to zrani też siebie. Tak było i w tym przypadku, wyraz jego zranionej twarzy, był dla niej jak kopniak w brzuch.
- Świetnie Karina. Właśnie się dowiedziałem, że dla ciebie już do końca życia pozostanę kobieciarzem albo męską dziwką i nic co zrobię, albo powiem nie zmieni tego, jak będziesz o mnie myśleć – powiedział już wyraźnie podminowany.
- Ciekawa jestem, gdyby to była odwrotna sytuacja, co ty byś zrobił? Zapewne tak mi ufasz, że pewnie dałbyś błogosławieństwo mi i temu kolesiowi, który by mnie poprosił o pomoc i zniknęłabym w jego domu na godzinę, po czym przyniósłby mi na przykład stanik, który zostawiłam u niego w pokoju – powiedziała i odwróciła się na pięcie, żeby znaleźć się jak najszybciej w domu.
- Zatrzymaj się! Nie odchodź, kiedy jeszcze nie skończyliśmy! – dogonił ją i ponownie zatrzymał za ramiona.
- Alek przestań mną szarpać, bo to doprowadza mnie do szału! – wyswobodziła się z jego uścisku.
- Nie możesz uciekać za każdym razem, gdy pojawia się jakiś problem albo nieporozumienie. Czemu nie chcesz ze mną normalnie porozmawiać? – zapytał, jakby ich kłótnia dotyczyła na przykład różnic w doborze koloru ścian.
- No dobrze, ale co chcesz, żebym ci powiedziała? Staram się Alek, naprawdę się staram, ale za chwilę dzieje się coś, co sprawia, że łapię się na tym, że ci nie ufam. Może to mój problem, a może dajesz mi powód do tego, ale… – nie dokończyła, bo nie wiedziała jak wyrazić słowami to, że obawiała się, że to nigdy się nie zmieni.
- Jakie ja ci daję powody do tego, żebyś mi nie ufała? – zapytał ściszonym głosem. – No, jakie? – powtórzył głośniej.
- No właśnie, Alek. Przez ostatnie miesiące spędziłeś praktycznie jak w więzieniu, odcięty od innych. Tylko wyszliśmy na imprezę, oblepiły cię jakieś dziewczyny. Teraz, ledwie przyjechaliśmy do domu, a dosłownie wsiadła na ciebie kolejna – powiedziała a w jej sercu zaczęło coś pękać. – Ja nie wiem czy…– nie dokończyła, bo sama nie chciała usłyszeć tego, co miała w tej chwili powiedzieć.
Alek spuścił ręce wzdłuż tułowia i zaczął szybko oddychać, co wzmogło jej czujność, bo zaczynało to przypominać jego atak paniki, którego nie doświadczył już od kilku miesięcy.
- I nie ma to dla ciebie żadnego znaczenia, że…– jego oddech zaczął się rwać, co podkreślały niewielkie obłoczki wydobywające się z jego ust –…że ja chcę tylko ciebie i tylko ciebie kocham? Czy to się…dla ciebie w ogóle nie liczy?
Nagle jej złość i frustracja zaczynały odpływać, robiąc miejsce dla strachu i troski. Stał tu na zimnie, drżący, zmarznięty i na granicy paniki, ponieważ ona musiała dać upust swojej zazdrości, której nie potrafiła poskromić. Zrobiła kilka kroków w przód, żeby go objąć, ale on ku jej olbrzymiemu zaskoczeniu, odsunął się od niej na taką samą odległość. Nic, nigdy nie sprawiło jej większej przykrości, niż tej jeden niewielki gest.
- Nie Karina…– powiedział stanowczo, wciąż ciężko i szybko dysząc – Nie lituj się nade mną, tylko powiedz, czy ja…czy to, że cię kocham bardziej, niż cokolwiek innego na świecie, nic dla ciebie nie znaczy? Powiedz, czy jesteś gotowa zadręczać siebie zazdrością i tego typu bzdurami, kiedy wiesz, że…że ja wolałbym zdechnąć tu i teraz, niż narazić nas, ciebie i wszystko, co mamy dla…czegoś tak mało znaczącego? Powiedz…czy właśnie…tego chcesz?
Alek złapał się za pierś i zgniótł w tym miejscu kurtkę. Karina nie mogła dłużej na to patrzeć i niezależnie od tego, czy Alek tego chciał, czy nie, przylgnęła do niego z całych sił i zaczęła uspokajająco gładzić go po włosach. Alek przez chwile stał nieruchomo, po czym odwzajemnił uścisk tak mocno, że przez chwilę bała się, że połamie jej żebra.
- Nie chcę tego. Ty się dla mnie liczysz Alek, tylko ty się dla mnie liczysz…tylko ty – szeptała mu do ucha, wtulając się w jego pierś. – Przepraszam – powiedziała szlochając w jego kurtkę.
- Karina, błagam cię nie rób tego więcej. Nie próbuj się ode mnie odsuwać, bo ja nigdy…nigdy ci na to nie pozwolę – jego oddech uspokajał się, a wraz z nim ona cała. – Jestem tu. Zawsze tak będzie, nie musisz się bać, że ktoś stanie między nami, bo nikt taki nie istnieje.
- Nie wiesz tego Alek – powiedziała wreszcie, odkrywając przed nim wszystkie swoje lęki. – Skąd możesz wiedzieć, że nikt się taki nie pojawi.
Karina zawsze wierzyła, że jeden człowiek może znaleźć szczęście przy więcej niż jednej osobie. Była pewna, że można pokochać kogoś innego równie mocno i równie szczerze, jak swoją pierwszą miłość. Byłaby to straszna niesprawiedliwość, gdyby po stracie tej jedynej osoby, ten ktoś już nigdy nie mógłby być szczęśliwy. Karina wciąż w to wierzyła, mimo, że sama nie potrafiła już sobie wyobrazić, kogoś, kto mógłby ją uszczęśliwić, gdyby Alek z jakiegoś powodu od niej odszedł. Była wręcz przekonana, że taka osoba nie istniała…Dlaczego więc tak trudno było jej uwierzyć, że Alek czuje podobnie? Może dlatego, że uważała mężczyzn za mniej odpornych na pokusy, niż kobiety? Może dlatego, że Łukasz ją zawiódł? A może dlatego, że jej własny ojciec, którego ledwie pamiętała, z lekkim sercem odszedł od jej matki, odszedł od niej i od Mai, nie odwracając się za siebie? Zapomniał o nich, zostawił ich, podczas gdy ona nie mogła na dobre wyrzucić go ze swojej głowy. Nie mogła wyzbyć się tej tęsknoty, którą czuła za każdym razem, gdy przechodziła obok placu zabaw i wręcz siłą opanowywała odruch wsiadania na każdą napotkaną huśtawkę. Jedyne wyraźne wspomnienie o nim, to takie, gdy buja ją wysoko na metalowej huśtawce, a wiatr rozwiewa jej włosy. W jej uszach dźwięczy jego głęboki, ciepły śmiech, dzięki któremu czuje się szczęśliwa i bezpieczna. Pamięta jeszcze, jak trzyma ją za rękę i pozwala wchodzić w największe kupki liści, które szeleszczą pod jej małymi, żółtymi kaloszami. To były najwyraźniejsze wspomnienia o jej ojcu.
Karina bardzo chciała go nienawidzić za to, co im zrobił, ale jak można nienawidzić ducha? Tym właśnie był dla niej - duchem, który nawiedzał ją z przeszłości. Nawet nie pamiętała, jak wyglądał. Nie wiedziała czy był wysoki, czy niski, czy to po nim odziedziczyła kolor oczu i włosów, i czy to przez jego geny była obsypana piegami.
To przez niego nie mogła w pełni zaufać Alkowi, to przez niego czuła się taka niepewna i to przez niego jej związek przeżywał takie rozterki, a ona nawet nie mogła nim za to w odpowiedni sposób gardzić.
- Wiem Karina. To jedna z niewielu rzeczy, które wiem i których jestem pewien – odchylił jej twarz i cmoknął w czoło, a potem w nos i oba policzki. – Zaufaj mi, po prostu mi zaufaj – gładził ją po włosach, a w jego głosie słychać było determinację.
- Jest mi trudno zaufać jakiemukolwiek mężczyźnie Alek, bo jak dotąd…nie spotkałam takiego, który by mnie nie zawiódł – powiedziała, podnosząc wysoko głowę.
Chciała, żeby ją zobaczył i zrozumiał. Nie była jedną z tych kobiet, które z byle powodu robiły piekło swoim facetom, ona po prostu się bała.
- Ja ciebie nie zawiodę. Nigdy cię nie zostawię – przytulił ją mocno i zadrżał z zimna, co szybko sprowadziło ją na ziemię.
- Wracajmy Alek, bo się rozchorujesz – powiedziała, wyswobadzając się z jego ramion.
Zapięła zamek jego kurtki. Złapała go za rękę, prowadząc go w stronę domu, z którego jeszcze kilka chwil wcześniej chciała jak najszybciej się wydostać. Teraz chciała jak najszybciej zgarnąć ich rzeczy i znaleźć się w jej rodzinnym domu, gdzie czekały na nich jej mama i siostra.
*
Kolacja wigilijna była miła i przyjemna, pomimo tej ich popołudniowej kłótni. Oboje z Kariną próbowali odsunąć od siebie ten incydent, żeby nie zaważył na całym wieczorze, ale mimo wszystko wisiał nad nimi jak chmura deszczowa w kreskówkach.
Kiedy po kolacji wymienili się prezentami, Aleksander połączył się na Skypie z rodziną w Kanadzie. Rozmowa nie trwała długo, ale Alek ucieszył się na widok Anki i Jamesa. Ucieszył się także na widok rodziców i dziadków, których po raz milionowy musiał zapewniać, że wszystko u niego w porządku i że nie jest sam. Musiał to nawet udowodnić, wołając Karinę, która pomachała im z zza jego pleców.
Gdy znaleźli się na powrót w domu jego dziadków, na co w skrytości ducha tylko czekał, rozsiadł się w salonie i przyciągnął do siebie Karinę, po czym posadził ją sobie na kolana.
- Musimy porozmawiać – powiedział przy jej szyi. – Nie chcę tak tego zostawiać.
Karina westchnęła głęboko i zsunęła się z jego kolan i usiadła krzyżując nogi i patrząc mu prosto w twarz.
- Ok, tylko nie wiem, co można jeszcze powiedzieć – westchnęła zmęczona. – Wygląda na to, że jak tylko zobaczę cię z jakąś kobietą, będę się zachowywała jak wariatka – dodała ironicznie.
- Przestań – uciął to jej biadolenie. – Ja wiem – powiedział, a Karina spojrzała na niego, marszcząc brwi. – Ja wiem Karina.
- Co wiesz? – zapytała zdezorientowana.
- Ja wiem, że to nie chodzi o zazdrość. No, może nie tylko o zazdrość – uśmiechnął się delikatnie, żeby wiedziała, że nie muszą być tak strasznie poważni. – Wiem, że tu chodzi o twojego ojca.
Karina otworzyła szeroko oczy i usta, ale nic nie powiedziała. Wyglądała na tak zaskoczoną jego słowami, że nie potrafiła wydusić z siebie żadnego słowa.
- Skąd wiesz? – zapytała po chwili, spuszczając głowę.
Alek uśmiechnął się i zaczesał jej włosy jedną ręką, zakładając gęste pasmo za jej ucho.
- Przecież zdążyłem cię już poznać, Karuś. Wydaje ci się, że ja nic nie widzę i nie słyszę, bo jestem facetem. Tak nie jest – wziął jej twarz w obie dłonie. – Patrzę na ciebie i widzę cię, tak jak i ty widzisz mnie.
- I co widzisz? – zapytała.
- Widzę, że się boisz, że odejdę, że zniknę, tak jak twój ojciec. Boisz się zostać zraniona, czego nigdy nie przyznasz na głos, bo jesteś niezależna i silna – musnął jej usta, co przyjęła z westchnieniem. – Ale nie musisz się już bać. Ja tu jestem i zostanę. Nie jestem nim i nigdy cię nie zostawię.
Karina spuściła nisko głowę i zaczęła skubać rąbek jego koszulki. Milczała tak długo, że Aleksander zaniepokoił się. Chwycił jej podbródek i podniósł jej twarz, żeby spojrzeć w jej oczy.
- Wiem, że tego nie chcesz – powiedziała cicho. – Ale nie wiesz, co przyniesie przyszłość. Nie możesz zagwarantować mi tego, że…zawsze przy mnie będziesz.
- Nie jestem w stanie przewidzieć przyszłości, Karina. To normalne, ale jeśli będziesz myślała w ten sposób, to nigdy nie będziesz tak naprawdę szczęśliwa – powiedział, gładząc dłonią jej delikatny policzek.
Karina wciąż wyglądała na niepewną i zmartwioną, na co pękało mu serce. Jej szczęście było jego najważniejszym celem w życiu i widząc ją w takim stanie, czuł, że ją zawodzi.
- Może… – zaczęła niepewnie – Może to, że jesteśmy razem…może tu chodzi o to, że… – zaczęła się plątać, coraz bardziej zdenerwowana i zagubiona.
- Kochanie, o co chodzi? Powiedz mi – poprosił, coraz bardziej zaniepokojony jej zachowaniem.
Karina wzięła duży wdech i popatrzyła mu prosto w oczy, podejmując w końcu decyzję.
- Może to, że się w sobie zakochaliśmy, to po prostu skutek zależności – tym razem zabrzmiała o wiele pewniej, ale to, co próbowała mu powiedzieć było dla niego wciąż niezrozumiałe.
- Nie rozumiem – zmarszczył brwi.
- Może to nie miłość Alek, tylko zależność. Może ty potrzebowałeś mnie, bo wiedziałeś, że tylko ja mogę cię uratować – jej usta zadrżały, ale szybko się opanowała. – Może to minie, kiedy nie będziesz mnie już potrzebował – dodała, próbując powstrzymać szloch.
Alek z zaskoczenia nie mógł wydusić z siebie słowa. Był zdumiony jak działa jej umysł. Nigdy, nawet za milion lat on sam nie wpadłby na podobne niedorzeczności.
- Nawet nie wiem, jak mam odpowiedzieć na coś takiego – pokręcił z niedowierzaniem głową. – Myślisz, że to, co do ciebie czuje, to nie miłość, tylko wdzięczność? – dodał, czując coraz większe zdenerwowanie.
- Nie uważasz, że to dziwne, Alek? – zapytała znowu, ignorując sarkazm w jego pytaniu. – Jak to się stało, że właśnie ja okazałam się twoim idealnym dawcą, chociaż wydawało się, że nikt taki nie istnieje? – była dziwnie pobudzona. – Jak to wytłumaczyć?
Aleksander milczał przez chwilę i nie dlatego, że zastanawiał się nad jej pytaniem, które chociaż podchwytliwe, kompletnie go nie interesowało. Miał gdzieś, dlaczego właśnie tak ułożyły się ich losy. Może istniało przeznaczenie, a może to kolejny, niewiarygodnie szczęśliwy zbieg okoliczności? Nie chciał tracić czasu nad roztrząsaniem tego typu spraw. Chciał natomiast dowiedzieć się, dlaczego nagle Karina zaczęła odczuwać potrzebę rozkładania tego wszystkiego na czynniki pierwsze.
- Karina, powiedz mi, czy masz wątpliwości, co do nas? – zapytał po chwili, biorąc jej twarz w dłonie, żeby spojrzeć jej w oczy. – Czy coś się zmieniło? Nie wiem, może przytłoczyło cię to… – zawahał się, bo zaczynał popadać w panikę na samą myśl, że Karina mogłaby przestać go kochać. – Jeśli chcesz coś zmienić, powiedz mi tylko. Nie chcę, żebyś była nieszczęśliwa.
Jego serce niemal wyskoczyło z klatki piersiowej, w oczekiwaniu na jej odpowiedź. Nie chciał przyjąć do siebie tego, że coś mogłoby się między nimi zmienić. Uwielbiał z nią mieszkać, budzić się przy niej, razem z nią jeść śniadania i kolacje. Nie mógł sobie wyobrazić spędzenia samotnie nawet jednej nocy. Nie móc jej przytulić i nie móc się z nią kochać? Czegoś podobnego nie mógł sobie nawet wyobrazić.
Karina uśmiechnęła się delikatnie i cmoknęła go w czoło, a potem w nos i usta, co przyjął jako dobry znak.
-  Kocham cię Alek. Kocham cię bardziej, niż cokolwiek innego na świecie – znowu się uśmiechnęła. – Chociaż na początku rzeczywiście byłam tym wszystkim…– popatrzyła na sufit, zapewne szukając odpowiedniego słowa – obezwładniona i nie wiedziałam, jak sobie poradzić z takim ekspresowym tempem tego, co się miedzy nami działo. Ale teraz kochanie, teraz nie wyobrażam sobie dnia, żebym nie mogła cię zobaczyć, porozmawiać z tobą, albo chociaż się do ciebie przytulić – na potwierdzenie tego, przylgnęła do niego, opierając głowę o jego ramię. – I odpowiadając na twoje pytanie, nie Alek. Niczego nie chcę zmienić. Wszystko jest idealne i gdybym tylko potrafiła zapanować nad moją zazdrością…– parsknęła w jego pierś – Wszystko byłoby przeidealne. Tylko nie daje mi spokoju myśl, że to wszystko, to jakiś kosmiczny plan, którego nie potrafię rozgryźć.
Aleksander najpierw wypuścił głośno powietrze, które wstrzymywał od dobrych kilku chwil, po czym uśmiechnął się.

- Może tak właśnie powinno być, Karina. Może nie powinniśmy tego rozumieć – zaczął gładzić ją po plecach – Przestań się nad tym zastanawiać, bo to do niczego nie doprowadzi. Sprawia jedynie, że czujesz się niepewnie i niepotrzebnie się przez to denerwujesz – po chwili dodał – Nie mogę ci obiecać, że od teraz życie będzie idealne, i że nigdy nie będziemy się kłócić i że nie dojdzie do żadnych scen zazdrości – uśmiechnął się szeroko – Zarówno z twojej, jak i z mojej strony, ale mogę ci obiecać jedno: nigdy nie przestanę cię kochać i nie odejdę od ciebie, bo tylko przy tobie wiem, że żyję i tylko przy tobie mogę być szczęśliwy. 

12 komentarzy:

  1. Ależ się za nimi stęskniłam! Naprawdę nie mogę się doczekać ich dalszych losów!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeszcze niedawno uważałam, że KNMP lepiej zostawić, jak jest. W sensie nie pisać kolejnej części. Ale teraz... Eh... Narobiłaś mi smaku, pokazałaś, że ta historia wciąż trwa i daleko jej do końca. Kurde no tęsknię za nimi chyba ;d. Wywłokę Paulinę uśmierć! Raz a porządnie! Na amen! Zabawy się zołzie zachciało... A Karina i Alek jak zawsze cudowni :).
    (Tyle otwartych wątków, tyle wątków! Cudowny potencjał :))

    Pozdrawiam,
    S.

    OdpowiedzUsuń
  3. super,super,super-a tak na marginesie-NIGDY NIE MÓW NIGDY

    OdpowiedzUsuń
  4. Tęskniłam za nimi jak diabli.
    I z chęcią przeczytała bym więcej i więcej. Wspaniale jest wiedzieć że ta historia wciąż trwa.
    W pewnym momencie się popłakałam ( Wtedy gdy Alek wybiegł z domu) I ryczałam :(
    Jednym słowem CHCĘ WIĘCEJ :D

    OdpowiedzUsuń
  5. To jest coś co koniecznie musi powstać w całości! Ja chcę przeczytać kolejną część KNMP! Innego wyjścia nie ma:)
    Uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Uwielbiam ta dwójkę:) Paulina imię ma piękne:p ale tylko tyle bo już jej nie lubię... ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Uwielbiam ta dwójkę:) Paulina imię ma piękne:p ale tylko tyle bo już jej nie lubię... ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo chciałabym kontynuacji :) jeszcze jakiś czas temu tak nie uważałam,ale teraz zdecydowanie tak :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ah te baby :) ciągle wszystko kwestionują i doszukują się drugiego dna :/ świetny rozdział :) czekam na kolejny i kolejny i ...całą 2 część :) M6

    OdpowiedzUsuń
  10. Sama nie wiem już czy chcę więcej czy nie :(
    Boję się z jednej strony dramatów, a z drugiej kocham ich i tęsknilam.

    OdpowiedzUsuń
  11. Awwww, ależ piekielnie za nimi tęskniłam! Ile emocji... Urzekłaś mnie tym epilogiem. Bo widać jak się kochają. I ta opiekuńczość Alka... <3

    Ale... Jesteś pewna, że chcesz kontynuować? Bo nie zniosłabym chyba ich rozłąki, kłótni i niepewności. No nie wiem, jak Martyna, boję się dramatów. ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Jest i moja imienniczka! :) Jeśli chodzi o kontynuację to wolałabym żeby jej nie było. Jest dobrze tak jak jest. Piszesz świetne opowiadania i może na nich się skup ;) oraz na nowych powieściach :)

    OdpowiedzUsuń