poniedziałek, 19 grudnia 2016

"Sezon na lisa" Rozdział 5


Paula
Dotarliśmy szczęśliwie do pensjonatu. Doprawdy, ten cały pomysł z tandemem nie był taki głupi, jak początkowo myślałam. Już dawno się tak nie śmiałam. Jeśli miałabym być zupełnie szczera, to już dawno się nie śmiałam…w ogóle.
Stwierdziłam, że Olek to normalny chłopak, a do tego miły i pomocny. W zasadzie nie wiedziałam, dlaczego postanowił mi towarzyszyć w drodze na zakupy, ale nie żałowałam tego pomysłu. Mieliśmy niezły ubaw.
Pożegnaliśmy się przy tylnym wejściu. Ja pognałam na górę, żeby zostawić zakupy, a Olek wrócił do pracy. Nie zostałam jednak długo w pokoju, ponieważ nie chciałam tracić tak pięknego dnia. Przebrałam się w zestaw, którego zniszczenie podczas zabawy z końmi nie będzie zbyt dużą stratą. Stare, wytarte szorty i podkoszulek z ciuchlandu idealnie się do tego nadawały.
Wzięłam ze sobą wodę, związałam mocniej włosy i zbiegłam pospiesznie na dół. Na ostatnim schodku omal się nie wywróciłam, gdy nagle wpadłam na coś twardego i odbiłam się od tego, wypuszczając z rąk butelkę wody, która potoczyła się po korytarzu. Odskoczyłam gwałtownie, chwytając się jednocześnie za nos, z którego natychmiast trysnęła fontanna krwi.
- Kurwa! – syknęłam pod nosem, przeklinając swoją nieostrożność i tę przeklętą ułomność, jaką była mała krzepliwość krwi.
- Cholera. Przepraszam – usłyszałam i dopiero wtedy zorientowałam się, że ktoś obok mnie stoi.
Wszystko odbyło się tak szybko, że nie zdążyłam zarejestrować, o co, albo bardziej, o kogo rozbiłam sobie nos. Spojrzałam w górę i napotkałam przerażone spojrzenie młodego mężczyzny. Ciemnobrązowe oczy patrzyły na mnie z horrorem.
- Mam cię zabrać na pogotowie, czy coś? – zapytał przestraszony.
Pokręciłam przecząco głową.
- Mam tak zawsze – odpowiedziałam, przytrzymując nos i odwracając się w stronę schodów.
Musiałam natychmiast wziąć leki na krzepliwość krwi i zatamować tę powódź. Byłam cała pobrudzona, nawet nie chciałam patrzeć na to, co działo się na podłodze pod moimi stopami. Chciałam jak najszybciej to sprzątnąć, nim ktoś inny to zauważy.
Nie zdążyłam zrobić choćby jednego ruchu, gdy w korytarzy pojawił się Olek.
Pięknie, kurwa. Pięknie i zajebiście, myślałam w rozpaczy. Nie chciałam, żeby mnie zobaczył w tym stanie, ale było już za późno.
- Paula? – zapytał, jakby nagle oślepł i widział tylko kontury.
- Nic mi nie jest! – odpowiedziałam niezbyt miło i pognałam na górę, nie mogąc zapanować nad krwawieniem.
Jeszcze chwila i zrobi mi się słabo, a na to nie mogłam pozwolić. Gdyby szefostwo dowiedziało się o mojej chorobie, zwolniono by mnie. Poważniejsze zranienie skończyłby się dla mnie wizytą w szpitalu, a potem kilkudniowym leczeniem. Nie mogłam sobie na to pozwolić.
Z szarpnięciem otworzyłam drzwi, a potem znacząc swoją drogę plamami krwi, wpadłam do łazienki. Chwyciłam ręcznik i zamoczyłam go w zimnej wodzie, a potem przytwierdziłam do nasady nosa.
Za plecami usłyszałam szuranie butów.
- Potrzebujesz pomocy? – zapytał drżącym głosem Olek, który stanął za moimi plecami.
- Nie – odpowiedziałam w pierwszym odruchu, ale za chwilę oprzytomniałam i dodałam już spokojniej: – To znaczy tak. W szafce przy łóżku mam kosmetyczkę, a w niej tabletki.
Olek nie czekał na dalsze instrukcje, tylko szybko wyszedł z łazienki, a po kilku sekundach wrócił z pigułkami. Szybko połknęłam jedną z nich, popijając wodą z kranu. Odetchnęłam z ulgą, gdy zauważyłam, że krew przestała lecieć.
Oprałam się ręką o zlew i usiadłam na zamkniętej pokrywie od sedesu.
- Dobrze się czujesz? – głos Olka był łagodny i czuły.
Zarejestrowałam to, ale nie chciałam, aby to mnie wyprowadziło z równowagi. To, że był zaniepokojony i starał się być pomocny to po prostu jego cechy charakteru. Nie chodzi o mnie, próbowałam sobie tłumaczyć, żeby nie przypisać temu zbyt wiele.
Przytaknęłam skinieniem głowy i wstałam z sedesu, a potem niepewnie ruszyłam do swojego pokoju. W tym samym momencie rozległo się pukanie do mojego pokoju. Pierwszy zareagował Olek. Podszedł do drzwi i otworzył je na oścież. Dopiero wtedy mogłam się dobrze przyjrzeć osobie, przez którą doszło do tego incydentu.
Na widok młodego mężczyzny szybciej zabiło mi serce. Był wysoki i bardzo przystojny. Ciemne, niemal czarne tęczówki i długie rzęsy stanowiły nie lada widok. Miał wysokie kości policzkowe i lekko garbaty nos. Gdyby ktoś mnie zapytał, jak wygląda mój typ faceta…bez mrugnięcia okiem wskazałabym na niego.
Przeklinałam siebie za to jak wyglądam i jak doszło do tego spotkania. Wiedziałam, że nie stanowiłam ciekawego widoku, nawet bez tej bluzki upapranej krwią, ale zawsze to lepiej nie wyglądać jak rzeźnik, gdy staje się oko w oko z takim przystojniakiem.
- Przepraszam. Chciałem się tylko upewnić, że wszystko z tobą okej – powiedział niskim i aksamitnym głosem.
Miał na sobie eleganckie spodnie i takąż samą koszulę w kolorze jasnego błękitu. Zrobił krok w przód, a potem zawahał się, gdy Olek poruszył się niespokojnie.
- Nic jej nie jest – powiedział. – Po prostu niefortunnie się uderzyła – dodał, jakby czytając w moich myślach.
- Okej, ale jakbyś czegoś potrzebowała, to tylko powiedz. Jestem Igor, jakby coś – dodał i podszedł do mnie, a potem wręczył mi butelkę wody, którą upuściłam przy zderzeniu.
Następnie uśmiechnął się, a ja przytaknęłam skinieniem głowy. Na pewno się zaczerwieniałam. Cholera.
Facet wyszedł, a ja zostałam sama z Olkiem, który usiadł obok mnie na łóżku.
- Kto to? – zapytałam, jakby od niechcenia.
- Syn właścicieli – powiedział Olek jakimś dziwnym głosem. – Ale radzę ci trzymać się od niego z daleka – dodał tym samym tonem.
- Dlaczego? – zapytałam chyba zbyt szybko.
Nie to, żebym chciała się z nim zadawać, albo w ogóle znowu z nim rozmawiać, ale zaciekawił mnie ton wypowiedzi Olka.
Chłopak spojrzał mi prosto w oczy, a potem wstał, wsuwając ręce do kieszeni spodni.
- Szuka okazji, gdzie tylko może. Spał chyba z połową personelu w pensjonacie – ton jego głosu stał się wyraźnie chłodniejszy. – Zrobisz jak zechcesz, ale moim obowiązkiem było cię ostrzec – wzruszył ramionami.
- Dzięki – odpowiedziałam zaskoczona i wbrew sobie trochę zawiedziona tymi rewelacjami. – Jakiś ty pomocny i obowiązkowy – zażartowałam, bo jego oficjalne oświadczenie trochę mnie rozbawiło
- Zawsze – dodał już lekko i bez tego lodu w głosie.
- Olek – zaczęłam niepewnie, ale musiałam to wyjaśnić. – Nie mów proszę nikomu o tym – wskazała na swoją bluzkę. – W sensie o mojej dolegliwości. Zwolnią mnie, jeśli się o tym dowiedzą – popatrzyłam mu błagalnie w oczy. – Potrzebuję tej pracy.
- Nie powiem – odrzekł łagodnie. – Ale uważaj na siebie. Łatwo tu sobie zrobić krzywdę – dodał.
- No powiem ci, nie krwawiłam tak, odkąd skończyłam dziesięć lat –powiedziałam tylko w połowie żartując. – To miejsce ma w sobie złą aurę – uśmiechnęłam się.
- To coś w wodzie chyba – odpowiedział mi takim samym uśmiechem, który rozjaśniał jego twarz.
W tej chwili poczułam, że bardzo go lubię. Jako kolegę, oczywiście. Olek był zabawny i sympatyczny i nie sposób było nie obdarzyć go sympatią.
Nagle przypomniałam sobie o krwawych śladach na schodach i korytarzu na dole. Zerwałam się na równe nogi i zakręciło mi się w głowie.
- Co jest? – zapytał chłopak, gdy tak nagle wstałam z łóżka.
- Cholera. Muszę pozbyć się tej krwi z dołu – powiedziałam i zaczęłam rozglądać się za jakąś ścierką.
Nie miałam nic takiego, więc postanowiłam wykorzystać do tego mój ręcznik. Olek złapał mnie za rękę.
- Zwariowałaś? Szkoda ręcznika – rzucił niespodziewanie. – Skombinuję jakieś ściery z kuchni.
Zeszliśmy na dół, a potem do kuchni. Nikt nie zwracał na nas uwagi, gdy wyciągaliśmy z zaplecza jakieś ścierki. Krwi było naprawdę dużo, ale nie z takimi rzeczami miałam już do czynienia. Co innego Olek.
- O kurwa, jakby kogoś tu zaszlachtowano – przystanął i z horrorem w oczach wpatrywał się w duże plamy zakrzepniętej już krwi.
Zaśmiałam się w głos i czym prędzej pognałam do łazienki. Namoczyłam szmatki, a potem zaczęłam wycierać tę krwawą ścieżkę prowadzącą do mojego pokoju. Ze zdumieniem zauważyłam, że chłopak przykucnął obok, wziął drugą ścierkę i zabrał się do roboty.
- Jezu, nie rób tego – syknęłam i skrzywiłam się, bo to było dziwne.
-  No co? Nie brzydzę się – wzruszył ramionami. – Nie lubię krwi tylko, jak wylatuje komuś z żyły, albo jakiegokolwiek innego miejsca na ciele – wzdrygnął się.
- Wiem, ale nie musisz mi we wszystkim pomagać – ciągnęłam, w pośpiechu pozbywając się tej mojej widocznej słabości.
- Wiem, że nie muszę – odrzucił na bok blond grzywkę. – Ale chcę – dodał, uśmiechając się i patrząc mi prosto w oczy.
Moje serce zadrgało w piersi i szybko odwróciłam od niego wzrok.

Olek
Napoiłem konie i czekałem na Paulę, która miała osiodłać Stokrotkę i trochę na niej potrenować. Chciałem się temu przyjrzeć, dlaczego zamieniłem się ze stajennym na zadania. Mężczyzna w tym czasie zajął się rozładowywaniem paszy dla zwierząt.
Napoiłem ostatniego konia, gdy rozdzwonił się mój telefon. Zerknąłem na wyświetlacz. To była Sara. Odebrałem natychmiast.
- Co tam, świrusie? – zapytałem z uśmiechem.
- Nie zgadniesz – rzuciła podniecona do słuchawki.
- Masz rację. Nie zgadnę – odpowiedziałem, bo nie miałem pojęcia skąd to jej podekscytowanie, ale musiało to być coś grubego, bo Sara rzadko się tak ekscytowała. – Dawaj – zachęciłem.
- Paweł mi się oświadczył – krzyknęła.
Autentycznie mnie zamurowało.
- Co? – zapytałem nieprzytomnie.
- Paweł mi się oświadczył w Noc Kupały. Na tej polanie, na której w zeszłym roku organizowano imprezę – mówiła chaotycznie, a jej głos stawał się coraz wyższy i bardziej piskliwy.
- No to…gratulacje – powiedziałem i zabrzmiało to, nawet dla mnie, bardzo niemrawie.
Nie wiem, o co mi chodziło. Sara się cieszyła, to i ja powinienem się z tego cieszyć. Nie przepadałem za Pawłem, ale Sara była w nim totalnie zakochana. Wiedziałem też, że gdyby był w stosunku do niej nie w porządku, to Sara szybko by się go pozbyła. To był typ dziewczyny, który nie daje się wykorzystywać. Taka była…więc dlaczego ta wiadomość przyprawiła mnie o skurcz w żołądku?
- Nie zabrzmiało to szczerze – powiedziała z lekkim rozbawieniem.
- No co ty. Jak się cieszysz to i ja się cieszę, ale mnie zaskoczyłaś. Znacie się krótko w sumie – próbowałem się tłumaczyć.
- Czy ja wiem – powiedziała. – Znamy się przecież od szkoły średniej. Zresztą, to, że się zaręczyliśmy nie oznacza, że zaraz się pobieramy. Od tego może minąć dobrych kilka lat – podsumowała i trochę mnie to uspokoiło, chociaż to było debilne.
- Masz rację. Ale serio, cieszę się, a pierścionek chociaż ma wystarczająco dużo karatów? – zażartowałem, żeby zatuszować pierwsze wrażenie.
- Nie mam pojęcia, ale trochę ciąży na palcu – zaśmiała się. – Nie będę z nim się kąpać w jeziorze, bo pociągnie mnie na dno – dodała, chichocząc.
Zaśmiałem się. Sara brzmiała na zajebiście szczęśliwą i poczułem wstyd, że zareagowałem na tę wiadomość, jak ostatnia łachudra.
- Co u ciebie? – zapytała.
Opowiedziałem jej jak minął mi tydzień. Sara zapewniła, że jej plany dotyczące przyjazdu do Lisiej Doliny są wciąż aktualne. Pożegnaliśmy się, a ja zostałem z dziwnym uczuciem w żołądku. Sara się zaręczyła. Paweł nie próżnował. Chwycił ją mocno i wyglądało na to, że nie zamierza wypuścić. Nie mogłem go za to winić, ale mogłem za nim nie przepadać i wątpiłem, żeby to się miało kiedykolwiek zmienić.
Tę niechęć próbowałem sobie tłumaczyć na milion różnych sposobów, ale prawda była taka, że byłem o niego zazdrosny. Zależało mi na Sarze i aż do tej pory nie sądziłem, że jest to coś więcej, niż przyjaźń. Wmawiałem sobie, że to dobra kumpela, a tak naprawdę po cichu liczyłem na to, że to ich wielkie love się skończy.
Jestem złamasem, pomyślałem zdegustowany samym sobą.
W każdym razie to był koniec tych moich głupich nadziei. I dobrze. Sara nie była dla mnie i czas to wreszcie zaakceptować.
Włożyłem telefon do kieszeni i spostrzegłem, jak w stronę wybiegu maszeruje mój ulubiony rudzielec. Poszedłem w tamtym kierunku, ale rozglądałem się na boki, żeby wyglądało na to, że spotkaliśmy się tam przypadkiem. Nie miałem pewności, czy dziewczyna nie ma mnie dość, ale nie mogłem się powstrzymać, żeby do niej nie zagadać.
Musiałem na nią uważać. Po tym, co zobaczyłem w korytarzu i w jej pokoju, nie miałem innego wyjścia. To był mój moralny obowiązek, jako dobrego kolegi z pracy. Swoją drogą, co za dziwną przypadłość ma ta dziewczyna. Co z niej za unikat, pomyślałem zaintrygowany.
Paula, która nabrała już kolorów, raźnym krokiem zmierzała w stronę drewnianego ogrodzenia. Przystanęła przy nim, a następnie wspięła się na pierwszą belę i tymi swoimi dziwnymi odgłosami zaczęła przywoływać Stokrotkę. Klacz przybiegła do niej natychmiast, za co dziewczyna nagrodziła ją jakimś smakołykiem, który wyciągnęła z kieszeni szortów. Patrzenie na nią w interakcji z końmi było czymś niesamowitym. Pasowała do tego miejsca.
- Co jej tam wsunęłaś do pyska? – zapytałem, znalazłszy się za jej plecami.
- Dla ciebie nie mam – powiedziała z uśmiechem, który rozjaśniał jej twarz i przyspieszał bicie mojego serca.
Dziewczyna była śliczna i chociaż wiedziałem, że nawiązywanie jakichkolwiek bliższych znajomości w takich miejscach nie ma sensu, zapragnąłem ją poznać. Chciałem wiedzieć skąd przyjechała, dlaczego wybrała to miejsce, co ją interesuje oprócz koni i czy…ma chłopaka. Ta ostatni informacja była kluczowa, jeśli chodziło o moje dalsze kroki.
- Szkoda, bo ja mam coś dla ciebie – powiedziałem.
- Tak, a co? – zainteresowała się.
Zeskoczyła z ogrodzenia i zwróciła się do mnie z uśmiechem.
- A to – wskazałem na przygotowane siodło i uprząż.
Paula uśmiechnęła się szeroko i podeszła do siodła.
- Dziękuję. Zastanawiałam się właśnie, kogo mogłabym poprosić o sprzęt.
Dziewczyna podniosła siodło, ale wyciągnąłem jej je z rąk. Pomimo tego, że nie było zbyt ciężkie, jakoś nie mogłem patrzeć, jak ta drobina dźwiga…cokolwiek.
- No przestań, Olek. Przecież nie jestem jakaś ułomna – zaperzyła się. – Nie musisz wokół mnie skakać, jak jakiś dziewiętnastowieczny dandys.
- Słucham? Czy ty mnie właśnie przezwałaś? – zażartowałem.
Paula roześmiała się i walnęła mnie ręką w ramię. Jej śmiech wydał mi się nagle bardzo cenny.  Nie wiem skąd miałem takie wrażenie, ale przeczuwałem, że nie miała w życiu wielu powodów do radości. Może przesadzałem, ale zazwyczaj moje przeczucia były zgodne z prawdą. Dlatego tym bardziej chciałem się czegoś więcej o niej dowiedzieć.
Osiodłaliśmy wspólnie konia i Paula pospiesznie go dosiadła. Nie minęła sekunda, a ruszyła z kopyta i to nie takim spokojnym kłusem, czy leniwym stepem, ale od razu niemal pognała konia do galopu.
Jezu, jej widok w siodle to było dopiero coś. Siedziała prosto, ale swobodnie. Wyglądała cholernie seksownie w tych swoich obcisłych szortach. Gumka do włosów poluzowała się i teraz rude loki falowały w powietrzu. Dziewczyna wyglądała niesamowicie.
Po kilku minutach podjechała do mnie, a z jej twarzy nie znikał uśmiech. Na jej policzkach pojawiły się tradycyjne rumieńce.
- Ech, jak ja to kocham – powiedziała w rozmarzeniu.
- To widać.
Zachichotała.
- Co na to poradzę – dodała, głaszcząc klacz po karku. – Uwielbiam konie.
- A one uwielbiają ciebie – powiedziałem szczerze, ale ona odwróciła zawstydzona wzrok.
Podobała mi się taka nieśmiała i zawstydzona. Chociaż może słowo „nieśmiała” nie było właściwe, ale miała w sobie coś niewinnego, co całkowicie odbierało mi rozum.
- Aleksandrze – rozległo się za nami.
- Jezu – zawyłem i wywróciłem oczami, na co Paula przygryzła wargę, żeby się nie roześmiać. – Tak – uśmiechnąłem się sztucznie i zwróciłem twarzą do Anny.
- Jesteś potrzebny w restauracji. Wojtek się rozchorował i potrzebujemy kogoś na salę – powiedziała, ręką przysłaniając oczy przed słońcem.
Miała na sobie czarne długie spodnie i białą koszulę z krótkim rękawem, przez którą prześwitywał czarny biustonosz.
Kobieta zerknęła pospiesznie na Paulę. Zauważyłem, że natychmiast o niej zapomniała, jakby nie brała jej na poważnie. Jakby Paula była jakimś marnym stworzeniem, które pałęta się tu bez sensu.
Głupia suka, pomyślałem. Ta kobieta uważa się za lepszą tylko dlatego, że może bez przeszkód trwonić kasę swojego męża. Naciąga się gdzie popadnie, żeby chociaż na chwilę zatrzymać czas, nie zdając sobie sprawy, że się tym tylko ośmiesza. Nie miałem prawa rozporządzać cudzymi pieniędzmi, ale wiedząc jak rozrzutne życie prowadzi ta kobieta, podczas gdy Pauli nie stać nawet na paczkę ciastek w zajebanym wiejskim sklepie, dostawałem szału.
Widok rudzielca, który z pożądaniem wpatruje się w te cholerne ciastka, a potem odkłada je na półkę prześladował mnie od rana.
- Będę za chwilę. Wezmę prysznic i zaraz przyjdę – powiedziałem już bez uśmiechu.
- Okej. Czekamy – dodała, jakby chciała mnie tym pospieszyć.
Pocałuj mnie dupę, pomyślałem wciąż jeszcze w tym bojowym nastroju. Udawałem, że majstruję coś przy uprzęży Stokrotki, żeby kobieta już sobie poszła. Spojrzałem Pauli w oczy i powoli zaczynałem się uspokajać. Zdałem sobie sprawę, że rudzielca nie obchodzi, kto i jak na nią patrzy, ponieważ była jedną z tych osób, które nie brały sobie do serca opinii innych ludzi. Była jedną z tych osób, które znają swoją wartość i nikomu nie pozwalają jej zaniżać.
Może było to przypuszczenie na wyrost, ponieważ nie znaliśmy się tak dobrze, ale wyraz jej oczu, gdy patrzyła na Annę właśnie to mi powiedział.
I może to było głupie, ale zapragnąłem wiedzieć o niej wszystko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz