piątek, 27 stycznia 2017

"Sezon na lisa" Rozdział 10



Olek
Obudził mnie budzik i wbrew pozorom, nie był to mój specjalny dzwonek w telefonie, tylko kawałek, który co rano podrywał do życia Paulę. Na początku bardzo mnie drażnił ten wyjec, ale każdego dnia coraz bardziej się do niego przekonywałem. Teraz sprawił, że pomimo dwóch i pół godzin snu, zwlokłem się z łóżka całkiem przytomny.
Po minucie odezwał się mój budzik, którego dźwięk przypominał piłę mechaniczną w tartaku. Tylko taki dźwięk był w stanie zerwać mnie z łóżka, gdy za długo zabalowałem dzień wcześniej albo gdy byłem permanentnie niedospany.
Dzisiaj spałem czujnie, dlatego wyjec zdołał się przedrzeć do mojego płytkiego snu bez najmniejszego problemu. Ochlapałem wodą twarz i uśmiechnąłem się, gdy usłyszałem jak zaspana Paula obija się o meble. Rannym ptaszkiem to ona nie była.

Wieczór z ptasim mleczkiem potoczył się dość specyficznie. Doprawdy, nie spodziewałem się, że będę musiał odpierać ataki dziewczyny, na punkcie której dostałem szajby. Na wspomnienie jej wygłodniałego wzroku i niecierpliwych dłoni dostawałem wzwodu. Boże, to było takie trudne. Mało brakowało, a machnąłbym ręką na wszystko i poddałbym się jej napastowaniu. Jednak było w tej chwili coś, co bardzo mi nie odpowiadało. Nie chciałem uprawiać seksu w oparach smutku i rodzinnych tragedii. I chociaż zdawałem sobie sprawę, że czasami ludzie właśnie tak leczą smutki i różnego rodzaju rozczarowania, ja nie chciałem, aby mój pierwszy raz z Paulą odbył się w takich właśnie okolicznościach.
Zasługiwała na coś lepszego. Ja także.
Wiedziałem jednak, że długo tak nie pociągnę, a widok napalonej Pauli odbierał mi rozum. To było nienaturalne, żeby odmawiać kobiecie tego, czego pragnęła.
- Tak się tłumacz, debilu. – szepnąłem sam do siebie, w pośpiechu wciągając spodnie.
Rozejrzałem się za portfelem, dokumentami i kluczykami od samochodu. Jak to dobrze, że nie odniosłem ich wczoraj do przechowania. Dzisiaj musiałbym je po prostu wykraść ze skrytki w biurze. Zrobiłbym to bez mrugnięcia okiem. Obiecałem lisicy i obietnicy zamierzałem dotrzymać. Dałbym teraz wszystko za swoje auto, które sprzedałem przed samym przyjazdem do pensjonatu. Nie chciałem, aby samochód niszczał na podjeździe, więc gdy napatoczył się pierwszy lepszy kupiec, opchnąłem go za dość dobrą cenę.
Byłem już gotowy, gdy zapukałem do Pauli. Dziewczyna otworzyła niemal natychmiast. Była blada, miała worki pod oczami, ale wyglądała na podekscytowaną.
- Gotowa?
- Jasne – odpowiedziała.
Zabrała skórzaną torbę (bo torebką nie dało się tego nazwać – była olbrzymia), sweter i butelkę wody mineralnej, a potem zamknęła pokój na klucz i stanęła na baczność.
- Jestem gotowa – zakomunikowała.
Jezu, była taka słodka. Jak ja z nią wytrzymam tyle godzin sam na sam, nie mogąc jej należycie wymacać.
- Za mną – rzuciłem, ruszając schodami w dół
Zachichotała i kolejny raz ucieszyłem się, że mam w sobie tyle pogardy dla zakazów i nakazów. Dzięki temu mogłem sprawić tej dziewczynie radość, a od pewnego czasu to były moje jedyne dzienne cele.
Na zewnątrz już świtało. Różowa poświata, zwiastująca wschód słońca, stała się pięknym tłem dla pastwiska i pola zielonej jeszcze pszenicy. Paula na chwilę przystanęła przy ogrodzeniu i podziwiała widowisko. Jej włosy w tym świetle przybrały niesamowity kolor. Wydawały się ciemniejsze, ale przenikające przez nie światło w niektórych miejscach barwiło je na kolor różowy. Mój różowy lis – przeszło mi przez myśl. Serce załomotało mi w piersi, a w ustach poczułem suchość. To była ta chwila, w której zrozumiałem, że to nie będzie tylko przelotna znajomość. To nie będzie tylko wakacyjny romans.
Potem wspominałem ten moment jednocześnie ze smutkiem i tęsknotą. Na zawsze została w mojej pamięci.
Kazałem Pauli otworzyć bramę wyjazdową, a sam ruszyłem do garażu, żeby wyprowadzić samochód. Gdy minąłem bramę wjazdową, Paula zamknęła metalowe drzwi. Podbiegła do samochodu, a ja postanowiłem się trochę zabawić. Ruszyłem znienacka, a potem zahamowałem gwałtownie. Paula zaskoczona, zmrużyła na mnie oczy, pokazała mi środkowy palec i z gracją ruszyła do drzwi od strony pasażera. Ostrożnie chwyciła za klamkę, nacisnęła ją, uważnie wpatrując się w moją twarz, a potem gwałtownie otworzyła drzwi.
Zaśmiałem się w głos.
- Wsiadaj. Już tak nie zrobię – zapewniłem.
- Dureń – skwitowała, a potem usiadła, zapięła pasy i pacnęła mnie w ramię.
- Dureń, ale i tak wiem, że mnie uwielbiasz – powiedziałem i ruszyłem z kopyta.
Wokół nas zawirował tuman kurzu.
- Idiota – jej twarz zapłonęła czerwienią.
Mógłbym ją jeszcze tak dręczyć długo. Mógłbym jej wypomnieć, jak mnie pocałowała i jak nie pozwalała mi wyrwać się z jej uścisku, ale nie zrobiłem tego. Na to przyjdzie jeszcze czas. Uśmiechnąłem się tylko pod nosem i dodałem gazu. Po kilkunastu minutach zjechaliśmy z piaszczystej drogi na asfaltówkę, która prowadziła do najbliższej wsi. Stamtąd musieliśmy wjechać na krajową. Prosta droga.
- Co do wczoraj – drgnąłem, słysząc głos Pauli.
Do tej pory siedziała cichutko jak myszka.
- Tak? – zapytałem, udając nonszalancję.
- Przepraszam – powiedziała, miętosząc swój czerwony sweter. – Nie wiem, co we mnie wstąpiło – dodała.
- Ja też nie wiem, ale mam nadzieję, że jeszcze raz w ciebie wstąpi i to szybko – odpowiedziałem zupełnie poważnie.
Paula zaśmiała się, odrzucając do tyłu głowę. Zerknąłem na nią pospiesznie, odrywając na chwilę wzrok od drogi. Uwielbiałem jej śmiech. Ten dźwięk rozchodził się po moich żyłach jak lekarstwo. Lekarstwo na każdy smutek.
Droga mijała nam na żartach i wygłupach. Im byliśmy bliżej celu podróży, tym Paula stawała się bardziej milcząca.
Zatrzymaliśmy się na chwilę na stacji benzynowej, aby kupić kawę. Musiałem też wysłać SMS-a do Andrzeja, żeby dać mu cynk o naszej wyprawie. Odpisał, że nie ma sprawy i że mamy czas, bo właścicieli chyba dziś nie będzie. Odetchnąłem z ulgą.
Wszedłem do sklepu i zastałem rudzielca, jak przygląda się jakiejś maskotce na stoisku przy kasie. Potem podeszła do stojaka z książkami i uśmiechnęła się na widok dziecięcej czytanki, na okładce której uśmiechała się…koparka.
- Dla Adama? – zapytałem, stając za jej plecami.
Przytaknęła skinieniem głowy, a potem zaczęła szperać w swojej małej portmonetce. Bardzo chciałem zapłacić za tę książeczkę. Chciałbym jej kupić wszystko, czego by tylko zapragnęła, ale wiedziałem również, czym jest duma. Nie mogłem pozbawić jej jednej z nielicznych rzeczy, których nie kupisz za pieniądze.
Uśmiechnąłem się do niej ciepło, a potem gdy stanęliśmy w kolejce od niechcenia chwyciłem jej kitkę i zacząłem się nią bawić. Niby przypadkiem musnąłem skórę na jej szyi, tuż za uchem. Dziewczyna drgnęła, ale nie odsunęła się. Wtuliła się w moją dłoń. Tego, co zawładnęło wtedy moim sercem, nie potrafiłem wyrazić słowami. Ciepło, drżenie, ból, ukojenie. Było w tym wszystko. Przełknąłem ciężko ślinę i oblizałem spierzchnięte usta.
Paula dotarła do kasy i moment prysł, ale ja nie mogłem dojść do siebie. Ten jej nieświadomy i łagodny ruch kota, spragnionego pieszczot, całkiem wybił mnie z rzeczywistości. Z głową w chmurach płaciłem za dwie kawy i kilka rogalików z czekoladą. Podążyłem za dziewczyną na zewnątrz. Paula od razu skierowała się w stronę auta, zaparkowanego w miejscu, które za wysokim krawężnikiem przechodziło w pole kukurydzy. Poranne powietrze było rześkie i pachnące trawą. Poczułem, że dopiero teraz się budzę.
Usiedliśmy na krawężniku. Wręczyłem dziewczynie kawę i otworzyłem papierową torebkę, aby mogła się poczęstować słodkimi rogalami. Usłyszałem jak w jej brzuchu zaburczało głośno. Paula roześmiała się, oblewając się tym swoim popisowym rumieńcem.
Odsunąłem się od niej, udając przestrach. Dziewczyna posłała mi rozbawione spojrzenie.
- Jedz, bo czegoś takiego nigdy wcześniej nie słyszałem. Boję się – zażartowałem, a ona niezwłocznie zatopiła zęby w kruchym croissancie.
- Głupek – wymamrotała niewyraźnie.
Zabrałem się za jedzenie, bo sam byłem głodny jak wilk. Chyba przy naszych apetytach będziemy potrzebowali jeszcze trzech takich torebek, pomyślałem, zerkając na rudzielca, który wysmarował się na policzku czekoladą. Nie zastanowiwszy się nad tym, co robię, sięgnąłem do jej twarzy i palcem wytarłem czekoladę, a potem wsunąłem go sobie do ust i oblizałem ze smakiem. Zrobiłem to zupełnie nieświadomie, po prostu nie potrafiłem się powstrzymać. Poza tym nie marnuje się w taki sposób czekolady.
Paula spojrzała na mnie spłoszona, a zaczerwienienie na jej policzkach zaczynało wędrówkę po jej twarzy. Zapragnąłem podążyć ustami za tym rumieńcem. Przez chwilę zastygliśmy w miejscu, wpatrując się w siebie jak zahipnotyzowani. Źrenice przykryły jej szare tęczówki. Dziewczyna otworzyła delikatnie usta, które w kącikach miały jeszcze ślad czekolady.
Serce omal nie wyskoczyło mi z piersi. To było silniejsze, niż moja wolna wola. Chwyciłem Paulę za kark i przyciągnąłem do moich ust. Smak jej warg zabarwiony mleczną czekoladą uderzył we mnie jak rozpędzony pociąg. Straciłem nad sobą kontrolę. Całowałem ją zachłannie i nieprzytomnie. Wsunąłem język do jej ust, a ona przyjęła go ochoczo, oddając każde muśnięcie. Całowaliśmy się jakby jutra miało nie być. Jakby świat miał się za chwilę skończyć, a my przestać istnieć. Nic się nie liczyło, prócz tej chwili na parkingu samotnej stacji. Pomiędzy tym, co przed nami i tym, co zostawiliśmy za sobą.

Paula
Nigdy w życiu nie czułam czegoś podobnego. Pocałunek, który zainicjował Olek, zmienił się w szaleńczy galop, który przyprawił mnie o palpitację serca. Nie mogłam oddychać, nie mogłam myśleć. Byłam tylko przedłużeniem ust, które próbowały wtopić się w Olka. On nie był mi dłużny. Nikt mnie nigdy tak nie całował…jakbym była całym jego światem. Czułam się pijana tym uczuciem. Pijana i szczęśliwa.
Dopiero głośny klakson przejeżdżającego obok nas auta pozwolił nam powrócić do rzeczywistości. Odsunęliśmy się od siebie zdyszani i całkowicie oszołomieni. Olek oblizał nabrzmiałe od pocałunków usta, a ja zapragnęłam ponownie się na niego rzucić. W oczach chłopaka było zagubienie, ale i pożądanie. Znalazłam w nim też ciepło i zachwyt. Pod jego spojrzeniem czułam się zawsze lepsza. Byłam wtedy piękniejsza i silniejsza.
- Jedziemy? – zapytałam, chcąc to wszystko przerwać, bo musiałabym go znowu molestować.
- Tak – powiedział zachrypniętym głosem Olek. – Tak – powtórzył jakby do siebie.
Wskoczyliśmy do auta i włączyliśmy się do ruchu. Słońce zaczynało przypiekać. Otworzyłam okno i wysunęłam się przez nie, chcąc poczuć na twarzy pęd powietrza. Uwielbiałam tak robić w dzieciństwie, chociaż dostawałam za to bury od rodziców. Oparłam głowę na ramionach i wyglądałam przez otwarte okno, rozkoszując się wiatrem we włosach i widokiem mknącego krajobrazu. Było mi dobrze.
Drgnęłam, gdy mnie dotknął. Olek zatopił palce w moich włosach, a potem zszedł dłonią na mój kark, jednocześnie kciukiem gładząc linię szczęki. Przełknęłam ciężko ślinę, zamykając oczy. Czułość tego gestu zaskoczyła mnie tak bardzo, że poczułam w oczach łzy, ale za nic w świecie nie chciałam ich przed nim ujawniać.
- Jesteś taka piękna – powiedział cicho.
Był poważny i skupiony.
Otworzyłam nagle oczy i popatrzyłam na niego z niedowierzaniem. Jego ręka ześlizgnęła się z mojej szyi. Zaśmiał się, widząc moje spłoszenie. Nie byłam piękna, dobrze o tym wiedziałam, ale gdy on to mówił prawie mu wierzyłam.
Nagle znowu spoważniał. Oblizał usta, a potem zapytał.
- Czy tam…ktoś na ciebie czeka?
Zmarszczyłam brwi, nie do końca rozumiejąc, o co mu chodzi.
- No przecież mówiłam, że mama i brat – odpowiedziałam, zwracając się do niego twarzą.
Oparłam się o drzwi i zaczęłam mu się bez skrępowania przyglądać. Był taki przystojny. Jego gęste blond włosy rozwiewał wiatr. Mięśnie pod zielonym T-shirtem poruszały się przy każdym najmniejszym ruchu. Był seksowny jak cholera, a najlepsze w tym było to, że nie zdawał sobie z tego sprawy. A może zdawał, ale udawał, że tak nie jest. To też było sztuką samą w sobie.
Uśmiechnął się pobłażliwie.
- Chodziło mi o faceta – popatrzył na mnie przelotnie, a potem znowu przeniósł wzrok na drogę – Czy nie czeka na ciebie jakiś koleś?
Widziałam, że aż się cały spiął czekając na moją odpowiedź.
- Oczywiście, że nie – obruszyłam się. – Za kogo ty mnie masz? Myślisz, że robiłabym z tobą, to…co robiłam, gdybym miała chłopaka? – prychnęłam, zakładając rękę na rękę.
Poczułam się autentycznie urażona.
- Nie wkurzaj się. Po prostu zapytałem – wzruszył ramionami, jak gdyby nigdy nic, a potem posłał mi uwodzicielski uśmiech – A więc nie czeka na ciebie w domu żaden facet?
- Nie – odburknęłam, całkowicie zapominając o intencji tego pytania.
To wszystko przez to, że się na niego zdenerwowałam. Po chwili przyszła jednak jasność umysłu. Dlaczego o to pytał? Chciał ode mnie czegoś więcej? Musiał przecież wiedzieć, że to niemożliwe. Mogłam dać mu tylko te wakacje. Nic więcej. Olek powinien zdawać sobie z tego sprawę.
- To dobrze – powiedział, wypuszczając głośno powietrze z płuc i chwytając mnie za rękę.
Odwzajemniłam dotyk, bo mieliśmy tylko te wakacje i zamierzałam wycisnąć z nich wszystko. Postanowiłam, że nie będę się powstrzymywać. Zbyt długo tak żyłam, ale na ten krótki czas chciałam być wolna. Chciałam czuć, że jestem dla kogoś ważna…chciałam, aby mnie ktoś pragnął. Nie, nie ktokolwiek. Olek. Chciałam, aby pragnął mnie Olek.
Spojrzeliśmy sobie w oczy. Każde takie spojrzenie jego niebieskich oczu przyspieszało bicie mojego serca i sprawiało, że robiło mi się gorąco. Za każdym cholernym razem. W tym upale i przy rzucanych przez niego spojrzeniach bez trudu mogłabym się zająć ogniem. Pocałunek na parkingu tylko wzmocnił te wszystkie doznania. Teraz nie mogłam myśleć o niczym innym, niż jego usta.
Cisza wokół nas gęstniała. Włączyłam radio, z którego popłynęły spokojne dźwięki idealnie wpasowujące się w naszą podróż (Biffy Clyro - Re-arrange).
Byliśmy już niedaleko mojej miejscowości. Za pół godziny powinniśmy dotrzeć na miejsce. Czułam coraz większy niepokój. Miałam nadzieję, że wczorajszy telefon mamy to tylko chwilowe załamanie i że dziś wszystko wróci do normy. Jeśli tak nie będzie, to nie wiem, co zrobię. Byłam rozdarta pomiędzy troską o Adama i chęcią trzymania go blisko, a powinnością, która, o ironio, także wynikała z troski. Zarabiałam po to, żeby mu kupić elektryczny wózek i zbudować podjazd do mieszkania. Potrzebowaliśmy też drogich leków, których nie refundowano. Było tyle rzeczy, których potrzebował, a których nie mogłam mu zapewnić. Bolało mnie przez to serce, ale nie mogłam nic na to poradzić.
Byłam taka szczęśliwa, gdy otrzymałam pracę w stadninie. Mogłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Mogłam zaliczyć zaległe praktyki, zdać końcowy egzamin we wrześniu i dzięki temu zapisać się na studia drugiego stopnia. Miałam tyle planów i nadziei, ale też obowiązków i problemów. Te drugie odbierały mi siły, ale nie poddawałam się. Musiałam iść do przodu, nieważne co się wydarzy.
- Myślisz, że mnie polubi? – zachrypnięty głos Olka wyrwał mnie z zamyślenia.
- Kto? – zapytałam nieprzytomnie.
- Twój brat – wyjaśnił. – Wiesz jak to jest z braćmi. Prawie nigdy nie lubią chłopaków swoich sióstr.
Omal się nie zakrztusiłam własną śliną, której nie zdołałam przełknąć.
- Słucham? – zapytałam.
W odpowiedzi tylko się do mnie wyszczerzył.
- Nie masz się co martwić, przecież nie jesteś moim chłopakiem – zaakcentowałam słowa „nie” i „moim”.
Naprawdę nie potrzebowałam nieporozumień w tej materii. Nie, żebym nie marzyła o takiej chwili, gdy przedstawię rodzinie kogoś, kto będzie dla mnie wyjątkowy, ale dla mnie i Olka nie ma przyszłości. I chociaż ta świadomość bolała, nic nie mogłam na to poradzić.
Olek i tym razem tego nie skomentował. I dobrze, nie chciałam przed wizytą w domu jeszcze bardziej się stresować.
Wjeżdżaliśmy właśnie do mojego miasta. Pojawiły się już pierwsze zabudowania o szaroburej kolorystyce. Lato przystrajało wszystko w zieleń i kolory kwiatów, wychylających się z przydomowych ogródków. Pozostałe pory roku nie były tak łaskawe dla miejscowości, w której spędziłam całe moje dotychczasowe życie. Jesień i bezśnieżna zima przydawała jej ponurych barw i uwydatniały brzydotę starych kamienic i postkomunistycznych sklepów. Wiosna ze swoimi drobnymi krokusami i żółtymi krzewami nie była w stanie przykryć brzydoty popękanych ulic i smutku ludzi, którzy już dawno stracili nadzieję na lepsze życie.
W takich miejscach czas się zatrzymuje.
Poinstruowałam Olka, aby zaparkował od strony podwórza kamienicy, która jako jedyna w zeszłym roku przeszła jako taki remont.
Było dokładnie wpół do siódmej, gdy wysiedliśmy z auta. Uchroniło nas to od osiedlowego monitoringu w postaci moich sąsiadek emerytek. Gdybyśmy zajechali tu dwie godziny później, na pewno zapuszczałyby żurawia poza okna, żeby się lepiej przyjrzeć, a potem mieć o czym gadać przez następny tydzień.
Westchnęłam zmęczona i wyciągnęłam się jak kot.
- Gotowy? – zapytałam Olka, który wyglądał na wyluzowanego i zaciekawionego.
Nie wiedziałam, co go tak zaintrygowało i nie zamierzałam pytać. Bałam się odpowiedzi.
- Jasne. Prowadź – zrobił gest ręką, puszczając mnie przodem.
Byłam zdenerwowana tym, jak zachowa się mama. Byłam stęskniona za Adasiem. Wszystko to kołatało się w moim wnętrzu, sprawiając mi autentyczny ból.
Weszliśmy do ciemnego przedsionka, a wtedy Olek chwycił mnie za rękę i przyciągnął do siebie blisko.
- Nie denerwuj się. Jestem z tobą – powiedział przy moim uchu i pocałował mnie soczyście.

Cały świat zawirował przed moimi oczami. Przywarłam do niego całym ciałem i oddałam pocałunek. Tymi słowami zdobył kolejny fragment mojego serca.

*zdjęcia:https://pl.pinterest.com/search/pins/q=Lindsay%20Hansen&rs=typed&term_meta%5B0%5D=Lindsay%7Ctyped&term_meta%5B1%5D=Hansen%7Ctyped
https://pl.pinterest.com/search/pins/q=wyatt%20nash&rs=typed&term_meta%5B0%5D=wyatt%7Ctyped&term_meta%5B1%5D=nash%7Ctyped

2 komentarze:

  1. brak komentarzy nie oznacza, że rozdział się nie podoba !!!!!!!!!!!!! mi bardzo
    a to moj ostatni "robak uszny" https://www.youtube.com/watch?v=MR4w1Z5Sedk więc MOZE natchnie nasz Agatę kochana do wrzucenia ciagu dalszego ...
    uściski
    emka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki :* a muzyka jak zwykle w sedno :D Kolejny rozdział się pisze :D

      Usuń