czwartek, 1 września 2016

"Noc Kupały" Rozdział 5


Paweł
Po wygłupach w jeziorze wrócili na polanę. Chcieli wysuszyć ubrania przy ognisku, chociaż Paweł wolałby, aby bluzka Sary pozostawała cały czas mokra. Gdy dziewczyna wyłoniła się z jeziora, koszulka przylgnęła do jej ciała, jak druga skóra. Pożądanie, które go nagle zalało, omal nie pomieszało mu w głowie.
Dobrze, że dziewczyna wepchnęła go do wody, dzięki temu trochę schłodził swoje zmysły.
Stali teraz twarzami zwróceni w stronę płomieni. Rześka bryza znad jeziora schładzała mu plecy. Po kilku minutach dziewczyny zostawiły go samego, ponieważ  chciały kupić sobie po kolejnej butelce piwa, czego nie pochwalał, tym bardziej po tym, jak musiał interweniować w obronie ich cnoty. Oczywiście w sensie przenośnym, gdyż wątpił, aby któraś z nich wciąż ją zachowała.
Skrzywił się na tę myśl. Nie chciał wiedzieć ani myśleć o sprawach intymnych, które mogłyby dotyczyć jego siostry. Co innego Sara…

Przejechał dłońmi po twarzy, próbując ustabilizować tor swoich przemyśleń. Wodził wzrokiem po zebranych wokół paleniska ludziach i jego wzrok zatrzymał się na dziewczynie o długich blond włosach. Serce załomotało w mu w piersi, bo przez chwilę wydawało mu się, że patrzy na Lenę. Dziewczyna zwróciła twarz w jego stronę i z całą stanowczością mógł stwierdzić, że to nie ona.
Dziwne poruszenie w środku bardzo go jednak zaniepokoiło. Nie powinien tak reagować na myśl o możliwości zobaczenia jej chociażby przypadkiem. Był pewien, że ma ją już za sobą. Że pogodził się z tym, że ona i on to historia która nigdy się nie wydarzy.
Potarł ręką czoło, odganiając od siebie i te myśli. Tej nocy nie chciał myśleć o porażkach swojego życia. Chciał się oderwać od pracy i przez chwilę zabawić, nawet jeśli będzie musiał to zrobić w towarzystwie własnej siostry i jej przyjaciółki, która – musiał przyznać – straciła trochę ze swojej wiedźmowatości.
Rozejrzał się za dziewczynami, które powinny już wrócić. Balowanie z własną siostrą to był kiepski pomysł, pomyślał poirytowany. Jak tylko Kamila znikała mu z oczu, jego wyobraźnia podsuwała mu pod nos niewesołe obrazki. Na jednym z nich Kamila wpada w łapy jakiegoś zboka, na innym tonie w odmętach jeziora.
Ruszył w kierunku sceny, pod którą zrobiło się bardzo tanecznie. Bez trudu wypatrzył pląsające Kamilę i Sarę. Nie mógł nic poradzić na to, że wzrok automatycznie zatrzymywał na przyjaciółce siostry. Na jej zgrabnym tyłku, wąskiej talii i wciąż wilgotnych włosach, które tańczyły razem z nią. Dziewczyna była apetyczna, jak soczysty owoc i dziwnie pasowała do otaczającej ją scenerii. Długie etniczne kolczyki podskakiwały wraz z całym ciałem, jakby wybijały pradawny rytm. Wciąż czuł na dłoniach jej nagą skórę, którą muskał palcami podczas wspólnego tańca i w czasie ich wygłupów nad jeziorem. Muzyka w tle nadawała temu miejscu niesamowity klimat. Pod ich stopami trawa zamieniła się w błoto, ale nikt się tym zbytnio nie przejmował. Co poniektórzy zrzucili buty i oddawali się tańcu na bosaka.
Oderwał wzrok od Sary, gdy kątem oka zarejestrował swoją siostrę, potykającą się o coś i wywracającą się niezgrabnie do tyłu. W pierwszym odruchu wybuchnął śmiechem, bo był to bardzo pocieszny widok, ale gdy Kamila nie kwapiła się do wstawania, ruszył w jej stronę. Sara nachyliła się nad nią ze zmartwioną miną. Nie minęła sekunda, a zaczęła się piskliwie śmiać, do czego dołączyła się też Kamila.
Zbliżała się północ, więc nic się nie stanie, jak te dwie balowiczki wrócą już do domu. Podszedł do dziewczyn i wyciągnął rękę do Kamili, żeby pomóc tej pijaczce podnieść się z ziemi. Dziewczyna chwyciła jego dłoń i gdy jednym sprawnym ruchem podniósł ją do góry, ta ponownie się zatoczyła.
Jest pijana w trzy dupy, pomyślał przenikliwie, obserwując jej zamglone oczy.
- Kiedy zdołała się tak nastukać? – zapytał Sary, która wyglądała o niebo lepiej od jego umazanej błotem siostry.
- Jacyś kolesie postawili nam rundkę szotów z wódki. Kamila nie umiała odmówić – dziewczyna wzruszyła ramionami, uśmiechając się pod nosem, jakby to był dobry żart.
- Ty nie piłaś? – zapytał.
- No co ty? Ktoś musi być trzeźwym…to znaczy trzeźwiejszym, gdy wychodzimy same – odrzekła i ta odpowiedź bardzo mu się spodobała.
Miał tylko nadzieję, że w Lublinie Kamila ma także taką Sarę, która przypilnuje jego siostrę, gdy ta pójdzie w miasto.
- Wracamy do domu, alkoholiczko – powiadomił siostrę.
- Nie chcę – odpowiedziała bełkotliwie i ponownie się zachwiała.
- Jakby mogło mnie to obchodzić – odrzekł spokojnie i wziął ją pod rękę.
- Dureń – wybełkotała i machnęła na niego ręką.
Zaczekał na Sarę, a potem razem ruszyli w stronę parkingu. Zrobiło się już chłodniej, a im bliżej gęstego lasu, tym powietrze stawało się zimniejsze i przyprawiało o ciarki na skórze. Szli w milczeniu, które jak Mur Chiński odgradzało go od Sary. Dziewczyna po zejściu z polany, jakby zapadła w letarg.
- Niedobrze mi – jęknęła Kamila i nie minęło pięć sekund od tego ogłoszenia, a zgięła się w pół i zwróciła kolację wraz z darmowymi szotami.
Paweł w ostatniej chwili uskoczył przed falą zwrotną i uratował tym swoje nowe skórzane buty.
Sara podeszła do Kamili i zgarnęła jej włosy do góry. Dzielnie opiekowała się jego siostrą, czekając aż Mila, jak nazywał ją w dzieciństwie, opróżni swój żołądek. Paweł przyglądał się Sarze z podziwem. To nie była zła dziewczyna, zadecydował. Była dobrą przyjaciółką dla Kamili. Nie musiała być dobra dla niego. Wystarczyło, że była dobra dla jego siostry.
- Już okej – zwrócił się do Kamili. – Nie zapaskudzisz mi tapicerki?
Dziewczyna pokręciła głową, żeby go zapewnić, że nic się nie wydarzy.
- Masz jakąś foliową torebkę? – zapytała Sara.
Jej głos odbił się echem od drzew. Naokoło panował spokój. Dźwięki z polany dochodziły w to miejsce w postaci cichego szumu.
- Myślisz, że to nie koniec? – zmarszczył brwi.
- Tak na wszelki wypadek – wyjaśniła. – Usiądę z nią z tyłu i przypilnuję, żeby w razie co, wymiotowała do reklamówki – dodała rozsądnie.
- Okej. Dzięki – odpowiedział z wdzięcznością.
- Nie musisz mi za to dziękować. Nie kieruje mną troska o twój samochód tylko o nią. Pewnie musiałaby ci to sprzątać na kolanach – powiedziała, a w jej głosie pojawiła się pogarda.
Wiedźma wróciła, pomyślał.
- Myślisz, że tak mnie dobrze znasz? – parsknął, czując znajomą irytację.
Podszedł do dziewczyn, przejął prawie nieprzytomną Kamilę i ostrożnie usadził ją na tylnym siedzeniu. Nieprzenikniony mrok rozświetliło słabe światło samochodowej lampki. Sara obeszła samochód i usadowiła się po drugiej stronie. Objęła Kamilę ramieniem. Siostra ufnie ułożyła głowę na jej ramieniu. Ten gest uspokoił go i nawet trochę wzruszył.
Zastanawiał się, dlaczego Sara tak bardzo go nienawidzi. Co jej takiego zrobił, że prycha na niego, jak rozdrażniony kociak? Będzie musiał się tego dowiedzieć, chociaż do niedawna miał to kompletnie gdzieś. Teraz opanowała go ciekawość pomieszana z irytacją i chęcią poznania tej małej wiedźmy.
Zajął miejsce kierowcy, zerknął we wsteczne lusterko, a potem odpalił silnik i wyjechał z parkingu. Powrotną trasę też pokonali w milczeniu. Kamila z wiadomego względu, a on i Sara z powodów, których sam nie pojmował. Było miło, dobrze się bawili, a teraz wszystko wróciło do „normy”.
Zatrzymał się pod blokiem, w którym mieszkali jego rodzice. Już widział ich miny, gdy wtarga do mieszkania nieprzytomną Kamilę. Skrzywił się na tę myśl, ale cóż miał poradzić. Na pewno skończy się to na porannej reprymendzie, na którą dziewczyna w pełni zasłużyła. Sam powie jej do słuchu, jak tylko wytrzeźwieje.
Na szczęście nie widać było żadnej zabłąkanej sąsiadki, które od bladego świtu do późnych godzin wieczornych mieliły jęzorem, jak młockarnie. Z przerwami na jakiś serial, czy paradokument, oczywiście. On miał je totalnie w dupie. Zawsze miał gdzieś, co myślą i mówią o nim inni ludzie, ale tu nie chodziło o niego, tylko o Kamilę. Nie chciał jej narażać na plotki.
To był jeden z tych olbrzymich minusów mieszkania w bloku. Tu praktycznie nie było prywatności. Każdy o każdym wiedział aż nad to. Co innego przyjazne „dzień dobry”, albo „co słychać” na przywitanie, a co innego wtykanie swojego nosa w cudze sprawy. Niestety, wścibskie sąsiadki były nieodłącznym elementem krajobrazu małych osiedli i blokowisk.
- Zaczekaj na mnie – rzucił do Sary, która wyszła z auta i przystanęła nieopodal rozłożystego kasztanowca.
- Idę do domu. Jestem zmęczona – powiedziała, ale nie ruszyła się z miejsca.
- Chcesz iść sama nocą i to taki kawał drogi? – zapytał z niedowierzaniem.
Czy aż tak bardzo go nie znosiła, że woli zaryzykować nocny spacer po opustoszałym mieście, niż dać się podwieź? Nie mógł w to uwierzyć.
- Dam sobie radę – odrzekła, ale niepewnie przestępowała z nogi na nogę, jakby nie mogła się zdecydować, co ma dalej robić.
- Zaczekaj – popatrzył jej w oczy. – Zaraz wracam – dodał twardo i podtrzymując Kamilę za ramię, ruszył w stronę klatki schodowej.
Jeśli dziewczyna jest na tyle głupia, żeby dać się omotać swojej niechęci do niego, to on nie będzie jej na siłę wtykał swojej pomocy. Dość tego. Jeśli nie zastanie jej w aucie lub przy aucie, to będzie to jej decyzja, której nie zamierzał podważać. Dziewczyna była dorosła.
- Źle się czuję – wyrzęziła Kamila, gdy byli już przy samych drzwiach.
- Tylko mi tu nie rzygaj. Zaraz będziesz miała do tego chłodną muszlę klozetową, o którą będziesz mogła oprzeć spocone czoło – powiedział na pół żartując, na pół błagając ją o wstrzymanie się.
Znalazł w jej torebce klucze i otworzył nimi drzwi. Próbowali zachowywać się cicho, ale na nic się to zdało. Kamila była w tej chwili jak słoń w składzie porcelany. Jednym zamaszystym ruchem wywróciła metalowy wieszak na ubranie, robiąc tyle hałasu, że mogłaby obudzić umarłego.
Światło w pokoju rodziców zaświeciło się. To by było na tyle, jeśli chodziło o dyskretny powrót do domu, pomyślał.


Sara
Sara obserwowała okno pokoju przyjaciółki. Kiedy pojawił się w nim błysk światła wiedziała, że dziewczyna jest już bezpieczna w swoim łóżku. Co będzie się działo rano, gdy skonfrontuje się z rodzicami? Na relację z przebiegu tej rozmowy będzie musiała poczekać do jutra. Obie były już dorosłe, ale to nie miało znaczenia, gdy chodziło o rodziców. Ona w przeciwieństwie do przyjaciółki miała rodziców, którzy nigdy nad nią wisieli. Nie ustalali jej nieprzekraczalnych granic powrotu do domu. Może właśnie dlatego nigdy nie czuła potrzeby buntu i robienia głupot tylko po to, żeby zaznaczyć swoją rację. Rodzice jej ufali, albo wychodzili z założenia, że zdrowego rozsądku nie wyhodują w niej nakazami i dotkliwymi karami. Stawiali na jej poczucie odpowiedzialności i troski o własne bezpieczeństwo. Poskutkowało. Musiała im to przyznać. 
To właśnie rozsądek i troska o własne zdrowie przeważyło nad niechęcią, jaką czuła do Pawła. Wolała znaleźć się bezpiecznie w jego aucie, niż błąkać się samotnie po mieście.
Jak wywołany do tablicy w drzwiach klatki schodowej pojawił się Paweł.
Facet wyglądał na zmęczonego, ale też na poirytowanego. Jego krótko przystrzyżone włosy były w nieładzie. Kiedy zbliżył się na tyle blisko, zauważyła że ma na sobie inną koszulkę. Od razu domyśliła się, co mogło się wydarzyć po drodze i uśmiechnęła się pod nosem.
Spostrzegłszy ją, chłopak wyraźnie się rozchmurzył. Pewnie myślał, że sobie pójdę, pomyślała. Na pewno poczuł satysfakcję, gdy wykonała jego polecenie. Zjeżyło ją to, ale zagryzła mocno zęby i postanowiła nie dawać mu powodu do samozadowolenia.
- Obrzygała cię? – zapytała, gdy wsiadł do samochodu.
- No – burknął i od razu odpalił silnik.
Sara sięgnęła ręką do torebki, żeby znaleźć telefon i dać znać Aśce, że wraca do domu, ale jej ręka zawisła w powietrzu.
- O kurwa! – zaklęła soczyście, gdy zdała sobie sprawę, że nie pamięta kiedy ostatnio miała ją przy sobie.
- Co jest? – zapytał Paweł, zwalniając instynktownie.
- Moja torebka. Nie mam jej. Cholera jasna – zawyła z bezradności.
Miała w niej wszystko: pieniądze, klucze do mieszkania, dokumenty…ulubiony błyszczyk do ust. WSZYSTKO.
- Pamiętasz, kiedy miałaś ją ostatnio? – zapytał chłopak.
Sara zamyśliła się tak intensywnie, że od tego rozbolała ją głowa. Przed jej oczami przelatywały obrazy wieczornych aktywności. Miała ją przy ognisku. Miała ją przy barze. Miała ją gdy tańczyły. Nie miała jej, gdy pomagała Kamili wsiadać do auta. Bingo!
- W lesie na parkingu już jej nie miałam. Musiała mi spaść, gdy prowadziliśmy Kamilę do samochodu – powiedziała niepewnie.
Nie wiedziała, co ma teraz począć. Nie mogła poprosić Pawła o to, żeby tam wrócił. Nie znosiła go, więc to nie wchodziło w grę. Zaczęła z nerwów obgryzać paznokcie. Dopiero po dziesięciu minutach zdała sobie sprawę, że nie jadą w kierunku jej domu.
- Gdzie jedziemy? – zapytała, chociaż dobrze wiedziała, że Paweł kieruje się w stronę Jeziora Łez.
- A jak myślisz? – odpowiedział pytaniem i dodał do tego głębokie westchnienie.
Nie odpowiedziała. Milczała do czasu, aż ponownie zawitali na leśnym parkingu. Teraz panował tu jednak zupełnie inna atmosfera. Było ciszej, a sam parking wyglądał na opustoszały. Nie dochodziły do nich żadne śmiechy ani rozmowy. Muzyka także umilkła.
- Okej Sara – powiedział Paweł, gdy wyłączył silnik. – Jak wyglądała ta torebka? Mamy szczęście, że jest ciemno, to może nikt jej nie zauważył.
- Mała, czarna, ze skórzanym paskiem – opisała zgubę, zdając sobie jednocześnie sprawę, że to będzie jak szukanie igły w stogu siana.
Wyszli z auta. Paweł okrążył samochód i wyciągnął z bagażnika latarkę.
- Przejdźmy się dokładnie tą samą trasą, którą prowadziliśmy tę alkoholiczkę – powiedział, a Sara mimo sytuacji, uśmiechnęła się szeroko.
Szli wąską ścieżką, ocierając się ramionami o gęste zarośla. W pewnym momencie Sara potknęła się o wystający korzeń i upadłaby, gdyby Paweł nie chwycił jej za ramiona.
- Uważaj, bo skręcisz sobie ten śliczny kark – usłyszała jego rozbawiony głos, który załaskotał ją w szyję.
Prychnęła na niego pogardliwie, ale tylko z przyzwyczajenia i na pokaz, bo na wzmiankę o „ślicznym” karku nie potrafiła wykrzesać z siebie prawdziwej pogardy. Paweł bardzo utrudniał jej pielęgnowanie nienawiści. Wyświadczał jej przysługę za przysługą. Nie wypadało jej w tej chwili na niego naskakiwać.
Nie oznaczało to jednak, że zapomniała, jaki Paweł jest naprawdę. Co to, to nie. Jest dla niej miły tylko dlatego, że Sara jest przyjaciółką jego siostry. To wszystko.
Wyszli na wyludnioną polanę, na której pozostała jedynie wydeptana trawa i mnóstwo śmieci. Sara zaczynała wątpić w to, czy uda jej się w tym rozgardiaszu i ciemnościach znaleźć swoją mini torebkę. Drgnęła, gdy poczuła na ramieniu dotyk. To był Paweł.
- Miałaś tam coś cennego? – zapytał zmartwionym głosem.
Wyglądał, jakby autentycznie jej współczuł. Zdumiona jego troską, nie odtrąciła jego ręki. Ściszonym głosem wyrecytowała zawartość torebki.
- No tak ten ulubiony błyszczyk. Nie ma rady, musimy tu zostać do rana i znaleźć tę torebkę choćbyśmy mieli nie spać całą noc – powiedział, a potem uśmiechnął się tak szeroko, że Sara nie mogła się powstrzymać i odpowiedziała mu tym samym, chociaż dodała do tego wywrotkę oczami.
Paweł przygryzł mocno wargę i spojrzał przed siebie niewidzącym spojrzeniem. Zsunął delikatnie dłoń z jej ramienia i chwycił ją za nadgarstek.
- Chodź – powiedział zdecydowanie. – Przejdźmy się jeszcze nad jezioro. Może to tam ją zgubiłaś.
Chciała zaoponować, ponieważ była prawie pewna, że tam jeszcze ją miała, ale po chwili zrezygnowała z protestu, ponieważ podczas tego wieczoru niczego nie mogła być w stu procentach pewna.
Wysunęła rękę z uścisku Pawła. Nie czuła się z tym komfortowo. Jego ciepła dłoń przywoływała sprzeczne uczucia. Przyspieszała bicie serca i wywoływała ciarki na plecach. Odbierała jej także zdrowy rozsądek. Były to uczucia niestosowne. Nie powinna ich doświadczać w obecności Pawła. Przecież go nie znosiła.
Piaszczysta plaża, na której tak niedawno się wygłupiali wyglądała na miejsce ponure, a nawet trochę niepokojące. Woda uderzała niewielkimi falami o sitowie, wprawiając je w płynny ruch. Nad wodą zawisła gęsta mgła, uniemożliwiająca dojrzenie przeciwległego brzegu. Zza chmur co chwilę wyłaniał się księżyc w fazie pełni, dopełniając tę upiorną scenerię.
Gdyby nie było tu z nią Pawła, przejąłby ją strach.
- Boisz się? – zapytał, kierując światło latarki wprost na swoją twarz.
- Chyba ty – odpowiedziała drżącym głosem, rozglądając się na boki.
Paweł uśmiechnął się złowieszczo, jakby coś zaświtało mu w głowie. Skierował strumień światła w miejsce, o które rozbijała się woda.
- Wiesz, dlaczego nazywają to miejsce Jeziorem Łez? – zapytał, jakby od niechcenia.
Sara dobrze wiedziała, co próbował teraz zrobić. Chciał ją nastraszyć. Debil. Udała umiarkowane zainteresowanie.
- Nie. Ale pewnie zaraz mi sprzedasz mrożącą krew w żyłach historyjkę – parsknęła z politowaniem.
Pomimo strachu chciała poznać tę historię. Cholera, przeklęła się w duchu za swoją ciekawskość.
- To nie historyjka. To szczera prawda – zaczął i niespodziewanie usiadł na plaży.
- Nie za wygodnie ci tu? – zapytała z kpiną. – Paweł, nie przyszliśmy tu na piknik.
Jego zachowanie zaczęło ją niepokoić. Nie, żeby się go bała, ale nie lubiła przesiadywać o drugiej w nocy na upiornych plażach i wysłuchiwać upiornych opowieści. Przynajmniej nie dziś.
- Nie bądź taka sztywna. Siadaj – poklepał miejsce obok siebie, a kiedy nie posłuchała dodał:  – Przecież nic ci nie zrobię. Fajnie tu, gdy nikogo nie ma – spojrzał przed siebie, jakby zobaczył coś we mgle. – Spokojnie. Mało jest takich miejsc. Piękna sceneria do fotografowania. Szkoda, że nie wziąłem ze sobą aparatu – powiedział, jakby do siebie.
Zaskoczył ją tym. Czyżby oprócz rozdziewiczania niewinnych panien, Paweł miał także inne zainteresowania, pomyślała złośliwie.
Gdzieś w lesie odezwało się ptasie pohukiwanie. Sara zadrżała. Miejsce może i było wyludnione, ale na pewno nie było spokojne.
- Nie bój się – zwrócił się do niej łagodnym aksamitnym głosem. – Usiądź i posłuchaj.
Sara wywróciła oczami i dała za wygraną. Przysiadła nieopodal i podwinęła pod brodę kolana. Przysłuchiwała się pluskom wody i obserwowała niewielkie kręgi na wodzie, które temu towarzyszyły.
- No więc? – ponagliła go.
Chłopak zwrócił się w jej stronę i uśmiechnął się zadowolony z jej kapitulacji.
- No więc – rozpoczął – Podczas drugiej wojny światowej w tych okolicach odbywały się masowe wysiedlenia. Na miejsce polskich mieszkańców, umieszczano wysiedlonych z Ukrainy chłopów. Na tych ziemiach – zatoczył ręką krąg, wskazując na przyległe tereny – dochodziło do regularnych masakr na tym tle. Miejscowi uważali Ukraińców za nazistowskich kolaborantów. W niektórych przypadkach mieli rację , ale w większości byli to biedni chłopi, których spotkał taki sam los, jak tych tutejszych.
Sara zasłuchała się w brzmieniu jego niskiego i przyjemnego głosu. Była także bardzo ciekawa tej historii, która nabierała coraz realniejszych kształtów. Paweł miał także dar do opowiadania. Musiała mu to przyznać.
- Pewnej mroźnej grudniowej nocy, gdy jeden z polskich partyzanckich oddziałów przygotowywał plan egzekucji kilku przewodniczących policji pomocniczej – takiej ukraińskiej organizacji – wyjaśnił – Doszło w tym miejscu do tragedii – powiedział i zaczął przesypywać palcami piasek, jakby w ten sposób odmierzał czas, albo jakby cofał się w czasie.
Paweł spojrzał jej wymownie w oczy, a ona zapatrzyła się w nie, jakby właśnie tam mogła znaleźć dokończenie tej historii. Chłodny wiatr znad jeziora rozwiał jej włosy. Objęła się ramionami, czując jak przeszywa ją zimno. Chłopak zauważył to i zrobił ruch, jakby się za czymś rozglądał.
- Siadaj tutaj – wskazał miejsce pomiędzy swoimi nogami.
Sara zrobiła wielkie oczy. Czy jemu się coś pojebało?
- W twoich snach – zagrzmiała ostrzegawczo.
Jej głos odbił się echem od tafli wody i rozniósł się po całej okolicy.
- O Boże, ale jesteś sztywna i wszędzie widzisz wszeteczeństwo i nierząd – zaśmiał się. – Chciałem cię tylko osłonić przed chłodem, ale skoro jest ci tam dobrze – wzruszył niewinnie ramionami.
- Osłoń siebie – rzuciła. – Skończ wreszcie tę historię, to nie będę potrzebowała żadnej osłony – ponagliła, bo chciała, aby kontynuował.
- No więc, doszło tu do tragedii. Jeden z partyzantów, młody chłopak, chciał się popisać przed dowództwem. Wymknął się z narady i konno pognał do wioski, w której mieszkali skazani przez nich członkowie policji i ich rodziny. Wpadł na pomysł, żeby podpalić ich chaty.
Sara zadrżała, ale tym razem nie z zimna, a z trwogi.
- Nie przewidział jednak – kontynuował dalej – że nie skończy się na jednej chacie. Drewniane budynki, kryte papą zaczęły zajmować się jeden po drugim. Niektóre rodziny zdołały wybiec na zewnątrz…inne nie miały tyle szczęścia. Mężczyźni, kobiety i dzieci…spalili się żywcem we własnych łóżkach – zamilkł, a Sarze na całym ciele stanęły dęba włosy.
Z oddali usłyszeli wycie jakiegoś zwierzęcia. Dziewczyna przerażona zerwała się na równe nogi.
- Hej. Nie bój się. To jakiś pies z wioski. W tym lesie nie ma już wilków – powiedział, jakby czytał jej w myślach.
- Może wracajmy już – powiedziała niepewnie.
Nie czuła się tu bezpiecznie.
- Okej, tylko dokończę – powiedział.
Z pozycji siedzącej chwycił ją za rękę i ustawił przed sobą.
- Usiądź. Przecież nie zrobię ci krzywdy – ponowił próbę, wskazując miejsce między swoimi rozłożonymi udami.
Sara skapitulowała, ale tylko dlatego, że chciała aby skończył opowieść i aby mogli już wracać. Usiadła ostrożnie, starając się go nie dotykać, co wywołało jego śmiech.
- Niczym nie zarażam. Jak mnie dotkniesz, naprawdę nic się nie wydarzy – powiedział z kpiną.
- Jasne – skwitowała to. – Dobra, kontynuuj – rozkazała.
Nie chciała się do tego przyznawać, ale rzeczywiście poczuła się znaczeni lepiej ze świadomością tego, że za jej plecami ktoś jest. Paweł przybliżył się do niej i jakby nigdy nic, objął ja ramionami. Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. Był tak blisko, że czuła jego zapach i ciepło płynące z ciała.
- Mówisz, czy nie? – jej głos zabrzmiał chrypliwie i niepewnie.
- Mówię – odchrząknął. – Ludzie wybiegali z płonących budynków. W tym samym czasie nadjechał oddział partyzantów. Mężczyźni zostali, aby odeprzeć atak, a kobiety i dzieci uciekały nad zamarznięte jezioro. Większość boso i w koszulach nocnych.
- Jezu – szepnęła i bezwiednie wtuliła się w jego ramiona, chcąc odgonić chłód, jaki przeszył jej serce.
Głos Pawła był teraz cichy i miarowy. Sara uznała, że mogłaby go słuchać do snu. Jego serce uspokoiło się teraz i uderzało powoli i pewnie, prawie zahaczając o jej plecy.
- Kiedy dotarły do jeziora, dogoniło ich kilku partyzantów. Nie chcieli zrobić im krzywdy, ale w stanie kompletnego szoku i trwogi kobiety nie chciał ich słuchać. Chcąc przedostać się na drugi brzeg, wbiegły na lód. I chociaż od dwóch miesięcy panowała sroga zima, warstwa lodu na jeziorze nie była wystarczająco gruba…a taki natłok ludzi spowodował przeciążenie – zamilkł, oddychając szybko. – Lód pękł. Kobiety z dziećmi na rękach wpadły do wody. Las przeciął krzyk tonących, a wtórowało im wycie wilków. Z piętnastu kobiet i dzieci uratowała się tylko mała dziewczynka.
- Mam nadzieję, że wszystko to zmyśliłeś – powiedziała po chwili ciszy.
Opierała się teraz swobodnie o jego pierś, w wyobraźni oglądając tę makabryczną scenę.
- Chciałbym – szepnął przy jej szyi, na co zadrżała. – Ta historia wydarzyła się naprawdę. A dziewczynka, która ocalała była najbliższą przyjaciółką mojej babci. Od niej znam tę historię. Opowiedziała mi ją, gdy byłem małym chłopcem – dodał.
- Jeśli mówisz prawdę, to jak to możliwe, że nie piszą o tym w książkach do historii i nie ma o tym żadnej wzmianki w muzeum regionalnym? – zapytała zdziwiona.
- Bo to niechlubny zapis naszej historii. Nikt nie lubi się chwalić mordowaniem kobiet i dzieci. Prawda? – zapytał retorycznie.
Sara westchnęła głęboko, na chwilę zatapiając się w myślach o czasach, które były na równi straszne, jak i fascynujące. O ludziach, których losy zostały wymazane z historii, jak szkic ołówkiem, który ktoś wytarł gumką. To było przerażające.
Mgła stawała się coraz gęstsza. Wokół zapanowała nieruchoma cisza, jakby nagle znaleźli się w próżni. Wtedy poczuła na swojej szyi dłoń Pawła. Chłopak delikatnym ruchem ręki odgarnął włosy z jej szyi. Zesztywniała natychmiast. Bardzo chciałaby, aby ten dotyk nie sprawił jej przyjemności, ale było zupełnie inaczej. Pod jego wpływem zamknęła oczy.
Wiele dni później Sara próbowała sobie wytłumaczyć zdarzenia z dalszej części tej nocy, ale nie potrafiła. Nie potrafiła wyjaśnić dlaczego to zrobiła.

Odwróciła twarz w stronę Pawła, delikatnie ocierając się o jego jednodniowy zarost. Ich usta dzielił tylko kilka milimetrów. Jego oddech był ciepły i słodki. 
Zamknęła oczy i pocałowała Pawła.

3 komentarze:

  1. Mniam pierwsza!!! Świetny rozdział, pozdrawiam👍

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam pytanko: czy Ty jesteś opętana, że kończysz w takim momencie?

    OdpowiedzUsuń
  3. łał, super ze taki długi-goraco uffff goraco

    OdpowiedzUsuń