wtorek, 27 grudnia 2016

"Sezon na lisa" Rozdział 6

Paula
W środowe przedpołudnie, tuż przed końcem pierwszej zmiany, zjawił się u nas w kuchni pan Krzysztof. Poprosił, abyśmy zamknęli restaurację dwie godziny wcześniej, ponieważ chciałby zorganizować małe spotkanie całego personelu. Chciał oficjalnie przywitać nowych ludzi i rozpocząć tym sezon.
Pomyślałam, że to było miłe z jego strony. Pan Krzysztof – mężczyzna po pięćdziesiątce, zawsze w koszuli i eleganckich spodniach – wydawał się być sympatycznym człowiekiem. Rozmawiałam z nim tylko raz, ale sprawił na mnie pozytywne wrażenie. 
- Będzie picie za free – mrugnął do mnie porozumiewawczo Andrzej.

Odpowiedziałam uśmiechem. Nie przepadałam jakoś mocno za alkoholem, ale nie miałam też nic przeciwko jednemu piwu podczas spotkania integracyjnego.
- Mam słabą głowę, więc na mnie można zaoszczędzić – zażartowałam.
- Poczekaj do końca wakacji. Już my cię tu nauczymy pić – obiecał i ruszył z pucharkami lodów do sali restauracyjnej.
Na przerwie pomiędzy zmianami skorzystałam z okazji i z talerzem pełnym pierogów ruskich w jednej ręce i truskawkowym kompotem w drugiej, poczłapałam do swojego pokoju. Zazwyczaj jadłam w kuchni z resztą załogi, ale dziś chciałam zjeść w samotności. Byłam taka głodna, ze tylko siłą powstrzymywałam się przed rzuceniem się na pierogi w korytarzu. Wiedziałam też, że nie będę stanowiła zbyt pięknego widoku podczas jedzenia, a chciałam sobie zaoszczędzić żartów z mojej osoby ze strony Andrzeja, czy pani Krysi.
Przystanęłam przy drzwiach, żeby wydobyć z kieszeni klucze. Postawiłam na podłodze szklankę z kompotem truskawkowym i sięgnęłam do kieszeni.
Odwróciłam się, bo na schodach usłyszałam głośny tupot. Olek. Nikt inny się tu nie zapuszczał, wiec to musiał być on.
Chłopak uśmiechnął się szeroko na mój widok. Moje serce zareagowało na to przyspieszonym rytmem. Nie znosiłam tej bezwolnej reakcji na jego widok, ale bardziej martwiło mnie to, co działo się na mojej twarzy. O ile galopujące serce mogłam ukryć, o tyle buraka na moich policzkach nie dało się schować. Chyba, ze będę chodziła z torbą na głowie.
- Pierogi – mruknął zadowolony. – Uwielbiam.
- A kto nie uwielbia – odpowiedziałam, wsuwając klucz do zamka.
Olek podszedł do mnie i podniósł mój kompot z podłogi, a potem wszedł ze mną do pokoju. Rozejrzałam się pospiesznie, czy nie leżą na wierzchu jakieś zabłąkane majtki, czy skarpetki. Dzięki Bogu było czysto.
Jego obecność sprawiała, że czułam się spięta, jak naciągnięta struna, a z każdym dniem było coraz gorzej. Chłopak działał na mnie w dziwny sposób. Nie szukałam go wzrokiem, ale gdy tylko podnosiłam oczy wyławiałam jego postać z grupy pracowników i wczasowiczów. On wtedy zawsze patrzył na mnie. Zawsze się też uśmiechał.
Miał w sobie tyle życzliwości i ciepła, że nie umiałam się temu przeciwstawić. Nie umiałam być dla niego niemiła, zgryźliwa, czy złośliwa. Łapałam się na tym, że gdy na mnie patrzył, miałam ochotę przeczesać jego przydługie blond włosy. Chciałam dotknąć jego twarzy…
Tylko raz byłam zakochana, ale to było milion lat temu. Poznałam go, gdy miałam szesnaście lat. To był kolega ze szkoły, z którym chodziłam na zajęcia dodatkowe z biologii. Bartek miał ciemne oczy i piękny uśmiech. Był inteligentny i uwielbiał grę w koszykówkę. To z nim przeżyłam mój pierwszy pocałunek. To on, jako pierwszy człowiek na świcie powiedział, że jestem piękna. Nigdy wcześniej i nigdy później nie usłyszałam czegoś takiego.
Pozwoliłam mu wejść do mojego życia. Zaprosiłam do domu, bo chciałam, aby poznał malutkiego wtedy Adasia. Myślałam, że zauroczy go tak, jak zauroczył mnie, gdy go tylko zobaczyłam. Bo kto mógłby oprzeć się uśmiechowi tego małego, ciemnowłosego chłopca?
Myliłam się okrutnie. Bartek nie tyle nie polubił Adama, co się go przestraszył. Do tego stopnia, że już nigdy więcej mnie nie odwiedził. Po kilku dniach stwierdził, że oprócz sympatii nic do mnie nie czuje.
Zabolało mnie to tak mocno, że nie umiałam sobie z tym poradzić, ale gdy zrozumiałam powód, dla którego uznał, że nie możemy być razem, znienawidziłam go. Był cholernym tchórzem.
- Nie masz nic przeciwko, żebyśmy zjedli razem? – zapytał niespodziewanie Olek, wyrywając mnie z tych przykrych wspomnień.
Powinnam była powiedzieć, że mam i to wiele, ale nie chciałam tego robić. Lubiłam go i lubiłam spędzać z nim czas. Wczoraj zdążyłam ogarnąć kuchnię, nim zjawił się w niej Olek. Wyglądał na zawiedzionego, ale pogratulował mi wprawy. Wyglądało na to, że nie będzie już wspólnych wieczorów podczas zgodnej i milczącej pracy. Może to będzie nasza nowa tradycja?
- Spoko. Tylko ostrzegam. Jem jak świnia, gdy jestem głodna – uprzedziłam uczciwie.
- Spoko, ja też – zaśmiał się w głos i szybko wyszedł z mojego pokoju.
Po chwili wrócił ze swoją porcją pierogów i kubkiem kompotu.
Usiedliśmy naprzeciwko siebie i zaczęliśmy jeść. Pierogi były bardzo smaczne i nie mogłam się nimi najeść. Odkąd tu przyjechałam byłam cały czas głodna. To chyba skutek nałykania się dużych ilości wiejskiego powietrza.
- Co myślisz o dzisiejszym wieczorze? – zapytał Olek, wsuwając do ust całego pieroga.
Uśmiechnęłam się, wiedząc, że nie jestem sama w tym łakomstwie.
- Nie wiem. To chyba miło ze strony szefa – powiedziałam. – Chyba, że to nie z dobroci serca, tylko chce nam przypomnieć, za co nam płaci – dodałam.
- Chyba to drugie – przyznał, oblizując usta.
Boże, jaki on był przystojny. Jak to się stało? Przecież tydzień temu taki nie był, myślałam chaotycznie. Przydługie włosy, które co chwilę zaczesywał do góry, niepokornie spadały mu na czoło i skroń. Długimi, szczupłymi palcami bawił się widelcem, rysując nim jakieś tajemnicze kształty na talerzu.
Jego niebieskie oczy przypominały taflę czystego jeziora, która odbija wszystko, co się w nim przejrzało. Ciemne i bezsensownie długie rzęsy rzucały cienie na jego opalone policzki. Wpatrywał się we mnie, jakby chciał poznać mnie na wylot. Zrobiło mi się gorąco i nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić.
- Masz rodzeństwo? – zapytał znienacka, wybijając mnie z moich nerwowych myśli.
Zaskoczona, chwyciłam szklankę z ostatnimi kroplami kompotu i wysączyłam je do dna.
- Tak. Młodszego brata, Adama – powiedziała. – A ty?
- Nie – pokręcił głową, a potem znowu zaczesał opadające włosy.
Ten jego nieświadomy ruch totalnie mnie hipnotyzował.
- Ile ma lat? – kontynuował swój wywiad.
- Siedem – uśmiechnęłam się mimowolnie i sięgnęłam po telefon.
Wybrałam zdjęcie, na którym wyraźnie widać, że braciszek siedzi na wózku inwalidzkim. Zrobiłam to z premedytacją. Chciałam zobaczyć wyraz jego twarzy.
Chłopak wziął mój telefon i uśmiechnął się. Ten uśmiech był smutny.
- Mogę wiedzieć, co mu dolega? – w jego głosie zabrzmiała delikatność i szczera ciekawość.
To ta delikatność sprawiła, że nie miałam oporów przed podzieleniem się z nim tą informacją z mojego życia. Kochałam Adama najbardziej na świecie i nigdy nie mogłabym się go wstydzić, czy ukrywać go przed ludźmi.
- Ma dziecięce porażenie mózgowe – powiedziałam, ale szybko zdałam sobie sprawę, że ten termin zapewne nic mu nie powie, więc dodałam: – Ma przykurcze mięśni kończyn, zaburzeni równowagi. Potrzebuje też pomocy przy jedzeniu i wszelkich potrzebach fizjologicznych. Ale pomimo tego wszystkiego, to pogodny i szczęśliwy dzieciak.
- Jesteście podobni – Olek uśmiechnął się. – Ciekawe czy też jest taki pyskaty, jak jego siostra – przygryzł dolną wargę, powstrzymując śmiech.
- Nie wiem, o czym mówisz – udałam oburzenie, ale po chwili uśmiechnęłam się.
Nie potrafiłam się oprzeć jego pogodnej naturze i chociaż sama byłam z natury ponura i pełna złych myśli, przy nim stawałam się kimś zupełnie innym. Kimś, kto wsiada na tandemowy rower, spada z niego, a potem ponownie się na niego wdrapuje.
- Jak tam twój rumak? – zapytałam, szczerze zainteresowana. – Zdołałeś znaleźć jakiegoś frajera na przejażdżki tym cudakiem?
Właściwie sama chciałam się na nim jeszcze raz przejechać, ale za nic w świecie nie przyznałabym się do tego głośno.
- Jakiego tam znowu frajera? To zaszczyt – zmrużył na mnie oczy. – I nikt poza tobą go nie dostąpił.
Chciałam się jeszcze z nim poprzekomarzać, ale zerknęłam kątem oka na zegarek na wyświetlaczu telefonu. Właśnie dobiegał koniec mojej przerwy.
- Chyba na nas czas – westchnęłam i wstałam z krzesła.
Olek poszedł w moje ślady i zebrał nasze talerze. Nagle zastygł w miejscu, jakby sobie o czymś przypomniał.
- Masz jeszcze na coś miejsce?
Zastanowiłam się. Tak, miałam. Zawsze miałam na coś miejsce.
- To zależy – powiedziałam, nie chcąc być zbyt chętną.

- Zaczekaj – rzucił i wszedł do naszej wspólnej łazienki, a potem przeszedł do swojego pokoju i po minucie wrócił z paczką cukierków czekoladowych. 
Olek
- Jakie piękne zwierzęta – usłyszałem, gdy zamykałem drewniane ogrodzenie.
Pomogłem napoić konie i teraz ponownie zagnałem je na pastwisko. Właśnie wtedy pojawiła się Wioletta, tonąc obcasami w miękkim podłożu.
Odwróciłem się, wywracając dyskretnie oczami. Uśmiechnąłem się półgębkiem. Chociaż nie lubiłem dziewczyny starałem się być dla niej miły.
- Piękne – odpowiedziałem, ściągając robocze rękawice.
Wioletta odrzuciła do tyłu włosy gestem, który przypominał mi odganianie od siebie natrętnego owada.
- Tak się zastanawiałam – zaczęła. – Może miałbyś ochotę na piwo, albo coś. Mam na myśli jakąś knajpkę w mieście. Jutro mam wolny dzień i tak sobie pomyślałam… – zawiesiła głos, jakby chciała, abym pociągnął temat.
Nie pociągnąłem. Parzyłem na nią z udawanym zaciekawieniem. Właśnie w takich sytuacjach przydawał mi się wizerunek „blondyna”. Mogłem mieć ubaw z sytuacji takich jak ta.
Wioletta oblizała usta i przeniosła ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Wyglądała na niepewną i zdenerwowaną. Chyba nie przywykła zapraszać facetów na randki. Mógłbym ją wybawić od tej sytuacji, ale po prostu nie chciałem. Czekałem.
- Chcesz pójść ze mną na piwo? – wykrztusiła, a potem uśmiechnęła się zawadiacko. – Czekałam aż sam to zaproponujesz, ale skoro się ociągasz, to postanowiłam sama zadziałać – zaśmiała się nerwowo, a potem klepnęła mnie dłonią w pierś.
Westchnąłem ciężko, bo nagle poczułem się bardzo zmęczony.
- Dzięki, ale wiesz, mam tu w cholerę pracy. Nie mam ani jednego dnia wolnego – powiedziałem, odpychając się od barierki ogrodzenia.
Na twarzy Wioli pojawiło się rozczarowanie. Zrobiło mi się trochę głupio, bo zachowywałem się, jak nadęty dupek. Na swoją obronę miałem tylko to, że dawałem jej jasne sygnały, że nie jestem nią zainteresowany w ten sposób. Ani razu z nią nie flirtowałem i nie szukałem jej towarzystwa poza zleconymi przez Annę zadaniami.
- Sorry – dodałem już zupełnie innym tonem.
- Spoko – odpowiedziała niemrawo, a potem uśmiechnęła się blado, odwróciła na pięcie i odeszła dumnym krokiem.
Co za gnojowisko, pomyślałem. Może byłem debilem, że spławiałem te wszystkie kobiety, ale jakoś nie czułem tego. Nie miałem ochoty na romanse, które z góry były skazane na porażkę. Jednorazowe numerki w tej sytuacji wydawały mi się równie kłopotliwe.
Poza tym od ponad tygodnia w głowie miałem tylko jedną osobę i ku mojemu zaskoczeniu, nie była nią Sara. Wiadomość z przedwczoraj chyba na dobre zdjęła ze mnie klątwę nieodwzajemnionego zauroczenia.
Już nie myślałem o Sarze w „ten” sposób. W „ten” sposób zacząłem myśleć o rudzielcu. Wodziłem za nią oczami, gdy nie patrzyła. Robiłem to nawet, gdy patrzyła… Była dla mnie zagadką, którą chciałem za wszelką cenę rozwikłać. Przyciągała mnie do siebie, nie robiąc zupełnie nic.
Po prostu była, a ja chciałem być tam, gdzie ona.
*
Wieczorne spotkanie integracyjne rozpoczęło się o dwudziestej. Restaurację przy pensjonacie zamknięto dwie godziny wcześniej, niż zwykle. Dołączyłem do pozostałych pracowników dziesięć po ósmej i od razu zacząłem przeczesywać wzrokiem grupkę ludzi w poszukiwaniu Pauli. Wcześniej słyszałem, jak grandzi w łazience, a potem dotarł do mnie odgłos zamykanych drzwi, więc założyłem, że wyszła pierwsza, ale nie mogłem jej znaleźć.
Na stole stały przekąski i alkohol. Wziąłem sobie butelkę piwa i przystanąłem z Andrzejem i jedną z dziewczyn obok baru. Rozmawialiśmy o tym i o tamtym, nie bardzo wiedząc, czego się spodziewać po tej imprezie. Szefowie jeszcze się nie pojawili, za co byłem wdzięczny losowi.
Miałem plan. Chciałem pokręcić się chwilę, a potem wyciągnąć stąd Paulę. Na samą myśl, że miałbym zostać rzucony na pożarcie Anny, która zacznie insynuować, że coś nas łączy, dostawałem wysypki. Koniecznie musiałem znaleźć lisicę, żeby temu zawczasu zapobiec.
Wyszedłem na zewnątrz. Ganek, który witał przyjezdnych był imponujący. Piękne rzeźbione kolumny i winorośl pnąca się po ściankach robiły spore wrażenie. Dyskretne oświetlenie, chowające się w trawniku nadawały miejscu przytulny klimat.
Obszedłem ganek i zatrzymałem się nagle w miejscu. Przy bocznych schodach zauważyłem dwie postaci. Jedną z nich na pewno była Paula. Rozpoznałbym ją wszędzie. Druga postać sprawiła mi trochę problemu, ale po kilkunastu sekundach wiedziałem już, że towarzyszył jej Igor. Ta świadomość omal nie doprowadziła mnie do szału. Ten skurwiel nie przepuści żadnej nowej i ładnej pracownicy. Wykorzystuje ich naiwności i niewiedzę.
Teraz próbował z Paulą. Widziałem, jak na nią patrzył wtedy, w jej pokoju. Zainteresowała go od razu, ale nie sądziłem, że rzeczywiście zrobi w jej stronę jakiś ruch.
Dopiłem piwo i ruszyłem w ich kierunku, mając w dupie, co sobie kto pomyśli. Zatrzymałem sięjednak, gdy usłyszałem jej głos.
- Nie, dziękuję – powiedziała miło, ale zdecydowanie. – Nie mam czasu. Jestem zajęta – dodała.
Igor zaśmiał się obleśnym śmiechem.
- Pracujesz u moich rodziców. To da się załatwić. Przyjechałbym i zabrałbym cię do miasta na piwo, albo kolację – mówił dalej, modulując swój głos na wyższe poziomy obleśności.
- Nie przyjechałam tu po to, żeby chodzić na kolacje, czy piwo – Paula nie była już miła.
Wychodziła z niej prawdziwa lisica, która tak bardzo mnie fascynowała. Żałowałem tylko, że nie mogę jej teraz widzieć. Było zbyt ciemno, aby dostrzec ich twarze.
- Spokojnie – mówił zaskoczony Igor. – To była tylko propozycja.
- Dzięki, ale nie skorzystam. A teraz przepraszam, wejdę do środka, bo zrobiło się chłodno – powiedziała Paula i ruszyła w moim kierunku.
Gdy mnie spostrzegła, zwolniła kroku. Jej zaciśnięte mocno usta, otworzyły się nieznacznie. Naszła mnie straszna ochota, aby ją pocałować. Scałować z niej tę złość i pamięć o tym zasranym Casanovie.
- Hej – przywitałem się ze ściśniętym gardłem.
- Hej – odpowiedziała cicho.
- W porządku? – zapytałem, nie chcąc się zdradzać, że słyszałem jej rozmowę z Igorem, która, o ironio, wyglądała niemal identycznie, jak moja z Wiolą.
- Miałeś rację – przyznała z westchnieniem i odwracając się za siebie, dodała szeptem: – Ten cały Igor już próbował na mnie swoich sztuczek.
Serce zabiło mi mocniej. Sztuczek?
- Sztuczek? – zwerbalizowałem wściekłą myśl.
- Słodkich słówek i tego typu bzdur –machnęła ręką w powietrzu i odrzuciła swój płomienny warkocz na plecy.
- Gdyby ci się narzucał, daj mi tylko znać – zapewniłem. – Powiem mu, co o tym myślę.
Uśmiechnęła się pod nosem.
- Jaki rycerz z ciebie – zakpiła. – Zaczynam podejrzewać, że nie jesteś prawdziwy – dodała, ruszając w stronę ganku.
- Że jestem taki idealny?
- Nie. Że jesteś tak mało wiarygodny – uśmiechnęła się szelmowsko, odsłaniając wszystkie zęby.
- Wielkie dzięki – powiedziałem z kpiną.
Przez chwilę milczeliśmy, a ja przyglądałem się rudzielcowi, jak opatula się swoim niebieskim zmechaconym swetrem. Miała na sobie ciemne dżinsy, biały podkoszulek i jasne trampki. Jej wszystkie ubrania były skromne, ale nie zwracałem na to uwagi, ponieważ dziewczyna nie potrzebowała ozdób, ani wyszukanych dodatków. Była wyrazista. Nie wiem, jak można by przejść obok niej obojętnie i nie zachwycić się jej urodą.
- Obiecasz mi coś? – zapytałem, bezwiednie sięgając do jej warkocza.
Jego końcówką połaskotałem ją w policzek. Paula zachichotała i wyrwała mi warkocz z ręki, ale nie był to gest spłoszonego stworzenia, a raczej udawane zniecierpliwienie.
- Nie – odpowiedziała zdecydowanie.
- No proszę – zawyłem.
- Ale co mam ci obiecać? – zapytała podejrzliwie.
- Obiecaj, że nie odejdziesz ode mnie na krok podczas tej imprezy integracyjnej.
- Co? – pisnęła. – A to niby dlaczego?
Zaczesałem tę cholerną grzywkę, która spadała mi do oczu i rozejrzałem się dyskretnie dookoła.
- Palindrom na cztery litery – powiedziałem konspiracyjnie.
Paula zmarszczyła nos i popatrzyła na mnie, jak na wariata, ale po chwili rozjaśniła się i parsknęła śmiechem.
- Ciii, bo nas zdradzisz – szepnąłem tuż przy jej uchu.
Poczułem jej zapach, od którego zakręciło mi się w głowie. Pachniała, jak świeże truskawki. Zapragnąłem położyć dłoń na jej karku, a potem przejechać palcami po jej gładkiej szyi i przyciągnąć jej twarz bliżej, żebym mógł zaciągnąć się tym aromatem. Powstrzymałem się przed tym ostatkiem sił.
- Boisz się jej? – zapytała szeptem, nachylając się nieznacznie w moją stronę.
- Bardzo. I dlatego jesteś mi potrzebna – powiedziałem i ponownie sięgnąłem do jej warkocza, który przyciągał mnie jak jakiś cholerny magnes.
- Mam ci się rzucić na ratunek, jak zacznie cię molestować? – zapytała, a w jej głosie pojawiła się nowa nuta.
Chyba ze mną flirtowała. Uśmiechnąłem się podekscytowany, jakby zaproponowała mi co najmniej wspólną noc.
Tym razem nie wyrwała warkocza z moich rąk. Pozwalał mi się nim bawić, co przyspieszyło bicie mojego serca.
- Dokładnie tak – powiedziałem, nie znajdując bardziej błyskotliwej riposty.
Denerwowałem się przy niej, co było zupełną nowością. Nigdy nie stresowałem się kontaktami z kobietami, czy dziewczynami. Tym razem było zupełnie inaczej. Czułem się jak nastolatek, który po raz pierwszy wybrał się na randkę.
Paula chciała coś dodać, ale to, co miała powiedzieć zastygło na jej ustach, ponieważ na podjazd wjechało auto szefa. Spojrzeliśmy na siebie i bez słowa ruszyliśmy w stronę restauracji.

2 komentarze:

  1. Naaaaaareszcie !!! Widać, że nasza autorka kochana miała udane święta ;)))) p. Agatko, uściski i pozdrowienia !!
    ps. a do czytelniczek mam odezwę - musimy chyba bardziej molestować WIADOMOKOGO, bo do konca roku musi, po prostu musi pojawić sie jeszcze jeden rozdział !! ;)))))))) w innym wypadku jak nie z przejedzenia to dojdzie do masowych zgonów z powodu wyczekiwania ...

    a tak serio, pozdrawiam wszystkich
    emka

    OdpowiedzUsuń