wtorek, 16 sierpnia 2016

"Noc Kupały" Rozdział 1


Paweł
- Niech pan to postawi w tamtym kącie – wskazał długopisem miejsce pod szerokim parapetem.
Kurier postawił prostokątne pudło we wspomnianym miejscu, przyjął podpis, a potem zostawił go samego wśród kartonów, paczek i mebli w częściach pierwszych. Paweł westchnął głośną i nie czekając na przyjazd ekipy montażowej, zabrał się za ogarnianie tego całego burdelu.
Dwa miesiące temu firma budowlana, w której rozpoczął pracę jeszcze na ostatnim roku studiów, zdobyła przetarg na budowę odcinka obwodnicy na krajowej siedemnastce. Paweł, jako rdzenny mieszkaniec tej okolicy, został oddelegowany na kierownika tejże budowy.
Ta decyzja wywołała w Budstimie (firmie projektowo budowlanej, w której pracował) wszechobecne oburzenie. Nie obyło się też bez incydentów, do których zaliczył się donos na niego, jakoby popełnił błąd w kosztorysie ostatniego zlecenia. To była totalna bzdura, co udowodnił i było po sprawie.
Paweł miał dwadzieścia sześć lat i według jego „kolegów” po fachu, wciąż miał mleko pod nosem i to, że pół roku temu awansował na kierownika budowy, to był skandal i na pewno stało za tym coś więcej. Choćby ordynarne kumoterstwo.
Paweł bardzo chciałby ulżyć ich bólowi odbytu, ale niestety, za tym niespodziewanym awansem „stała” jego ciężka praca i chęć rozwoju zawodowego, a nie szukanie ciepłego stołka, na którym jego szanowna dupa rozpoczęłaby proces gnilny. Ot co!  
Powrót w rodzinne strony na okres prawie sześciu miesięcy przyjął z mieszanymi uczuciami. Zadomowił się już w Krakowie i to właśnie jego małe ale przytulne mieszkanie traktował jak swój dom, a nie tę małą mieścinę na krańcu kraju. Darzył jednak to miejsce sentymentem i zawsze z ochotą tu wracał.
Nie było jednak mowy o zamieszkaniu w niewielkim mieszkaniu rodziców, w którym przez tyle lat musiał dzielić pokój ze swoją młodszą siostrą. Tym bardziej, że za dwa tygodnia Kamila przyjeżdża na wakacje do domu i rozpanoszy się w nim na dobre. Jego siostra kończyła właśnie trzeci rok studiów ekonomii na lubelskim UMCS-e. Radziła sobie fenomenalnie i Paweł był z niej bardzo dumny, chociaż nigdy nie powiedziałby tego głośno, bo gówniarze poprzewracałoby się w głowie.
Był już zdecydowanie za stary na tego typu pomieszkiwania u rodziców, chociaż nie zamierzał pogardzać ciepłymi domowymi obiadkami, na które już ciekła mu ślinka.
Jego firma opłacała wynajem kawalerki, którą znalazł na obrzeżach miasta, niedaleko biura, które właśnie urządzał. Ekipa montażystów pojawi się dopiero jutro, ale on z samego rana będzie potrzebował kąta do pracy, dlatego sam wziął się za skręcanie biurka z Ikei.
Kiedy skończył, przejrzał pocztę służbową, a potem odpowiedział na najbardziej pieklące maile. Następnie zgarnął laptopa i kilka projektów, a potem wpakował to wszystko do swojego auta i pojechał na zakupy. Jego kawalerka była w podobnym stanie, co jego biuro i nie było mowy o gotowaniu, dlatego kupił kilka mrożonek, żeby w ten sposób w pierwszych dniach ratować się przed nagłym głodem. Lubił bawić się w kuchni, ale dobrze zdawał sobie sprawę, że nie będzie miał na to czasu, bo jego firmę goniły terminy, dzięki którym otrzymali przetarg. To właśnie najszybszy czas realizacji przeważył nad decyzją o przyjęciu oferty Budstimu.
Wkładał właśnie kluczyki do zamka mieszkania, gdy usłyszał dźwięk przychodzącego SMS-a. Zerknął pospiesznie na ekran smartfona.
Monika.
Wziął głęboki oddech, postawił reklamówki z zakupami i laptopa na stół, a potem wrzucił mrożonki do zamrażarki. Dopiero wtedy zdecydował się odczytać w całości wiadomość od dziewczyny, z którą spotkał się klika razy przed samym wyjazdem. Spali ze sobą i to nie raz, ale to nie było nic poważnego, dlatego Paweł nie fatygował się informować jej o swoich planach na przyszłość. Owszem, wspomniał jej o dłuższym wyjeździe służbowym, ale nie podał jej szczegółowych informacji.
Spotkali się zaledwie trzy razy i nie robił tajemnicy z tego, że zależy mu tylko na kilkurazowej przygodzie.
Jezu, zawył w myślach, gdy przeczytał wiadomość.
Świnia. Tym właśnie jesteś. Gnój i świnia.
Wywrócił oczami, przysięgając sobie w myślach, że choćby podczas realizacji tego kontraktu miał mu odpaść fiut, nie zamierza nawiązywać bliższych kontaktów z płcią przeciwną. Nawet jakby wytatuował sobie na czole „chcę się tylko bzykać, nie szukam związków” to i tak po dwóch dniach dowiedziałby się, że delikwentka wybiera buty, pasujące do jej sukni ślubnej.
Powrót w to miejsce, po sytuacji z zeszłych wakacji, dało mu w kość i nie zamierzał tego bardziej komplikować. Wspomnienia tamtych wydarzeń wciąż siedziały w jego głowie. Świeże i wyraźne, jakby to wszystko zdarzyło się wczoraj.
To był pokręcony czas, pomyślał i przetarł dłonią twarz, żeby odgonić wspomnienia. Nic to jednak nie pomogło, bo cały czas miał przed oczami jej zielone oczy. Widział jej długie blond włosy, które były miękkie w dotyku, jak jedwab. Wciąż czuł jej zapach. Dotyk tych miękkich, delikatnych i cholernie niewinnych ust doprowadzał go do szału.
Lena. Piękna i nieosiągalna. Przynajmniej dla mnie, prychnął w myślach.
Ten wytrwały i zawzięty skurczysyn, Kuba dopiął swego. Miał na jej punkcie hopla od zawsze, co było oczywiste dla wszystkich, prócz samej zainteresowanej. Dziewczyna była nieświadoma tego, co się wokół niej działo. Była jak dziecko we mgle. Nie widziała, jak każdy koleś, w tym każdy kumpel jej brata, Łukasza wodzi za nią oczami, jakby była ostatnią kroplą wody na pustyni. Była i pewnie nadal jest powodem ślinotoku wszystkiego, co ma fiuta.
Jedna z najpiękniejszych dziewczyn, jakie dane mu było poznać. Jemu także nie udało się uniknąć zauroczenia, w którym tkwił odkąd spojrzał w jej zielone oczy. Dzięki temu, że była tak niewinnie niezorientowana w tym, jak działała na całą rzeszę męskiej populacji, zdołał się umiejętnie z tym kryć.
Aż do dnia, gdy pojawiła się w barze, w którym razem z Kubą i Krzyśkiem spotkali się na piwie. Od tego dnia minął rok, a wydawało mu się, że to wydarzyło się zaledwie kilka tygodni temu.
Jej pojawienie się w tym pieprzonym klubie zapoczątkowało serię niezłego gówna, które rozpętało się pomiędzy nim, a Kubą. Paweł nie był dumny z tego, co między nimi wtedy zaszło, ale to musiało się wydarzyć, zważywszy na ich przeszłość. Po raz pierwszy ścieli się o Lenę w drugiej klasie liceum, kiedy to Paweł chciał ją zaprosić na imprezę półmetkową. Kiedy wspomniał o tym w obecności Kuby, ten wpadł w szał. Odciągnął go na bok i zaczął mu wręcz grozić, że jeśli się do niej zbliży, to połamie mu ręce i nogi.
Paweł próbował z nim dyskutować, ale skończyło się to na mordobiciu. Oczywiście, żaden z nich nie przyznał się reszcie, o co poszło, ale Paweł nigdy nie zapomniał wyrazu jego twarzy, kiedy do niego przemawiał - jakby miał za chwilę odgryźć mu głowę. To tylko bardziej go rozjuszyło, ponieważ od zawsze miał w sobie nieposkromioną chęć rywalizacji. Poza tym, od dłuższego czasu myślał o zaproszeniu Leny na randkę. Czekał tylko na właściwy moment i pretekst i nie potrafił pojąć, dlaczego ma z tego zrezygnować. Przecież nie wchodził nikomu w paradę, bo Kuba nie zrobił w stronę dziewczyny żadnego ruchu.
Obserwował ją tylko z daleka, jak zakochany szczeniak, jednocześnie nie robiąc nic, żeby się do niej zbliżyć. Paweł wiedział, że on i dziewczyna w pewien sposób się przyjaźnią, ale jak na jego rozum, to nie miało żadnych znamion związku, czy choćby zaczątku związku. Dlatego zachowanie Kuby tylko bardziej go rozsierdziło i doprowadziło między nimi do długoterminowych animozji.
Podczas ich „starcia”, Kuba nazwał go cytując: „chujem, który pcha kutasa, gdzie tylko może, ale jeśli chodziło o Lenę, to prędzej mu go odetnie, niż pozwoli się do niej zbliżyć”. Koniec cytatu. Paweł musiał przyznać, że te słowa bardzo go zaskoczyły i nie dlatego, że były kłamliwe, czy złośliwe. Nie. Zaskoczyły go, ponieważ nigdy nie spodziewał się usłyszeć czegoś podobnego z ust swojego dobrego kumpla. Zrozumiał wtedy, że jego zauroczenie Leną nie mogło równać się z tym, co przeżywał Kuba.
Paweł wycofał się, ale ten incydent na długo zawisł nad ich przyjaźnią. Na początku starali się siebie nawzajem unikać, ale nie mogli działać tak zbyt długo, ponieważ obracali się w tych samych kręgach. Po jakimś czasie zaczęli ze sobą gadać, a nawet razem imprezować. Obaj dostali się na studia na krakowską politechnikę i siłą rzeczy, musieli się ze sobą kontaktować. Przez ten cały czas na tapecie ani razu nie pojawiła się „sprawa” Leny, czy choćby jakakolwiek wzmianka jej imienia. Nic. Jakby koleś o niej zapomniał, co było dość dziwne po tym, co obiecywał mu zrobić, gdyby Paweł próbował się do niej zbliżyć.
Na drugim roku Kuba znalazł sobie laskę, z którą mizdrzył się prawie dwa lata. Paweł widywał ich nieraz na uczelni i w studenckich barach. Wyglądali na szczęśliwych. Pomyślał wtedy, że kumpel zapomniał o Lenie. Każdy kiedyś zapomina.
Z kolei on…no cóż, nie zmienił swoich przyzwyczajeń z lat licealnych. Z nikim się nie wiązał na stałe. Czerpał z życia. W zasadzie to nigdy nie był w jakimś stałym związku. Było mu dobrze, gdy nie musiał się przed nikim meldować i nikomu tłumaczyć ze swoich czynów, czy wygłupów. Odpowiadało mu to wtedy i odpowiada mu to teraz, ale czasami…czasami czuł się samotny. Tak normalnie po ludzku samotny. To była cena za wolność emocjonalną, którą sobie tak cenił.
Między nim a Kubą kontakty trochę się poluźniły i gdy spotkali się rok temu na wakacjach, w ich życiu ponownie pojawiła się Lena. Doskonała, jakby stworzył ją sam Pan Bóg i to w dodatku własnymi rękoma. Piekna i…cały czas nieświadoma swojego uroku.
Kuba, już wtedy po rozstaniu z Olką, dostał ponownej wścieklizny, a Paweł na powrót wpadł w sidła jej czaru. Nawet przez chwilę myślał, że coś z tego będzie, kiedy dziewczyna zgodziła się pójść z nim na randkę. Dla niej jednej chciał spróbować coś w swoim życiu zmienić, ale świat jakby zatoczył swoje koło. On i Kuba znowu stanęli sobie na drodze. Znowu doszło do rękoczynów i ponownie zawisł nad nimi niewidzialny topór, którego nie chcieli zakopać.
Potem Kuba miał wypadek, z którego ledwie wyszedł, ale jak było wspomniane wcześniej – Kuba to uparty skurwiel, którego nie tak łatwo załatwić.
A Lena…Lena od początku należała do Kuby, nawet jeśli sama jeszcze o tym nie wiedziała. Istna, pieprzona bajka na dobranoc.
Spotkał ich gdzieś na mieście w święta Bożego Narodzenia. Wyglądali, jakby ktoś zamknął ich w kloszu wypełnionym jednorożcami, które srają tęczą. Pamiętał Kubę z czasów, gdy był z Olką, ale w porównaniu z tym, jak wyglądał teraz, gdy był z Leną, to tamto wydawało się tanim kabaretem.
Robili jakieś zakupy spożywcze. Nawet się nie dotykali, ale to jak na siebie patrzyli, albo jak się do siebie uśmiechali, było wręcz nie do zniesienia dla postronnego widza.
Oczywiście, że przesadzał, bo przecież kiedyś sam chciał tego samego z Leną, ale to była już przeszłość. Patrząc na nich, czuł delikatne ukłucie zazdrości, ale nic poza tym. Nie było w tym złośliwości, czy poczucia niesprawiedliwości. Pasowali do siebie, albo lepiej – byli dla siebie stworzeni i nikt nie mógł im tego zabrać.
Chciał odpisać na SMS-a Moniki, ale zrezygnował z tego. Wykasował jej kontakt i wyciszył telefon, a potem zabrał się za przyrządzenie odmrażanej kolacji.

Sara

- Pieprzone dziadostwo – syknęła gdy jej torba na pierwszym krawężniku „straciła” swoje kółko.
Ustrojstwo potoczyło się wprost pod koła nadjeżdżającego samochodu, który roztrzaskał je w drobny mak.
Powstrzymała potok przekleństw, bo przechodziła właśnie obok kościoła, ale gdy tylko zdołała przetaszczyć ciężką torbę na teren wolny od świętości, rzuciła wiązankę, której nie powstydziłby się żaden marynarz. Miała dość. Dość przez duże „D”. Cała podróż do domu była jedną wielką katastrofą i masakrą w jednym. Dziewczyna była umęczona do granic wytrzymałości. Najpierw jej pociąg miał dwugodzinne opóźnienie. Potem bus, do którego się przesiadła w sąsiednim mieście (w jej rodzinnym mieście nie było linii kolejowej) rozkraczył się na środku drogi. Zapomniała dodać, że jeden z bagaży podczas podróży wypadł przez tylne drzwi. Oczywiście, że to był jej bagaż. Jak to dobrze, że tego dnia postanowiła nie przewozić pojemników z jajkami.
Na dworze zapadał już zmrok, gdy postawiła nogę na dworcu autobusowym w rodzinnym mieście. Powietrze było przesiąknięte stęchłym i cierpkim zapachem, który jest tak charakterystyczny dla wszelkiej maści dworców i przystanków.
Już od tygodnia pakowała się do wyjazdu do domu. Asia, jej starsza siostra obiecała, że załatwi ze swoim chłopakiem, aby ten użyczył jej auta, żeby mogła po nią przyjechać. Dwa dni temu Sara otrzymała wiadomość od siostry, że ta pokłóciła się z Bartkiem i nici z obietnicy. Sara nie powinna być tym zaskoczona, ponieważ nie zdarzyło się to po raz pierwszy. Aśka zawiodła ją już milion razy wcześniej, dlaczego by nie tym razem?
Tak oto musiała spakować cały swój dobytek w olbrzymią walizkę, plecak turystyczny i niewielką torbę na ramię i dotrzeć do domu na własną rękę. Nikt nie mógł jej pomóc, ponieważ rodzice wyjechali na dwa tygodnie do dziadków ze strony taty. Babcia złamała nogę i wymagała opieki, przynajmniej w najbliższy tygodniach. Rodzice postanowili wykorzystać urlop w pracy i wczoraj wyjechali na pomorze, skąd pochodził jej tato. Do Aśki postanowiła nie dzwonić, gdyż pielęgnowała do niej urazę.
Targając torby i plecak, który ledwie utrzymywała na plecach, przeklinała swoją siostrę za jej niesłowność i za to, w co ją wpakowała. Gdyby nie jej wcześniejsze deklaracje, zabrałaby się z kolegą, który wracał tydzień wcześniej.
Minąwszy kościół przy głównej ulicy, zatrzymała się, aby złapać trochę tchu. Bolały ją plecy i ramiona. Usiadła na murku, który odseparowywał teren plebani od hałaśliwej ulicy. Zastanowiła się, co robić dalej, bo właśnie zdała sobie sprawę, że nie da rady tego donieść.
 Kamila. Jej przyjaciółka powinna być już w domu i na pewno pomoże jej z tymi tobołami. Wybrała jej numer i czekała z nadzieją aż usłyszy jej wesoły głos, za którym zdążyła się już stęsknić.
- Nareszcie. Jesteś już w domu? – zabrzmiało w słuchawce.
Sara uśmiechnęła się mimowolnie pod nosem.
- Tak. A właściwie prawie – westchnęła. – Mam olbrzymia prośbę. Jestem w okolicach dworca i nie dam rady dalej się ruszyć z tym, co ze sobą przytachałam z Wrocławia.
- Wracasz ze wszystkimi gratami autobusem? – zapytała z niedowierzaniem.
- Ta, zawdzięczam to mojej kochanej siostruni – przełknęła ślinę. – Wyglądam, jak uchodźca, albo obwoźny sprzedawca. Jeszcze chwilę, a ktoś zechce coś ode mnie kupić.
Kamila zachichotała w słuchawkę. Jej natomiast nie było do śmiechu.
- Chcesz, żebym ci pomogła z tym taborem? – zapytała przyjaciółka.
- Dokładnie. Będę miała u ciebie dług, jak stąd do Glasgow – odetchnęła z ulgą.
- Wiesz co? Mam lepszy pomysł. Przed chwilą nałożyłam na ryj maseczkę i nie chcę stracić jej cudownych właściwości, ale mam rozwiązanie dla twojego problemu – w jej głosie usłyszała zadowolenie, które nie do końca przypadło jej do gustu.
- Tak? Jakie? – zapytała niepewnie.
- Paweł jest w mieście. Właściwie będzie tu kilka miesięcy. Jakieś zlecenie z firmy. Zaraz do niego zadzwonię i zgarnie cię z…Gdzie dokładnie jesteś? – zapytała szybko.
Dla Sary to było zbyt wiele informacji na raz. Paweł. Jest w mieście. Kilka miesięcy. Ma po nią przyjechać. Paweł, jej chwilowe szkolne zauroczenie. Oczywiście, że była w nim zadurzona, bo każda normalna dziewczyna zadurza się w starszym bracie swojej najbliższej przyjaciółki. Biorąc pod uwagę fakt, że ten brat to kawał ciacha, nie było w tym nic dziwnego.
Była w nim zadurzona ale tylko przez krótką chwilę. Szybko zorientowała się, że to kawał sukinsyna, który traktuje dziewczyny, jak szmaty. Nie, niczego z nią nie próbował. Dzięki Bogu, w przeciwnym razie to mogłoby skomplikować jej przyjaźni z Kamilą. Nie znosiła Pawła. Tego zarozumiałego i nadętego dupka, któremu wydawało się, że wystarczy pstryknąć palcami, a każda laska rozłoży przed nim nogi na za piętnaście trzecia.
Może była dla niego zbyt surowa, ale wpłynęło na to pewne nieprzyjemne zdarzenie sprzed kilku lat. Otóż Pawełek, na jednych wakacjach skumał się z jej koleżanką ze szkoły muzycznej. Używając terminologii muzycznej możnaby powiedzieć, że owa koleżanka dała mu kilka lekcji gry na…flecie. Po czym Paweł grzecznie podziękował i już nigdy się do niej nie odezwał.
Dziewczyna, nie wiedzieć czemu, ponieważ nie były zbyt bliskimi koleżankami, wypłakiwała się akurat na jej ramieniu. Swoje zawodzenie okrasiła wieloma niepotrzebnymi dla psychiki Sary szczegółami, które do tej pory stają jej przed oczami w bezsenne noce. Jedynie, co mogła dla niej zrobić, to poklepać ją po plecach i podsunąć kilka epitetów, określających brata jej przyjaciółki. Koleżanka poczuła się od tego lepiej, ale ona wręcz przeciwnie. Od tego dnia, zapewne za sprawą tych szczegółowych opisów ich barabarzenia, Sara nie mogła na Pawła patrzeć, co doprowadzało do bardzo niezręcznych sytuacji podczas odwiedzin w domu przyjaciółki. Kiedy chłopak wyjechał na studia, pojawiał się w domu rzadziej, a Sara przestała obawiać się tego, że będzie na niego wpadać.
I dziś, jako dopełnienie jej okropnej podróży, ten oto koleś ma pojawić się w roli jej wybawcy. Oczywiście, że tak, pomyślała z ironią.
- Nie zawracajmy mu głowy – chwyciła się ostatniej deski ratunku, bo oglądanie lokalnego Casanovy na zakończenie tego ciężkiego dnia, było ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę.
- Nie wygłupiaj się. Gdzie jesteś? – kontynuowała niezrażona.
Sara nie miała wyjścia. Podała przyjaciółce współrzędne i przyglądając się mijającym ją ludziom i samochodom, czekała na Pawła, zastanawiając się nad jedną wielką ironią, w jaką zmieniło się jej życie.
Jej kontemplacja została gwałtownie przerwana, gdy z piskiem opon zatrzymało się obok niej szare volvo s80. Tak, znała się na samochodach…przynajmniej na ich markach i modelach.
Drzwi od strony kierowcy otworzyły się gwałtownie i stanął przed nią Paweł. Nie ten, którego pamiętała ze szkoły, ale zupełnie nowy. Paweł – mężczyzna. Wysoki, dobrze zbudowany, z dwudniowym zarostem i zielonymi oczami, których kolor był widoczny nawet w zapadającym zmroku.
Miał na sobie eleganckie spodnie i koszulę w jasnoniebieskim kolorze, w której podwinął rękawy do łokci.
Na ten widok jej serce załomotało w piersi. Paweł był totalnym egoistycznym sukinsynem, ale był też nieprzyzwoicie przystojny, co utrudniało ignorowanie go.
W jego oczach pojawiło się zdziwienie. Brwi uniósł wysoko, jakby był skonfundowany, albo zagubiony. Nagle, na jego twarzy nastąpiła całkowita zmiana. Rozpromienił się, jakby zobaczył starego kumpla, albo dobrego znajomego.
- Hej – przywitał się z uśmiechem, który ku jej przerażeniu wzmocnił arytmie jej serca.
- Hej – odpowiedziała, bojąc się, że głos ją zawiedzie.
Uspokój się idiotko, nawoływała siebie w myślach. To Paweł. Co z tego, że jest przystojny? To debil. Musiała przyznać, że ta mini reprymenda spełniła swoje zadanie. Od razu poczuła się w jego towarzystwie pewniej.
- Sorry za kłopot – powiedziała kurtuazyjnie. – Mówiłam Kamili, żeby nie zawracała ci głowy, ale się uparła – dodała na swoją obronę, żeby nie było, że to ona wyszła z takim pomysłem.
Wstała z walizki, na której zorganizowała sobie siedzisko i wygładziła z godnością swoje krótkie spodenki.
- Żaden kłopot. Byłem w pobliżu – odpowiedział z delikatnym uśmiechem.
Jakby w naszym mieście można być nie w pobliżu, pomyślała zgryźliwie. Tak, irytował ją. Nawet bardzo. Wszystko dlatego, że po tylu latach ciągle wyglądał tak dobrze, a nawet lepiej, niż pamiętała. To niesprawiedliwe. Nie powinien już zacząć łysieć albo rozpocząć hodowlę  brzucha?, zastanawiała się.
- Ale tego masz – powiedział, chwytając za największą torbę. – Chryste – zawył, gdy podniósł ją do góry. – Jak dałaś sobie z nią radę? Taki krasnal – dodał, żartując.
Musnął ręką jej ramię, a ją jakby poraził prąd. Odsunęła się gwałtownie i pozwoliła mu samemu spakować jej bagaże. Co chwilę na nią zerkał z nieodgadnionym wyrazem twarzy, jakby nie mógł czegoś zrozumieć.
- No cóż, nie miałam innego wyjścia – odpowiedziała zachrypniętym głosem.
Owionął ją jego zapach - odurzająca mieszanka męskich perfum i ciała. Boże, niech to się już kończy, zawyła w duchu. Chciała być już w domu i zapomnieć o tym dniu.
Usiadła na miejscu pasażera. W aucie panował chłód z klimatyzacji, co poprawiło jej nastrój. Była cała spocona i zapewne nie pachniała dobrze, ale w sumie miała to gdzieś. Co ją obchodziła opinia kolesia, którym pogardzała.
Kurde, była podła, bo przecież wcale nie musiał po nią jechać i jej pomagać. Była dla niego nikim, tylko koleżanką jego siostry, a jednak pofatygował się do niej.
- Do domu? – zapytał niespodziewanie, wyrywając ją z tych skomplikowanych myśli.
- Czyjego? – zapytała nieprzytomnie.
Uśmiechnął się pod nosem, jakby powiedziała coś bardzo zabawnego. W jego oczach zaskrzyły się dziwne iskry.
- No nie wiem. Miałem na myśli twój dom, ale jeśli masz inny pomysł – ta insynuacja zawisła w powietrzu, jak ostry nóż.
Dodał do tego kolejny arogancki uśmiech. Skurwiel, pomyślała natychmiast. Jaka szkoda, że jego tanie samcze sztuczki na nią nie działają.
- Oczywiście, że do mojego – podała mu adres, odwracając głowę w stronę bocznej szyby.
- Wiem, gdzie mieszkasz – powiedział, a potem spojrzał we wsteczne lusterko i wyjechał na główną ulice.
Zaskoczył ją tym prostym stwierdzeniem, bo niby skąd miał wiedzieć, gdzie mieszkała. Zapewne kiedyś odbierał od niej Kamilę, albo coś.
- I co u ciebie słychać? – zapytał znienacka.
Sara miała nadzieję, że tę drogę przebędą w zupełnej ciszy, ale nie dane jej było zaznać tej przyjemności.
- Dobrze. A u ciebie? – zapytała znudzonym tonem.
W zasadzie kompletnie jej to nie obchodziło, ale że wyświadczył jej tę przysługę z podwózką, musiała zachować pozory uprzejmości.
- Też dobrze – odpowiedział, ale nie poprzestał na tym. – Moja firma dostała kontrakt na budowę siedemnastki i zabawię tu kilka miesięcy – poinformował ją.
Sara miała wrażenie, że za chwilę doda: Dziewice i naiwniaczki, miejcie się na baczności. Nadchodzę!
- To chyba fajnie – odpowiedziała uprzejmie i zerknęła w jego stronę.
Spojrzał na nią pospiesznie, a potem skupił wzrok na drodze. Nagle jego usta wykrzywiły się w najpiękniejszy męski uśmiech, jaki Sara miała okazję zobaczyć w życiu.

- Teraz mam pewność, że będzie fajnie.

15 komentarzy:

  1. Fenomenalnie tak myślałam ze teraz Pawła pomaltretujesz �� Boże jaka z tego wszystkiego byłaby super seria ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  2. Teraz mam jeszcze większą ochotę wytatuować sobie na piersi jego wizerunek....
    Och, czuję, że będzie ciekawie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te, te, te, te! Nie rozpędzaj się!

      Usuń
    2. Jestem obrażona, że to Twojego imienia użyto w tym opowiadaniu, dlatego nie gadam ani z Tobą, ani z szanowną koleżanką autorką...

      Usuń
  3. super-jak zawsze i chcę zdecydowanie więcej

    OdpowiedzUsuń
  4. Już jestem zakochana. Totalnie! Ale czekam aż wreszcie jakaś bohaterka będzie miała na imię Klaudia. :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem totalnie zauroczona;-) to będzie SUPER!!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Sara już mi się podoba. Zadziorna . Czekam na kolejne spotkanie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Mega �� dopiero przeczytałam "jak powietrze " i chce więcej .

    OdpowiedzUsuń
  8. Udała, będzie, bedzie zabawa, bedzie się dziaaaaaaalo xD

    OdpowiedzUsuń
  9. Mniaaaaaaaam! Zapowiada się świetne opowiadanie! Ide do drugiego rozdziału.

    OdpowiedzUsuń