poniedziałek, 12 grudnia 2016

"Sezon na lisa" Rozdział 4

Paula
Tydzień pracy w pensjonacie Lisia Dolina minął mi bardzo szybko. Ledwie zauważyłam, że przyszedł mój dzień wolny, który przypadał w każdy poniedziałek. Budzik zadzwonił jak zwykle, a ja poderwałam się nieprzytomnie z łóżka. Zdążyłam się nawet ubrać, gdy dotarło do mnie, jaki mamy dziś dzień.
Od przyszłego tygodnia miałam rozpocząć zajęcia z hipoterapii, których reklama już pojawiła się na stronie internetowej ośrodka. Byłam podniecona moimi pierwszymi samodzielnymi zajęciami terapeutycznymi. Miałam dyplom z fizjoterapii z tą właśnie specjalnością, ale nie miałam jeszcze okazji na zebranie doświadczenia. To będzie mój totalny debiut.

Dostałam się na studia drugiego stopnia, ale nie wiedziałam jeszcze czy uda mi się je podjąć w tym roku. W moim życiu niczego nie mogłam być pewna na sto procent. Do ostatniej chwili mogło nic nie wyjść z moich planów.
Wciąż siedziałam w niezaścielonym łóżku, gdy zdecydowałam się na telefon, który odkładałam cały tydzień. Nie dlatego, że nie chciałam wiedzieć, co u nich słychać. Bardzo tego chciałam, ale bałam się. Bałam się, że mama będzie w tym jednym ze swoich nastrojów, w którym stwierdzi, że to ją przerasta i że nie da już rady.  Że będzie płakała mi do słuchawki i błagała o to, żebym wróciła. Że jakoś sobie poradzimy bez tych pieniędzy, wiedząc bardzo dobrze, że sobie nie poradzimy.
Bałam się, że będzie próbowała wymusić na mnie porzucenie pracy.  Że jej płacz i zrozpaczony głos mnie do tego przekona.
Wzięłam głęboki wdech i wybrałam jej numer. Wstrzymywałam oddech do chwili, aż nie usłyszałam jej głosu. Wsłuchiwałam się w ten pojedynczy wyraz, jakby niósł ze sobą moje zbawienie.
- Halo? – zabrzmiało spokojnie, zrównoważenie i lekko.
- Cześć, mamo – przywitałam się, już trochę spokojniejsza.
Moje serce zwolniło i mogłam skupić się na rozmowie.
- Cześć, Paula. Co słychać? Jak tam w pracy? – zapytała niemal radośnie.
Ten jej nastrój przelał się także na mnie. Ta zależność mnie przerażała. Jej stany emocjonalne udzielały mi się tak bardzo, że czasami zdawało mi się, że nie jestem sobą. Miałam wrażenie, że jestem kukiełką, którą można sterować pilotem. Tym pilotem były nastroje i emocje mojej matki.
Zdawałam sobie sprawę, że jestem pod ich wpływem, ale nie potrafiłam się od nich uwolnić. Poddawałam się im, zupełnie tak, jak teraz, gdy poczułam spokój i ulgę.
Opowiadałam o moim tygodniu pracy z nadmiernym entuzjazmem, jakbym czerpała z tej chwili, która może się szybko nie powtórzyć. Potem z równym podnieceniem mama zaznajomiła mnie z tym, co działo się u nich przez ostatni tydzień.
- Jak Adaś? – doszłam wreszcie do tematu, który interesował mnie najbardziej.
Co prawda wymienialiśmy się z małym SMS-ami prawie codziennie, ale nie mogłam go zapytać o wszystko.
- Dobrze. Codziennie ćwiczymy, tak jak nam kazałaś – powiedziała i zabrzmiało to szczerze.
Minął tylko tydzień, więc jeszcze się nie przemęczyła, pomyślałam złośliwie.
- Mamo, proszę nie zaprzestań rehabilitacji – powiedziałam tonem, do którego wkradła się desperacja. – Codzienne ćwiczenia są równie ważne, co leki – dodałam, aby jej to uzmysłowić.
- Wiem – odpowiedziała zniecierpliwiona. – Powtarzasz to, jakbym była jakaś nienormalna, albo jakbym była wyrodną matką – zaczynała się denerwować.
W innych warunkach, czyli takich, w których nie byłabym tak daleko od nich, kontynuowałabym te tyradę tylko po to, żeby ją trochę zirytować, ale teraz nie mogłam. Nie chciałam, żeby w jakikolwiek sposób odgrywała się za to na Adamie.
- Nie uważam tak. Chciałam ci tylko przypomnieć. To mój zawód. Pamiętasz? – powiedziałam, siląc się na żart.
Udało mi się, ponieważ westchnęła ciężko i zabrzmiała już zupełnie neutralnie.
- Wiem. Wiem.
Niedługo po tym rozłączyłam się, czując lekkość na sercu. Wszystko było okej. Przynajmniej na razie.
Olka już dawno nie było w pokoju, więc miałam całą łazienkę tylko dla siebie. Pierwszy raz od tygodnia nie musiałam robić wszystkiego w pośpiechu. Ubrałam się i związałam włosy w wysoki koński ogon. Nie malowałam się na co dzień i nie zamierzałam tego zmieniać. Nie zależało mi na tym, co kto sobie o mnie pomyśli. W dodatku wcale tego ode mnie nie wymagano w pracy. Siedziałam w kuchni, więc nie musiałam się nikomu pokazywać.
Nie inaczej miała się sprawa z dniem dzisiejszym. Postanowiłam spędzić wolny czas na wybiegu dla koni, ale wcześniej chciałam zrobić drobne zakupy w małym wiejskim sklepie, który mijałam w drodze do pensjonatu. W przeciwieństwie do menadżerki, po mnie nie wysłano auta. Całą drogę przemierzyłam pieszo, ale w sumie dzięki temu rozejrzałam się po okolicy.
W kuchni Andrzej przywitał mnie szerokim uśmiechem i wyzwał od leniwców. To była odmiana po tym, jak od drugiego dnia mojej pracy przezwał mnie marchewką. Nie trzeba było długo czekać, aż to straszne przezwisko podchwyci reszta załogi. Im bardziej się oburzałam, z tym większą częstotliwością się tak do mnie zwracano. Niestety, chyba pozostanie już tak do końca pobytu. Nie znosiłam moich włosów.
Tylko jedna osoba mówiła mi po imieniu. Olek. Chłopak po pierwszym dniu mojej pracy co wieczór przychodził do kuchni i pomagał mi z końcowymi pracami, chociaż strasznie się temu sprzeciwiałam. Miałam wyrzuty sumienia, a poza tym nie chciałam być mu nic dłużna. On jednak był tak uparty, że nie byłam w stanie go do niczego przekonać.
Zazwyczaj pracowaliśmy w ciszy. Od czasu do czasu wymienialiśmy jakieś uszczypliwości, ale poza cowieczornym „dobranoc” nie rozmawialiśmy ze sobą. W ciągu dnia nie mieliśmy okazji się nawet zobaczyć, co wcale mi nie przeszkadzało. Olek wzbudzał we mnie irytację, chociaż nie potrafiłam powiedzieć, co było jej źródłem.
Co jakiś tylko czas migał mi za oknem. Zauważyłam natomiast, że mnóstwo czasu spędza z nową menadżerką, Wiolą. Oczywiście chwile, w których nie napastowała go Anna, pomyślałam rozbawiona. Ta kobieta nie miała umiaru. Jej uśmiechy i odrzucane zamaszystym gestem włosy, gdy w zasięgu wzroku pojawiał się Olek, doprowadzały mnie do śmiechu.
Pochłonęłam w pośpiechu miskę płatków owsianych z mlekiem i wyszłam na zewnątrz. Dzień był piękny. Lato rozpanoszyło się na całego. W ośrodku tętniło życiem. Na placu zabaw przekrzykiwały się dzieci, a w sadzie kilkoro z wczasowiczów podglądało prace pszczelarza. Kilka osób zmierzało w stronę stadniny, a ktoś inny udawał się w stronę lasu. Okolica była piękna, więc nie dziwiłam się, że ludzie rozpierzchli się po całym terenie.
Mój humor odpowiadał temu, co działo się w pogodzie. Cieszyłam się na myśl o spacerze do wsi. Powolnym krokiem ruszyłam w stronę bramy okalającej całą posesję ośrodka.
Nie zdążyłam dotrzeć do ogrodzenia, a usłyszałam swoje imię. Zatrzymałam się i odwróciłam, przysłaniając ręką oczy, aby nie raziło mnie słońce.
Olek zmierzał truchtem w moim kierunku. Miał na sobie koszulkę bokserkę i luźne dżinsy. Był spocony i zgrzany, jakby właśnie skończył maraton. Wbrew sobie poczułam, jak na jego widok robi mi się gorąco w środku. Koleś był atrakcyjny, chociaż kompletnie nie w moim typie. No, może z wyjątkiem ust i tych niebieskich oczu, ale reszta totalnie nie w moim guście. Może jeszcze budowa ciała, bo tu nie miałam się do czego przyczepić. Reszta zupełnie do niczego, zadecydowałam.
- Coś się stało? – zapytałam może trochę zbyt piskliwie, ale Olek chyba tego nie zauważył.
W myślach modliłam się tylko o to, żeby pani Anna nie zmieniła zdania, co do mojego wolnego dnia, bo naprawdę miałam ochotę na chwilę samotności i odpoczynek.
- Andrzej powiedział, że wybierasz się do wsi – powiedział.
- No tak i co z tego? – zapytałam, chociaż już się domyślałam, o co chodzi. – Potrzebujesz czegoś ze sklepu?
- Nie. To znaczy tak – potarł ręką czoło, a potem dodał: – Zaczekałabyś na mnie kilka minut?
- Ale o co chodzi? Jeśli chcesz coś ze sklepu, to powiedz. Kupię ci, a potem się rozliczymy – zapewniłam, bo nie chciałam tracić czasu.
- Nie dasz rady tego przywieźć. Zaczekaj – poprosił raz jeszcze. – To potrwa tylko chwilę – powiedział i biegiem pognał w stronę pensjonatu.
Westchnęłam ciężko, rozejrzałam się dookoła, a potem przysiadłam na trawie, w cieniu starego klonu. Drzewo prezentował się pięknie z tymi swoimi powyginanymi konarami. Zapragnęłam się na nie wspiąć, jak wtedy, gdy byłam małą dziewczynką.  Przypomniał mi się mój pierwszy wyjazd na obóz jeździecki, kiedy to zakochałam się w koniach na dobre. To był beztroski czas, który razem z innymi dziewczynami spędzałyśmy na wałęsaniu się po lasach, wspinaniu na drzewa i galopowaniu po wiejskich bezdrożach. To właśnie wtedy byłam naprawdę szczęśliwa. Potem wszystko się zmieniło.
Ocknęłam się ze wspomnień, gdy usłyszałam jakiś brzdęk tuż obok. Odwróciłam głowę i zobaczyłam Olka, który zbliżał się w moim kierunku, prowadząc ze sobą rower. Rower z dwoma siodełkami i czterema pedałami. Tandem.
Chłopak uśmiechał się tak szeroko i tak ładnie, że zapatrzyłam się na niego, zapominając o tym, co ze sobą przytargał.
- To jak? Jedziemy? – zapytał, mocno przygryzając dolną wargę.
- Chyba sobie jaja robisz – oprzytomniałam od razu.
- Nie bądź sztywna. To niepowtarzalna okazja, żeby się przejechać na takim zajebistym tandemie – przekonywał.
- Czy ty kiedyś jeździłeś na czymś takim? – zapytałam z powątpiewaniem.
- Nie, ale to żaden problem – zapewnił.

- Sam sobie na tym jedź. Ja wolę się przejść – wstałam, otrzepałam spodenki, założyłam plecak na plecy i ruszyłam przed siebie.
Olek
Twarda sztuka, pomyślałem, ale nie dawałem za wygraną. Cholera, chciałem się przejechać tym tandemowym rowerem, a przecież nie mogłem tego zrobić sam. Nikt inny nie chciał tego ze mną spróbować. Paula była moją ostatnią nadzieją.
Właśnie tym tłumaczyłem sobie to, że zapragnąłem towarzyszyć jej podczas jej dnia wolnego.
Prawie się nie widywaliśmy, oprócz tych krótkich chwil wieczorem, gdy pomagałem jej ogarniać kuchnie, ale i wtedy nie rozmawialiśmy. To była nasza rutyna – praca w ciszy i w pełnej synchronizacji.
Gdy zobaczyłem ją pod koniec jej pierwszego dnia, poczułem olbrzymie współczucie. Od początku wiedziałem, że ta praca jest za ciężka dla drobnej dziewczyny. Nie komentowałem jednak tego, ponieważ wiedziałem na sto procent, że Paula by się na mnie wkurzyła. Takie rzeczy potrafiłem wyczuć na odległość. Przez ten tydzień nauczyłem się jednego – pomimo pozornej delikatności, Paula miała w sobie dużo siły i samozaparcia. Pracowała w pocie czoła i nie skarżyła się. Trudno jej było przyjąć nawet moją pomoc, ale uległa, wiedząc, że ze mną nie ma sensu się kłócić, bo jestem równie uparty.
Interesowała mnie. Nie tylko, jako koleżanka, ale tak naprawdę to nie wiedziałem dlaczego. Była śliczna z tymi swoimi piegami i wielkimi szarymi oczami, ale kompletnie nie w moim typie. Od zawsze kręciły mnie ciemnowłose dziewczyny, ale na widok tych jej jasnorudych fali poczułem, jak popadam w jakiś cholerny zachwyt. Ale to nie jej wygląd pociągał mnie najbardziej. To coś innego. Coś mniej namacalnego.
- Skąd w ogóle to wytrzasnąłeś? – zapytała, odwracając głowę.
Szedłem obok niej, prowadząc mój zajebisty tandem i zastanawiałem się, jak namówić tego uparciucha do próbnej jazdy.
- Stał w pomieszczeniu gospodarczym na tyłach pensjonatu – odpowiedziałem. – Ogarnąłem go trochę i proszę, jakie cudo. Nie rozumiem, jak możesz nie chcieć na niego wskoczyć – dodałem z nadzieją, że przekonam ją moim entuzjazmem.
- Dobra – przystanęła i wniosła ręce do góry. – Ale tylko po to, żebyś przestał o nim gadać – sapnęła, odrzucając do tyłu swój gęsty kucyk.
Uśmiechnąłem się szeroko i zapytałem:
- Jedziesz z przodu, czy z tyłu?
- Z tyłu. Mam nadzieję, że nas nie zabijesz na tym badziewiu – dodała, zajmując tylne siodełko. – Nie wiem, jak chcesz tym manewrować po tej polnej drodze – marudziła.
- Spoko, damy radę. Nie marudź – próbowałem ją bardziej zachęcić do współpracy. – Tam dalej jest już równa droga.
Do pokonania mieliśmy jakieś dwa kilometry, które wiodły przez las, a potem wśród pól uprawnych.
- Gotowa? – zapytałem, gdy Paula umościła się z tyłu.
- Nie, ale jakie to ma znaczenie – mruknęła, co tylko bardziej mnie rozbawiło.
Boże, była urocza w tym swoim marudzeniu, pomyślałem.
Ruszyliśmy, to znaczy ja ruszyłem, a Paula tylko podniosła do góry nogi. Zauważyłem to, ale nie skomentowałem. Na początku, to znaczy w pierwszych pięciu sekundach, szło nam całkiem dobrze, ale koła roweru natrafiły na jakieś koleiny i zanim zdołałem krzyknąć do Pauli, żeby podparła się nogami, już leżeliśmy w trawie.
Tak mnie to rozbawiło, że ze śmiechu nie mogłem złapać oddechu. Kurwa, prawie się od tego udusiłem. Paula chwyciła się za brzuch i też zanosiła się od śmiechu. To było takie komiczne, że nie potrafiłem się uspokoić.
Spojrzałem na dziewczynę i zapytałem:
- Niczego sobie nie potłukłaś?
- Nie – uśmiechnęła się. – Ale i tak muszę zrobić to – uniosła dłoń i drobną pięścią walnęła mnie w ramię. – Głupek z ciebie – dodała, ale cały czas się śmiała. – Spoko. Damy radę – przedrzeźniała mnie, co wywołało kolejny atak śmiechu z naszej strony.
Gdy się wreszcie opanowaliśmy, ku mojemu zaskoczeniu, Paula zaproponowała podjęcie kolejnej próby. Wciąż wyglądała na rozbawioną i roztrzepaną.  W jej włosach dostrzegłem kilka źdźbeł trawy. Bez zastanowienia sięgnąłem do nich ręką i delikatnie je z nich usunąłem. Paula odwróciła wzrok i odsunęła się ode mnie. Zmieszała się, co tylko bardziej mnie nakręciło.
Zapragnąłem raz jeszcze dotknąć jej płomiennych włosów, w których słońce wyprawiało niesamowite rzeczy. Wydobywało z nich milion różnych odcieni czerwieni, żółci i pomarańczu. Chyba zaczynałem mieć obsesję na punkcie jej włosów.
- Próba numer dwa– zawołałem, gdy usiadłem za przednia kierownicą.
- Nie gadaj, tylko ruszaj – powiedziała.
Tym razem poszło nam lepiej. Cała sztuka polegała na tym, żeby zsynchronizować swoje ruchy i nie wykonywać gwałtownych gestów, przez które traciliśmy równowagę. Po kilku minutach jechaliśmy, jakbyśmy robili to codziennie.
- Ale fajnie! – krzyknęła zza moich pleców Paula, gdy zjechaliśmy ze stromej górki.
- A mówiłem. Nie chciałaś dać się namówić. Nikt oprócz ciebie nie chciał – powiedziałem szczerze.
- Wiola też nie chciała dać się namówić? – usłyszał w jej głosie trochę rozbawienia, a trochę ciekawości.
- Nie pytałem jej – przyznałem. – Wyobrażasz ją sobie w tych ciasnych spódnicach i szpilkach na rowerze? – zapytałem, bo po prawdzie sam nie potrafiłem sobie tego wyobrazić, chociaż nie raz i nie dwa zarzuciłem żurawia za jej opiętym tyłkiem.
Byłem tylko facetem.
- Na pewno ma coś poza tymi eleganckimi fatałaszkami – zaoponowała Paula.
- Nie wiem, ale weź pomyśl, jak można paradować po stajniach, sadach i pastwiskach w takich butach i takich falbankach – powiedziałem. Serio, ta sprawa była dla mnie nie do ogarnięcia i może kobiece spojrzenie rozjaśni mi ten problem. – Przecież to totalnie debilne.
- Niezbyt ładnie wyrażasz się o koleżance z pracy – zauważyła Paula jakimś dziwnym tonem. – Wygląda na to, że się dogadujecie, a teraz ci nie pasują jej ubrania – dodała, co sprawiło, że zatrzymałem gwałtownie rower i odwróciłem się do niej.
- Co ty wyprawiasz? – zdziwiła się i spojrzała na mnie buńczucznie.
- O co ci chodzi? – zapytałem, trzymając emocje na wodzy.
Znowu mnie oceniała, chociaż nic o mnie nie wiedziała. Chciałem pożartować i zbliżyć się do niej, ale ona cały czas na mnie za coś naskakiwała.
- O nic. Dlaczego nie jedziemy? – widziałem, jak zaczyna się gotować ze złości.
- Bo znowu coś mi insynuujesz – powiedziałem oburzonym tonem, żeby wiedziała, że nie żartuję.
Paula chwilę przeszywała mnie rozgrzanym spojrzeniem, a potem zeskoczyła z roweru, poprawiła plecak na plecach i raźnym krokiem ruszyła leśną ścieżką w stronę niewielkiego wąwozu.
- Wredna lisica – powiedziałem przez zęby i dogoniłem ją, prowadząc rower. – Co ci się nie podobało w tym, co powiedziałem.
Paula zatrzymała się. Na jej twarzy wciąż widać było wzburzenie, ale wyglądała na spokojniejszą.
- To, że widać, jak z Wiolą żartujecie, śmiejecie się, a teraz próbujesz ją przede mną ośmieszyć – mówiła, nie ruszając się z miejsca. – Zachodzi podejrzenie, że robisz to samo na przykład ze mną – dodała, mrużąc oczy i wyzywając mnie tym.
W pierwszej chwili wkurwiło mnie to, że tak o mnie pomyślała, ale w drugiej zdałem sobie sprawę, że z jej perspektywy tak to mogło wyglądać. Prawda była taka, że nie przepadałem za Wiolą. Nic do niej nie miałem, ale to była mega pusta laska, która myślała tylko o tym, czy jej włosy się nie potargały, albo czy jej szpilki nie grzęzną zbytnio w błocie.
Nie wiedziała nic o koniach, ani prowadzeniu stadniny. Bała się nawet wejść do stajni, żeby nie przejść smrodem koni. Kto, do ciężkiej cholery, zatrudnia taką osobę w miejscu takim, jak Lisia Dolina, gdzie obcowanie z naturą jest wpisane w życie całego ośrodka.
- To nie tak. Jestem dla niej miły, ale nie lubię jej, a to, że spędzam z nią dużo czasu, to polecenie Anny – powiedziałem szczerze.
Zaczesałem ręką przydługie już włosy i patrzyłem w jej szare oczy. Pragnąłem, żeby mnie zrozumiała. Żeby mi uwierzyła.
Wzruszyła ramionami i westchnęła ciężko.
- Przepraszam – odezwała się ze skruchą. – Po prostu nie lubię dwulicowości i fałszu – przyznała. – Jedziemy? – dodała znienacka. – Nie chcę całego dnia spędzić na tej wycieczce, bo konie czekają – dodała z uśmiechem.
- Wsiadaj, bejbe – powiedziałem, puszczając do niej oko. – Zawiozę cię, gdzie trzeba.
- Idiota – pacnęła mnie ręką po głowie i zaśmiała się.
Konflikt został zażegnany, ale we mnie wciąż tkwił wyraz jej oczu, gdy mnie przeprosiła. Było w niej coś smutnego i jednocześnie silnego. Taka niespotykana mieszanka, której nie potrafiłem należycie sprecyzować.
Dalsza droga do wsi przebiegła całkiem okej. Nie wyjebaliśmy się i nie kłóciliśmy się więcej. Gdy dotarliśmy na miejsce, jakieś dzieciaki biegły za nami i wykrzykiwały jakieś głupoty. Przez chwilę miałem wrażenie, że cofnąłem się do średniowiecza, a za nami zaczną zaraz gonić chłopi z pochodniami.
Zatrzymaliśmy się przy małym supermarkecie. Paula weszła do środka, a ja zawołałem na jakiegoś małego szczyla z twarzą ubrudzoną lodami i zapytałem, czy przypilnuje rower, a za to dostanie ode mnie drugiego loda. Pokiwał skwapliwie głową, a ja rozejrzałem się dookoła, czy gdzieś w pobliżu nie czai się jego matka, albo ojciec, żeby mnie opierdolić za zaczepianie dzieciaka. Nikogo takiego nie dostrzegłem, więc wszedłem do sklepu.
Sprzedawczyni na kasie obrzuciła mnie ciekawskim spojrzeniem. Uśmiechnąłem się niemrawie i schowałem się między półkami. Dostrzegłem Paulę, która z uwagą przygląda się jakiejś paczce ciastek. W pierwszej chwili myślałem, że czyta skład produktu, ale ona sprawdzała cenę. Po chwili wahania odłożyła ciastka na półkę i poszła dalej.
Domyślałem się, że nie jest zamożna. Mogłem to stwierdzić chociażby po jej ubraniach, które były schludne, ale wyglądały na znoszone i bardzo skromne.
Miałem do czynienia z wieloma bogatymi dziewczynami. To, czy dziewczyna jest zamożna rozpoznawałem przede wszystkim po jej zachowaniu. Takie dziewczyny są pewne siebie i z lekceważeniem podchodzą do pieniędzy, które w większości przypadków nawet nie należą do nich, tylko do ich starych. Miałem do czynienia z tysiącem takich dziewczyn. Piękne, zadbane, pachnące i na pozór bez skazy. Z niektórymi znalazłem się nawet bardzo blisko, jeśli mowa o fizycznej bliskości, ale nigdy nie poznałem takiej, która miałaby mi do zaoferowania coś więcej.
Nie, żebym definiował ludzi poprzez ich zamożność. Chodziło o to, że człowiek, który dostaje wszystko na srebrnej tacy, nigdy nie doceni tego, co zdobył pracą własnych rąk. Nie nabierze szacunku do pracy, pieniędzy. Nie zastanawia się nad tym, co by było, gdyby je nagle stracił.
Mi nigdy się nie przelewało, ale nigdy też nie cierpiałem głodu, czy chłodu. Babcia i dziadek zadbali o to, żebym miał wszystko, czego mógłby potrzebować dzieciak, dlatego widok Pauli odkładającej te niewyszukane ciastka na półkę, ścisnął mi serce. Przed oczami miałem to, jak pochłania w zawrotnym tempie miskę płatków, jak wcina z zachłannością obiad i jak robi sobie kanapki po kolacji, a potem zabiera je ze sobą do pokoju.
Olśniło mnie dopiero w tej chwili. Paula nie miała prywatnych zapasów, czy produktów, z których mogłaby sobie robić coś dojedzenia pomiędzy posiłkami. A może po prostu nie miała czasu na zakupy?, pomyślałem z nadzieją. Myśl, że ktoś w dwudziestym pierwszym wieku i to w cywilizowanym kraju miałby głodować, albo nie dojadać strasznie mnie przygnębiła.
Niestety, jedno zerknięcie w koszyk dziewczyny dołożyło tylko dowodów, przemawiających za tą przykrą teorią. Paula miała w nim najtańszą pastę do zębów, dwa jogurty, kilka kajzerek i mały pasztet. Ciastek nie było.
W mojej głowie zapanował chaos. Chciałem jej pomóc, ale nie w jakiś dosadny sposób. Nie chciałem jej urazić. Była dumną lisicą, która na jakikolwiek dosłowny gest z mojej strony, zareagowałaby agresją. Nie to jednak mnie powstrzymywało. Najbardziej na świecie nie chciałem jej upokorzyć.
- A ty co? Nic nie kupujesz? – zapytała z uśmiechem, który kolejny raz ścisnął mnie za serce.
- Kupuję, tylko ja jestem wybredny – rzuciłem od niechcenia. – To mi nie pasuje, tamto mi nie pasuje – wzruszyłem ramionami.
Usłyszeliśmy, jak kobieta na kasie prycha głośno. Wykrzywiłem twarz w grymasie oburzenia, a Paula zachichotała, jak mała dziewczynka.
W zasadzie niczego nie potrzebowałem, ale dla niepoznaki wrzuciłem do koszyka jakieś pieczywo, kilka batonów energetycznych, żel pod prysznic i…paczkę ciastek. Nie te, które wybrała wcześniej dziewczyna, tylko zupełnie inne. Nie byłem idiotą.
Przed kasą wyciągnąłem jeszcze z zamrażarki trzy lody na patyku. Gdy płaciłem za zakupy, kasjerka obrzuciła mnie takim spojrzeniem, jakbym sypnął jej groszówkami. Chyba uraziłem jej małomiasteczkowe ego, pomyślałem bez krzty wyrzutów sumienia.
Wyszliśmy na zewnątrz. Szczyl wciąż stał pod sklepem i sumiennie pilnował mojego rumaka, za co został nagrodzony obiecanym lodem. Cwaniaczek chciał jeszcze dziesięć złotych. Dostał trzy i groźbę skopania tyłka, jak jeszcze raz będzie tak bezczelnie wyłudzał kasę od obcych ludzi.
Ruszyliśmy w drogę powrotną.
- Proszę – podałem Pauli czekoladowego loda na patyku.
- Dla mnie? – zdziwiła się. – Nie trzeba – zaczęła się wzbraniać, jakbym jej wręczył butelkę drogich perfum.
- Bierz, bo się zaraz roztopią – nalegałem.
Wzięła niepewnie loda, rozpakowała go i natychmiast wzięła dużego gryza. Czekolada pokruszyła się i drobnymi kawałkami upadła na ziemię. Byłem zafascynowany tym widokiem. Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie, ocierając kąciki ust z czekolady, a mi zabiło mocniej serce. Tym razem to nie była reakcja na litość, czy współczucie. Tym razem to było coś zupełnie innego.

3 komentarze: