niedziela, 4 grudnia 2016

"Sezon na lisa" Rozdział 2


Olek
- A co znajduje się tam? – zapytała Paula, wskazując na sad, który był naturalną granicą pomiędzy posesją, należącą do właścicieli pensjonatu, a działką sąsiedniego gospodarstwa. 
- Sad – odpowiedziałem kpiącym tonem, bo to było raczej oczywiste.
Dziewczyna działała mi trochę na nerwy, ponieważ nie mogłem jej rozszyfrować. Wyglądała, jak najniewinniejsze stworzenie na świecie, ale po kilku zamienionych z nią zdaniach zauważyłem, że była strasznie pyskata. Olbrzymie szare oczy wskazywały na to, że Paula to milutkie, potulne stworzonko, ale gdy chciała komuś dopiec, te oczy łani zmieniały się w chytre lisie patrzałki. Uśmiechnąłem się pod nosem na to porównanie.


Taka lisica nie mogła trafić w bardziej adekwatne miejsce, niż ten pensjonat.
- Widzę, geniuszu – parsknęła. – Mam na myśli to, co znajduje się przy ogrodzeniu – powiedziała powoli, jak do osoby ograniczonej umysłowo.
Nie spodobało mi się to. Traktowała mnie z góry, jakby miała do czynienia z jakimś idiotą.
- Idź i się przekonaj – powiedziałem, nie zdradzając, że to ule.
Dałbym wiele, żeby zobaczyć, jak ten przemądrzały rudzielec dowiaduje się na własnej skórze, co też znajduje się przy ogrodzeniu, pomyślałem złośliwie. Kilka użądleń dobrze by jej zrobiło. Może wyplułaby z siebie ten kij, który wystawał jej z dupy.
Dziewczyna nie skomentowała tego, tylko wzruszyła ramionami.
- Gdzie znajdują się stajnie? – zapytała po chwili ciszy.
Dreptała za mną, jak mały piesek. Nie zamierzałem zwalniać, żeby za mną nadążała. Nie zasłużyła na to.
Był upalny czerwcowy dzień. Na niebie nie pojawiła się nawet najmniejsza chmurka. Dziewczyna całą drogę pokonywała, chowając się w cieniach wysokich topoli, grabów i kasztanowców, jakby była jakimś wampirem.
Stajnia, wybieg i pastwisko dla koni znajdowało się na tyłach głównego dziedzińca. Właśnie to miejsce chciała w pierwszej kolejności zobaczyć Paula. Najwyraźniej kochała konie, czym trochę u mnie zapunktowała. Sam je uwielbiałem i praca z nimi była dla mnie przyjemnością. Sam pragnąłem kiedyś założyć swoją stadninę. Do tego było jednak jeszcze daleko. Póki co, musiałem się zadowolić pracą z końmi u kogoś innego.
- Właśnie tam idziemy – rzuciłem przez ramię.
Dziewczyna była już zgrzana, a na jej policzkach pojawiły się rumieńce, na tle których odbijało się milion piegów. Biedula, pomyślałem złośliwie, ale jednocześnie zwolniłem trochę. Nie byłem w końcu skończonym złamasem.
- Ile macie tu koni? – zapytała, zrównując się ze mną.
Miała na sobie krótkie, zielone spodenki i niebieską koszulkę na ramiączkach. Była szczuplutka i drobna, ale nie była znowu jakaś przesadnie chuda, jak pomyślałem, gdy zobaczyłem ją dziś rano po raz pierwszy. Miała dość zgrabne nogi i jędrny tyłek. Tak, przyjrzałem się mu uważnie, gdy dziewczyna wróciła po coś do swojego pokoju na poddaszu.
- Trzy klacze i jeden ogier – odpowiedziałem, zatrzymując się na chwilę w cieniu drzewa, żeby dać dziewczyninie odsapnąć.
Nie chciałem jej zamęczyć zanim w ogóle zabierze się za jakąś robotę. Tak naprawdę, to nie miałem pojęcia, jak takie chuchro zamierzało dać radę pracować w tym kołchozie, jakim był pensjonat. Chyba, że ma zostać maskotką ośrodka. Tylko jej trzeba lisią kitę dorobić i uszy. Zaśmiałem się w głos, gdy to sobie wyobraziłem.
- Co cię tak rozbawiło? – zapytała podejrzliwie.
- Nie, nic – szybko się zreflektowałem i przestałem uśmiechać.
 Chyba trochę się jej bałem.
- Czym będziesz się tu zajmowała? – zapytałem, bo nie pamiętałem, co mówiła wczoraj Anna.
W zasadzie rzadko skupiałem się na tym, co mówi ta kobieta, ponieważ z każdym dniem drażniła mnie coraz bardziej. Starałem się ją ignorować, ale to nic nie dawało. Zagięła na mnie parol i chyba nie pozbędę się jej do końca pobytu.
- Będę prowadziła zajęcia z hipoterapii i pomagała w kuchni – zakomunikowała, wzruszając ramionami.
Zmierzyłem ją od stóp do głów, zastanawiając się, jak u licha poradzi sobie w kuchni. Właściciele dobrze płacili, ale nie byli Samarytanami. Oczekiwali wielu poświęceń i pracy, czasami ponad siły. Nie mogłem sobie wyobrazić, jak ta drobna i szczupła dziewczyna poradzi sobie z ciężką, fizyczną pracą.
-  Co? – zapytała, kiedy zapomniałem się w rozmyślaniu i wciąż się jej przyglądałem. – Teraz pewnie zastanawiasz się, skąd weźmiemy do tych zajęć hipopotamy – dodała z przekąsem.
Nie potrafiłem się powstrzymać i uśmiechnąłem się na tę jej złośliwość. Najwyraźniej miała mnie za niezłego tępaka. Jeszcze się przekona, pomyślałem. Nie skomentowałem jednak tego, w zamian za to ruszyłem w stronę ogrodzonego pastwiska. Dwa razy szybciej.
Gdy znaleźliśmy się przy ogrodzeniu, rudzielec zwinnie na nie wskoczył i zaczął cmokać i wymachiwać rękoma, próbując przywołać najbliżej pasącego się ogiera. Uśmiechnąłem się na te jej dziwne szamańskie praktyki i już miałem jej udzielić lekcji, jak to się prawidłowo robi, gdy…nagle wszystkie pięć koni przybiegło do niej, jakby wezwała je po imieniu.
Otworzyłem szeroko oczy, a ona posłała mi złośliwo-tryumfujący uśmieszek, a potem zwróciła się do Arina – gniadego ogiera, który przygalopował do niej, jako pierwszy.
- Jak ma na imię? – zapytała, odwracając do mnie głowę, a jednocześnie głaszcząc zwierzę po chrapach.
- Arin – powiedziałem i podszedłem bliżej, żeby przyjrzeć się tej rudej zaklinaczce koni.
- Arin – powiedziała na głos. – To ciekawe – dodała. – Jak jeden z moich najukochańszych bohaterów książkowych – oświadczyła bardziej do siebie, niż do mnie.
Ciekawe stworzenie, pomyślałem i nie miałem tu na myśli koni.
- A ta ślicznotka? – zawołała, gdy kasztanowata klacz zaczęła się domagać od niej pieszczot.
Wsunęła łeb pod jej drobną rękę i szturchała ją zaciekle.
- Stokrotka – powiedziałem i skrzywiłem się, zupełnie jak wtedy, gdy pierwszy raz usłyszałem to głupie imię.
Takie piękne i dostojne zwierzę nie powinno nazywać się stokrotka. Paula zaśmiała się z mojej miny.
- Ładnie. Pasuje do niej – oświadczyła i przeczesała dłonią grzywę klaczy.
To był jej pierwszy szczery i naturalny uśmiech i bardzo mi się spodobał. Dziewczyna pod tą maską złośliwości i wrogości na pewno ukrywa łagodną naturę i subtelny…
- Kurwa! – krzyknęła głośno.
Popatrzyłem na nią ze zdziwieniem i zapytałem:
- Co się stało?
- Nie, nic. Tylko rozcięłam sobie rękę – powiedziała, zeskakując z ogrodzenia.
Podszedłem do niej, zaniepokojony i zupełnie bez zastanowienia chwyciłem ją za rękę i przysunąłem sobie do oczu, żeby dokonać inspekcji rany. Rzeczywiście – na wnętrzu dłoni widniało nieładne rozcięcie, z którego sączyła się krew. Wychyliłem się za barierkę, żeby zobaczyć, o co się skaleczyła.
- Cholera – zakląłem, gdy zauważyłem wystający, zardzewiały gwóźdź. – Byłaś szczepiona przeciwko tężcowi? – zapytałem.
- Byłam. To nic takiego – powiedziała cicho i zabrała rękę.
- Chodź. Mam gdzieś w stajni apteczkę – powiedziałem i wskazałem ręką budynek, który mijaliśmy w drodze na pastwisko.

Paula
Weszłam za nim do stajni, mijając dwóch mężczyzn w średnim wieku, którzy zmierzyli mnie od stóp do głów i zatrzymali wzrok na mojej zranionej ręce. Nie odezwali się jednak, a ja szybko podreptałam za Olkiem.
 Po przekroczeniu progu stajni, uderzył we mnie ten charakterystyczny zapach, który kojarzył mi się z bezpieczeństwem i spokojem. Wszystkie stajnie są takie same. Postanowiłam, że tutaj będę przychodziła, żeby odetchnąć. W przenośni oczywiście, pomyślałam rozbawiona, bo ten zapach to raczej nie morska bryza.
Nie byłam naiwna, zdawałam sobie sprawę, że praca nie będzie lekka. Wystarczyła mi jedna rozmowa z szefem, żeby wiedzieć, na co się piszę. To mnie nie przerażało, a wręcz bardziej motywowało. Potrzebowałam kasy. Bardzo jej potrzebowałam.
Moja koszulka przemokła krwią z ręki, którą przyciskałam do brzucha. Nie zdziwiło mnie to, że tak obficie krwawiłam. To była kolejna cecha mojego organizmu.
Minęliśmy boksy dla koni i znaleźliśmy się w pomieszczeniu, które musiało służyć, jako biuro, albo składzik. Było tu biurko, dwa drewniane krzesła, dwie szafki z białej sklejki i mnóstwo zapakowanych pudeł.
Olek odwrócony do mnie plecami, zaczął przeszukiwać szuflady i szafki, które ledwo trzymały się na zawiasach. Pomimo bałaganu i spartańskiego wyposażenia, pokój przypadł mi do gustu. Olbrzymie okno wpuszczało dużo światła. Dwa duże drzewa osłaniały dach budynku, nie dopuszczając do nagrzewania się pomieszczenia. Rozłożyste gałęzie zaglądały do biura przez otwarte teraz okno.
- Chryste – głos Olka wyrwał mnie z zamyślenia.
Chłopak trzymał w rękach apteczkę i wpatrywał się we mnie, jakby zobaczył ducha. Zrobił się biały na twarzy. Było mi go nawet szkoda. Chyba niezbyt dobrze znosił widok krwi i to w takich ilościach.
- Spokojnie. Zawsze tak mam – przyznałam szybko.
- Tutaj jest łazienka. Chodź szybko – powiedział i chwycił mnie za ramię i niezbyt delikatnie wepchnął mnie do mini łazienki, a potem wsunął moją dłoń pod kran w mini umywalce.
Zimna woda natychmiast złagodziła delikatne rwanie w ranie.
Olek stanął tuż za mną i ocierał się torsem o moje plecy. Nie zdawał sobie chyba sprawy z tego, w jakiej znajdowaliśmy się teraz pozycji, ale ja niestety miałam jej pełną świadomość. Na plecach czułam bicie jego serca. Szybkie i silne.
Poczułam jak i moje zaczyna szaleć w piersi, chociaż nie miałam pojęcia dlaczego.
- Prawie nie widać rany – powiedział zdziwionym głosem. – Skąd tyle krwi? – zapytał i popatrzył mi w oczy.
W tej ciasnocie i z jego bliskością poczułam się, jak zwierzę schwytane w potrzask. Nie mogłam dłużej czuć przy sobie jego ciała. To było zbyt intymne.
Odsunęłam się, trącając go lekko łokciem w brzuch. Może nie najsubtelniejszy sposób na wyswobodzenie się z tej sytuacji, ale przynajmniej skuteczny. Wycofałam się do biura i zaczęłam przeszukiwać apteczkę.
- Mówiłam, że to u mnie normalne. Mam słabą krzepliwość krwi – wzruszyłam ramionami i polałam ranę wodą utlenioną, a potem usiłowałam poradzić sobie z plastrami.
Olek podszedł do mnie i odebrał ode mnie opatrunek, rozpakował go i przykleił na wnętrze mojej dłoni. Był delikatny i dokładny.
- Dzięki – odsunęłam się i chciałam coś powiedzieć, ale usłyszeliśmy kroki zbliżającej się osoby i oboje zwróciliśmy się w tamtym kierunku.
W drzwiach do gabinetu przystanęła Anna. Miała na sobie inne ubranie, niż to, w którym mnie przywitała. Teraz związała włosy w koński ogon, założyła krótkie spodenki i obcisły czarny T-shirt, który nie dawał pola do wyobraźni. Jej obfity biust odznaczał się na filigranowej sylwetce. Anna była atrakcyjną kobietą, a ja czułam się przy niej, jak siostra Kopciuszka.
Kobieta na widok mojej ręki otworzyła szeroko oczy. Musiałam po raz kolejny wyjaśniać, że to wina małej krzepliwości krwi i to nic wielkiego.
- To dobrze – przyznała z ulgą kobieta. – Olek dobrze się tobą zajął? – zapytała z uśmiechem, który natychmiast przeniosła na chłopaka.
- Jasne. Wiem już, co i jak – odpowiedziałam, bardzo skrępowana intymnością tego uśmiechu.
Nie trzeba było być geniuszem, żeby wywnioskować z ich zachowania, że coś ich łączy. Najpewniej ze sobą sypiają, pomyślałam. Zresztą, to nie moja sprawa.  Ostatnią rzeczą, jaką miałabym sobie zaprzątać myśli, to jakieś romanse, skandale i małe dramaty tego miejsca. Miałam dużo swoich własnych problemów.
Olek wyglądał na równie skrępowanego i domyślałam się, że nie chciał, aby ktoś dowiedział się o jego romansie z szefową. No cóż, kobieta nie była zbyt subtelna.
- W takim razie chodźmy do restauracji. Pokażę ci, czym będziesz się od jutra zajmowała – zwraciła się do mnie.
- Jasne. Tylko się szybko przebiorę – wskazałam na mój zakrwawiony T-shirt.
Wyglądałam, jak Dexter po swojej nocnej wyprawie.
- A! Tak. Przebierz się koniecznie – przyznała i ostatni raz posłała tęskne spojrzenie w stronę Olka.
Nie wiem dlaczego, ale zirytowało mnie to. Może dlatego, że Olek wyglądał, jakby to wszystko było dla niego bardzo niekomfortowe. Spuścił wzrok i zaczął nerwowymi ruchami sprzątać opatrunki ze stołu.
- Zaczekaj – rzucił do mnie, gdy ruszyłam do wyjścia. – Odprowadzę cię – powiedział i zrobił w moją stronę krok, ale Anna chwyciła go za ramię.
- Aleksandrze zaczekaj. Mam do ciebie sprawę – Olek wywrócił dyskretnie oczami i wtedy zrozumiałam, że być może myliłam się, co do sytuacji, jaka panowała między tą dwójkę.
Nie chciałam się mieszać w nieswoje sprawy, dlatego w pośpiechu wyszłam z biura, a potem szybkim krokiem udałam się do swojego pokoju.
Dzień minął mi bardzo szybko. Poznałam załogę pracującą w kuchni, dowiedziałam się na czym dokładnie będą polegały moje zadania i jak wygląda harmonogram dnia. Byłam zmęczona, ale jednocześnie pełna energii i zapału do działania. Wiedziałam, że każdy dzień przybliża mnie do mojego celu.
Dziękowałam opaczności, że udało mi się znaleźć pracę na wakacje w miejscu, w którym znajdowała się stadnina koni. Podczas rozmowy kwalifikacyjne udało mi się wynegocjować dwie godziny zajęć hipoterapii, które będę mogła wpisać sobie w dziennik praktyk studenckich. Tak naprawdę, nie chodziło mi o praktyki. Nie chodziło mi o studia.
Chciałam znaleźć się blisko koni, które kochałam. Kochałam jazdę konną, uwielbiałam tę wolność, którą wtedy czułam. Uwielbiałam pracę z końmi i ten spokój, który mnie zawsze wtedy przepełniał. To były moje małe chwile szczęścia. Było ich niewiele, ale dawały mi siłę do dalszego życia.
Nastał wieczór. Otworzyłam okno w moim pokoju i wyjrzałam na zewnątrz. Było spokojnie, cicho i tak nostalgicznie. Niebo zabarwiło się na granatowo, a gdzie niegdzie zaczęły pojawiać się gwiazdy. Z daleka docierał do mnie rechot żab, parskanie koni i kwilenie jakichś ptaków.  Istna sielanka. Uśmiechnęłam się i ziewnęłam przeciągle. Byłam zmęczona, ale zadowolona.
Rozpakowałam walizkę i przygotowałam sobie kosmetyki do kąpieli. Założyłam na plecy ręcznik i piżamę, a potem weszłam do łazienki.
Wzięłam długi, gorący prysznic, który rozluźnił moje napięte mięśnie po całym dniu intensywnych wrażeń. Wyszłam spod prysznica i wciąż naga, zabrałam się za rozczesywanie włosów, które były bardzo oporne, jeśli wcześniej nie użyłam odżywki.
Nagle usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Zdołałam jedynie zarejestrować, że nie były to drzwi do mojego pokoju. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że nie zdążyłam nawet zareagować. Zerknęłam przerażona w tamtym kierunku. Przede mną stanął rozebrany do pasa Olek. Olek, który zastygł w miejscu i patrzył na mnie, jakbym była zjawą.
Krzyknęłam przerażona, chwytając jednocześnie ręcznik, którym okryłam się niezdarnie. On wciąż tam stał z otwartymi ustami.
Nagle, równie szybko, jak wparował do łazienki, wyszedł z niej, głośno zatrzaskując drzwi.
Zamarłam. Nie potrafiłam się poruszyć. Trzasnęłam ręką w swoje czoło, przypominając sobie, że nie zamknęłam tych cholernych drzwi. Nigdy nie spotkałam się z takim rozmieszczeniem pokoi, które łączyłaby wspólna łazienka i dlatego kompletnie o tym zapomniałam.
Usiadłam na zamkniętej muszli klozetowej, czując jak zalewa mnie wstyd. Widział mnie. Widział mnie zupełnie nagą. Zakryłam rękoma twarz, chcąc się zapaść pod ziemię.
- Cholera – syknęłam pod nosem i szybko zaczęłam zbierać swoje ubrania, żeby zwolnić łazienkę.
 - Miałaś zamykać przeciwległe drzwi! – usłyszałam zza drzwi głos Olka.
Wywróciłam oczami. Co ty, kurwa, nie powiesz. Przedrzeźniłam go w myślach.
- Wiem! Zapomniałam! – odkrzyknęłam. – I nic nie szkodzi! – dodałam po sekundzie, żeby mu zwrócić uwagę na to, że nawet mnie nie przeprosił za wtargnięcie.
- Sorry! – wrzasnął, na co wbrew sobie uśmiechnęłam się.


Już wiedziałam, że nasze współegzystowanie nie będzie przebiegało tak, jak sobie zaplanowałam.

6 komentarzy:

  1. mi się podoba relacja w pierwszej osobie :))) i miejsce :))) o bohaterach nie wspomnę !! Oby czas i wena pozwoliły nam szybko cieszyć się rozdziałem number 3 !!! czego sobie i Wam życzę ;)))
    pozdrawiam !
    emka
    https://www.youtube.com/watch?v=UqQIAAkw_Gk

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekam na następny rozdział 😊
    Podoba mi się 😀

    OdpowiedzUsuń
  3. czekam na następny rozdział i narracja jak najbardziej w pierwszej osobie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oh, cudowne. Zresztą jak wszystko co wychodzi z pod Pani pióra :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Genialny pomysl ze slaba krzepliwoscia krwi ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. uwielbiam czekam na więcej :D <3 haha

    OdpowiedzUsuń