środa, 7 grudnia 2016

"Sezon na lisa" Rozdział 3


Olek
- Hej – wszedłem do kuchni i przywitałem się z pracownikami, którzy właśnie przyjechali do pensjonatu.
Większość od razu zabierała się za swoją robotę, ale niektórzy wykorzystywali ostatnie minuty, gdy nie było jeszcze szefostwa i zaczynali dzień od dymka, albo kawy na koszt firmy.
Załoga, pracująca w restauracji i pensjonacie to trzy kelnerki, które po godzinach sprzątały pokoje gości. Było dwóch kucharzy, młody chłopak do pomocy w kuchni i dwie kobiety, które zajmowały się mniejszymi zamówieniami takie, jak desery, czy śniadania, a po godzinach pracy restauracji, pomagały w sprzątaniu.


Byli jeszcze pracownicy stajni i oczywiście ja – osoba od wszystkiego.
W samym ośrodku oprócz mnie, mieszkał jeszcze jeden z kucharzy – Andrzej i teraz…Paula. Paula, którą ujrzałem wczoraj w pełnej krasie. Ten obraz wyrył się w moim mózgu już chyba na zawsze. Wciąż miałem przed oczami jej mleczny odcień skóry, niewielkie, ale kształtne piersi i ramiona upstrzone piegami. Dostałem także odpowiedź na pytanie, dotyczące tego, czy ten niesamowity kolor włosów na głowie odpowiada temu na dole. Odpowiada.
I to wszystko zdołałem zobaczyć w czasie krótszym, niż trzy sekundy. Musiałem przyznać sam przed sobą, że byłem mega spostrzegawczy
Dziewczyna była apetyczna.
Poczułem jak na powrót robi mi się gorąco na wspomnienie tego zajebistego widoku.
Jak na zawołanie zderzyłem się z olbrzymimi oczami Pauli, która, gdy mnie tylko spostrzegła, szybko odwróciła głowę. Wstydnisia. Kto by pomyślał, uśmiechnąłem się pod nosem. Miała na sobie beżowe szorty i zwykły szary T-shirt z krótkim rękawem. Swoje płomienne włosy zaplotła w ciasny warkocz, który spoczywał na jej ramieniu.
Słodziak.
Siedziała nad miską płatków kukurydzianych, zalanych mlekiem, w których wiosłowała, jakby jutra nie było.  Wstydnisia i głodomor, dodałem w myślach.
Zrobiłem sobie kanapki i kawę, a potem usiadłem naprzeciwko niej.
- Cześć – powiedziałem, jakby nigdy nic.
Doszedłem do wniosku, że powinienem zachowywać się, jak gdyby nigdy nic, w przeciwnym razie dziewczyna już się do mnie nie odezwie, co znacznie utrudni nam pracę. O trudnościach we wspólnym dzieleniu łazienki nie wspominając.
- Cześć – odpowiedziała, podnosząc na mnie oczy i ku mojemu zaskoczeniu, nie było w nich cienia wstydu, czy zażenowania.
A jednak nie taka z niej wstydnisia. Zaimponowała mi tym. Myślałem, że po tym dość niefortunnym zdarzeniu w łazience nie będzie mi mogła spojrzeć w oczy.
- Jak pierwsza noc? – zapytałem i uśmiechnąłem się, ale nie lubieżnie, czy coś, tylko bardzo sympatycznie i miło.
- Dobrze – odrzekła i wsunęła sobie kolejną pełną łyżkę do ust.
Nie wiem dlaczego, ale to jej pałaszowanie śniadania z takim apetytem bardzo mnie rozczuliło. Wyglądała, jak mała dziewczynka, którą ktoś wcześniej przegłodził.
- Dlaczego się tak na mnie gapisz? – zapytała z pełnymi ustami.
W jej oczach szalały iskierki rozbawienia. Mała lisica się ze mnie wyśmiewa. To ci dopiero, zaśmiałem się w myślach.
- Tak coś mi się przypomniało – powiedziałem, zapychając sobie usta kanapką.
Tym razem mi się udało – lisica zaczerwieniła się po same czubki włosów. Przy takiej cerze niewiele było trzeba, żeby sprawić, aby oblała się rumieńcami. Dobrze wiedzieć, pomyślałem rozbawiony. Ech chyba znalazłem sobie nowe hobby.
- Wiesz, że w nocy chrapiesz? – odezwała się niespodziewanie, przełykając ostatni kęs swojego pożywnego śniadania.
- Nieprawda. A nawet jeśli, to i tak byś tego nie usłyszała ze swojego pokoju – odparowałem, bo wiedziałem, że bezczelnie kłamie.
- Byłam w nocy w łazience i aż się ściany trzęsły od tego huku – ciągnęła niezrażona. – Już wiem, czemu cię zamknęli na tym poddaszu – dodała, powstrzymując uśmiech. – Tylko nie wiem, za co ja zostałam tak pokarana – zakończyła pytaniem.
Nie mogłem się powstrzymać i roześmiałem się, chociaż i tak czułem się oburzony jej insynuacjami, bo nigdy nie chrapałem.
- Pewnie też masz coś za skórą – powiedziałem i ku mojemu zadowoleniu, Paula znowu się zaczerwieniła.
Było w niej coś takiego, co bardzo przyciągało i nie chodziło nawet o kolor jej włosów. To ta mieszanka buntu i zadziorności, niewinności i bezbronności była taka pociągająca. To dziwne, bo nigdy nie gustowałem w filigranowych, bezbronnych dziewczynkach. Bardziej pociągały mnie dziewczyny takie, jak Sara. Silne, śmiałe i takie, które nie bały się brać od życia to, czego chciały.
Co prawda nie znałem jeszcze Pauli na tyle, aby powiedzieć, że taka nie jest, ale wibracje, które wysyłała w świat, krzyczały głośno, że jest delikatna i skryta.
Nie mieliśmy wiele czasu na pogaduchy, bo na podjeździe usłyszałem auto Anny. Wszyscy rozpierzchli się w swoje strony. Posłałem Pauli ostatni uśmiech i życzyłem jej powodzenia, a potem udałem się do stajni, żeby zrobić obrządki i wypuścić konie na pastwisko.
Dzisiaj zjeżdżali pierwsi wczasowicze z dziećmi i dostałem polecenie od Anny, aby zabezpieczyć niewielki plac zabaw na tyłach pensjonatu. Następnie miałem udać się do hurtowni po zakupy. Lubiłem taki tryb pracy i fakt, z każdego dnia robiłem coś innego, a praca na świeżym powietrzu była dodatkowym atutem. Nienawidziłem rutyny i zamkniętych pomieszczeń, a myśl, że miałbym spędzać całe dnie za biurkiem w jakimś miejskim biurowcu, sklepie, czy innych czterech ścianach, napawała mnie przerażeniem.
Nie, to nie było dla mnie. Nie miałem problemów z nauką w szkole, ale nie zdecydowałem się na studia z prostego względu – nie chciałem tracić czasu na coś, co w najlepszym razie okaże się stratą czasu. Chciałem od razu zarabiać, odkładać kasę i stać się finansowo niezależny. Nie byłem też aż tak bardzo zdeterminowany, aby piąć się po szczeblach kariery i brać udział w wyścigu szczurów.
Chciałem, aby moje życie było ciągłą przygodą i żeby nic mnie nie ograniczało. Dlatego po wakacjach zdecydowałem się na wyjazd do pracy w Kanadzie. Odkładałem to ze względu na babcię - moją jedyną rodzinę. Rok temu straciłem dziadka, a ona straciła męża. Moja strata była jednak niczym wobec tego, co musiała przechodzić babcia.
Przeżyli razem pięćdziesiąt lat. Pięćdziesiąt lat wspólnych smutków i radości, aż pewnego dnia się budzisz i jesteś…sam.  Nawet nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak to jest stracić kogoś tak bliskiego, kogoś, z kim jesteś od zawsze i kogoś z kim dzieliłeś życie od tak dawna.
Cały czas tęskniłem za dziadkiem, ale to była tęsknota dziecka za rodzicem, tęsknota za wspomnieniami. W moim sercu była jeszcze żałoba, ale czułem jak rany się goją, chociaż na zawsze pozostaną w nim blizny. Ja mogłem tworzyć własne wspomnienia i własną przyszłość, a moja babcia została zupełnie sama. Zawieszona pomiędzy tym, co było i co już nie wróci, a tym, co nieuchronne. Samotność w późnym wieku to jedna z tych najgorszych samotności. Zdawałem sobie z tego sprawę, dlatego nie chciałem wyjeżdżać. Nie chciałem zostawiać jej samej, chociaż ona nalegała na to, żebym nie oglądał się na nią i robił ze swoim życiem, co tylko zapragnę.
Kochałem ją za to, ale właśnie dlatego, że ją kochałem, nie mógłbym tego zrobić. Jakieś pół roku temu wszystko się zmieniło. Jedna z dalekich krewnych babci wróciła do Polski po latach emigracji w Stanach. Nie miała gdzie się podziać i babcia zaproponowała jej wspólne mieszkanie w zamian za dbanie o dom i dzielenie się rachunkami.
Nie ufałem jednak temu pomysłowi. Nie ufałem ludziom, którzy pojawiają się znikąd i próbują wkraść się w łaski starszych ludzi, którzy z wiekiem tracą swoją czujność. Przyglądałem się tej kobiecie uważnie i w sumie nie znalazłem niczego, co mógłbym jej zarzucić. Pani Ela, pięćdziesięciotrzylatka, która sama straciła niedawno męża, po prostu nie chciała dłużej być sama gdzieś daleko w kraju, z którym nigdy się nie zżyła.
Obserwowałem ją i stwierdziłem, że nie jest zagrożeniem dla babci, a więcej – stała się jej przyjaciółką. Cieszyło mnie to i dało możliwość przyjęcia sezonowej pracy w Lisiej Dolinie. Pracy, która stała się też testem tego, czy babcia poradzi sobie sama z Elą, gdy ja zdecyduję się na wyjazd za granicę.
Po południu, zgodnie z instrukcjami szefowej, wziąłem należącego do pensjonatu citroena berlingo i wyruszyłem załatwić zakupy w hurtowni. Zanim dotarłem do bramy wyjazdowej, zobaczyłem jak ktoś biegnie za mną i wymachuję rękoma. Dopiero po chwili zorientowałem się, że to Paula.
Dziewczyna zgrzana i zaczerwieniona przystanęła przy oknie i wręczyła mi pomięty świstek papieru.
- Co to? – zapytałem, obserwując ją uważnie.
Znowu była zarumieniona i zgrzana. Podobała mi się taka.
- To od szefowej. Dodatkowa lista zakupów – powiedziała i już chciała odejść, ale wpadłem na pewien pomysł.
- Wsiadaj – nakazałem i wskazałem jej miejsce pasażera.
- Po co? – zapytała i skrzywiła się.
- Pojedź ze mną. Tego jest za dużo, żebym mógł sam sobie z tym poradzić – wymyśliłem na poczekaniu.
- Nie mogę. To mój pierwszy dzień i mam mnóstwo pracy – powiedziała i odsunęła się na odległość kilku kroków. – Poza tym nie ma miejsca, a masz z dworca odebrać nową dziewczynę. Jakaś menadżerka, czy coś – wzruszyła ramionami. – Zadzwoń do szefowej, to wszystko ci wyjaśni – dodała.
Nowa menadżerka? Dlaczego nic o tym nie wiedziałem? Nieważne. Paula miała rację, jeśli to prawda, to nie zmieszczą się we trójkę. Cholera.
- Na razie – powiedziała dziewczyna i szybkim krokiem ruszyła w stronę restauracji.
Obserwowałem ją chwilę w bocznym lusterku, a gdy znikła mi z pola widzenia, wyjechałem z podjazdu.

Paula
Byłam padnięta. Całkowicie padnięta, ale niczego innego się nie spodziewałam. Wiedziałam, na co się piszę. Wiedziałam również, że po jakimś czasie przywyknę. Początki są zawsze trudne. Człowiek jest w stanie przywyknąć do wszystkiego.
Zaczynali zjeżdżać się pierwsi goście. Dodatkowo wielu przejezdnych zbaczało z trasy, żeby zjeść obiad w pensjonacie. O godzinie czternastej restauracja przy była zapchana po brzegi. W kuchni panował kocioł. Było gorąco, gwarno i wszyscy działali w pośpiechu.
Do moich obowiązków należało mycie garów. Do dyspozycji była zmywarka, ale niektóre rzeczy wymagały natychmiastowego użycia, dlatego musiałam je myć na bieżąco. Poza tym musiałam dbać o to, żeby pod ręką były zawsze czyste ściereczki. Co chwilę biegałam po produkty do spiżarni i lodówki, a także cały czas sprzątałam, bo w kuchni syfiło się, jak diabli.
Tak, nie narzekałam na brak pracy.
 Około trzeciej wyszłam na dwudziestominutową przerwę. Usiadłam z talerzem zupy na schodkach przy tylnym wyjściu i próbowałam złapać drugi oddech. Byłam tak zmęczona, że ledwie odczuwałam głód. Zjadłam jednak, ponieważ na kolejny posiłek będę miała czas dopiero późnym wieczorem.
W sumie oprócz zmęczenia nie było tak źle. Ludzie byli w miarę mili, a już w szczególności pani Krysia, jedna z pomocnic kucharza. Polubiłam ją od razu. Pozostała załoga, z wyjątkiem głównego szefa, też wydawała się w porządku.
Już kończyłam, gdy usłyszałam rozmowę tuż za rogiem. Z tego miejsca miałam widok na stajnie i zarys pastwiska, a także główną, żwirową drogę, która wiodła przez cały teren ośrodka.  
Dotarły do mnie śmiechy. Po chwili zobaczyłam właścicieli głosów. Był to Olek i młoda, bardzo piękna dziewczyna o długich ciemnych włosach i zgrabnej figurze. Miała na sobie wąską, ołówkową spódnicę i szyfonową bluzkę w jasnozielonym kolorze.
Chłopak wpatrywał się w nią, jak sroka w kość, co z niewiadomych przyczyn trochę mnie ukłuło.  To było zupełnie idiotyczne, bo co mnie to obchodziło. Chodziło pewnie o to, że zazdrościłam jej urody. Nie dało się ukryć, że chociaż nie byłam jakaś paskudna, daleko mi było do tego, jak wyglądała nowa menadżerka pensjonatu, bo na pewno to była ona.
Olek i dziewczyna chwilę rozmawiali i żartowali, a wtedy dołączyła do nich Anna. Przywitała się z dziewczyną i razem z Olkiem ruszyli na wycieczkę krajoznawczą po całej posesji.
Wstałam i westchnęłam ciężko. Zajebiście się ustawił, pomyślałam złośliwie, patrząc na ich oddalające się sylwetki.
Było mi w życiu ciężko, ale miałam swoje zasady i nigdy, przenigdy nie zniżyłabym się do tego, żeby sypiać z kimś za pracę, czy choćby pozycję w pracy. Nigdy. Gardziłam takimi ludźmi niezależnie od ich motywów.
Wróciłam do kuchni i rzuciłam się w wir pracy, kompletnie zapominając o sprawach, które w ogóle mnie nie dotyczyły.
- Dobrze sobie radzisz – pochwalił mnie Andrzej, ściągając fartuch i odwieszając go na oparcie krzesła.
Reszta załogi zmyła się już do domu. Mi zostało jeszcze nastawienie prania, opróżnienie zmywarki i umycie podłogi. Byłam padnięta i marzyłam tylko o tym, żeby przyłożyć głowę do poduszki, ale nie miałam wyjścia, musiałam dokończyć swoją robotę.
- Dzięki – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się zmęczonym uśmiechem.
Andrzej przyjrzał mi się.
- Dzień lub dwa i to zmęczenie minie – pocieszył mnie. – Wieczorami będziesz jeszcze miała czas na imprezowanie – puścił do niej oko i zanim wyszedł na zewnątrz, żeby wyrzucić śmieci do kontenera, zapytał: – Pomóc ci?
To było bardzo miłe z jego strony, ale widziałam, że i on jest zmęczony i należy mu się odpoczynek. Poza tym jutro była niedziela i restaurację otwierano dopiero po pierwszej, więc będę mogła sobie pospać trochę dłużej. Ta myśl trzymała mnie jeszcze w pionie.
- Nie, spoko. Spadaj – uśmiechnęła się, a on machnął mi ręką na pożegnanie i wyszedł.
Zostałam sama. Wokół zapanowała taka cisza, że każdy odgłos wydawał mi się głośny, jak walenie młotem o kowadło. Westchnęłam, włączyłam sobie muzykę na odtwarzaczu MP4 i zabrałam się za robotę.
The Script i ich Dead man walking, jak na ironię, trochę mnie ożywiło. Po chwili śpiewałam już razem z wokalistą, tańcząc z mopem po całej kuchni.
W pewnym momencie, po dość udanym piruecie zderzyłam się z czymś, a raczej kimś. Podniosłam przestraszona głowę i napotkałam roześmianego Olka, którzy z założonymi rękoma na piersi przyglądał mi się, jakby oglądał małpkę w cyrku.
Wyprostowałam się natychmiast, starając się nie pokazać, jak bardzo czuję się zażenowana moimi pokazami tanecznymi.
- Widzę, że dobrze się bawisz – zauważył tym swoim ironicznym tonem, którym próbował mnie dziś zawstydzić przy śniadaniu.
Dobrze się bawił moim kosztem, ale nie miałam zamiaru pozwolić mu robić ze mnie idiotki.
- Ty chyba też. Tak późno wracasz od szefowej – uśmiechnęła się złośliwie i wróciłam do mopowania podłogi.
Kątem oka zauważyłam, że od razu przestał się głupkowato uśmiechać i wyprostował się jak struna. Poczułam dziecinną satysfakcję, że udało mi się mu dopiec.
- Coś mi sugerujesz? – zapytał niskim głosem.
Widziałam, że jest zdenerwowany, ale miałam to gdzieś. Niech poczuje, jak to jest być wyśmiewanym, albo jak to jest, jak się robi z kogoś jaja.
- Ja? Tobie? Nie, nic – odpowiedziałam niewinnie.
Stałam do niego tyłem i aż podskoczyłam, gdy nagle mop został mi z siłą wyrwany z rąk. Omal nie upadłam przez ten gwałtowny ruch, ale Olek przytrzymał mnie za rękę. Wyrwałam się, czując wściekłość.
- Co ty wyprawiasz? – syknęłam, robiąc krok w tył.
Jego spojrzenie rozgrzane i wściekłe, nagle złagodniało. Jego jasnoniebieskie tęczówki, przykryte ciemnymi źrenicami, stały się…ciepłe i czułe. To było głupie wrażenie, ale tak to odebrałam. Dopiero teraz zauważyłam, jak niesamowite ma oczy. Widać w nich było odbicie każdej najmniejszej emocji.
Moje serce zatłukło się w piersi. Szybko spuściłam wzrok i chciałam odwrócić się i zająć czymś ręce, ale zatrzymał mnie jego głos.
- Nie sypiam z nią – powiedział i zaczął myć podłogę mopem, który mi wydarł z ręki chwilę wcześniej.
Stałam i patrzyłam na niego całkowicie skołowana. Nagle wbił we mnie wzrok i podniósł jedną brew.
- Im szybciej to zrobimy, tym szybciej pójdziemy spać, a o niczym bardziej nie marzę – oświadczył i ponownie skupił się na pracy.
- Nie musisz tego robić. Idź do siebie. To moja praca – powiedziałam, bo czułam się okropnie z tym, co powiedziałam wcześniej i z tym, że on mimo tego postanowił mi pomóc.
- Paula, do cholery, zabieraj się za robotę. Jak będziesz tak stała z rozdziawionymi ustami, to do jutra nie skończymy – zignorował moje obiekcje i z niesamowitą wprawą polerował podłogę.
Byłam zbyt zmęczona i zbyt poruszona jego zachowaniem, żeby się dalej wykłócać. Zamiast tego wyłożyłam naczynia ze zmywarki i poukładałam je w szafkach. Gdy Olek skończył z podłogą, którą w sumie powinniśmy zostawić na koniec, opróżnił suszarkę z fartuchami i ścierkami i posegregował wszystko, a potem ułożył wszystko na właściwych półkach.
Kątem oka obserwowałam go zafascynowana. Był skrupulatny, dokładny i bardzo przy tym naturalny, jakby nieobce mu były wszelkie prace domowe.
To było naprawdę miłe, że postanowił odłożyć swój własny odpoczynek, żeby mi pomóc. Poczułam się głupio przypominając sobie to, jak go oskarżyłam w myślach o bycie kochankiem Anny. Nawet jeśli tak było, nie powinno mnie to obchodzić, a już na pewno nie powinnam go oceniać.
Przetarłam ostatni raz aluminiowe blaty i omiotłam spojrzeniem całą kuchnię. Wszystko wyglądało, jak należy. Zasłużyłam sobie na odpoczynek. Olek także.
- Dzięki powiedziałam, gdy Olek wyłonił się z zaplecza. – Jestem twoją dłużniczką –dodałam, unikając jego wzroku.
Nie chciałam zaglądać w te niesamowite oczy w kolorze bezchmurnego nieba.
- Nie jesteś mi nic dłużna –odpowiedział, gasząc wszystkie światła. – Po prostu nie wyciągaj zbyt pochopnych wniosków – dodał.
- Sorry, to kompletnie nie moja sprawa – powiedziałam zawstydzona i ruszyła do wyjścia, a potem na korytarz, który prowadził do schodów na strych.
Gdy dotarliśmy do swoich pokoi, Olek przystanął przy swoich drzwiach.
- Wiem, ale to moja sprawa, gdy ktoś myśli, że pracuję tu, bo śpię z szefową – powiedział, zakładając ręce na piersi. – I to moja, gdy ktoś patrzy na mnie, jak na przygłupa, który z braku innych umiejętności stuka pracodawczynię – dodał, mrużąc oczy.
Poczułam, jak się czerwienię. Dokładnie tak go oceniłam poprzedniego dnia. Spuściłam oczy i wzruszyłam ramionami, nie znajdując słów, którymi miałabym się jakoś zrehabilitować.
- Okej – odpowiedziałam i włożyłam klucz do zamka.
- Dobranoc – usłyszałam, zanim weszłam do środka.
- Będzie dobra, o ile nie będziesz chrapał – zażartowałam.
Olek posłał mi krzywy uśmiech i pokręcił głową.
- Ja nie chrapię – powiedział z naciskiem.
Zaśmiałam się i schowałam się w pokoju. Olek pozwolił mi pierwszej kolejności skorzystać z łazienki i w podzięce maksymalnie przyspieszyłam moją wieczorną toaletę.


Gdy ponownie usłyszałam odgłos prysznica, szykowałam się do snu.

2 komentarze: