piątek, 6 stycznia 2017

"Sezon na lisa" Rozdział 7

*
Paula
Weszliśmy do restauracji. Na prośbę Olka nie odstępowałam go na krok, albo raczej to on nie odstępował mnie. Był tak blisko, że mogłam poczuć jego zapach, tak jak na ganku, gdy nachylił się nade mną, żeby dotknąć moich włosów. Moje serce jeszcze nie doszło do siebie po tym śmiałym geście. Byłam tym odurzona tak bardzo, że zupełnie zapomniałam o Igorze i jego wcześniejszym zaproszeniu na bliżej niesprecyzowaną randkę. Koleś pojawił się znikąd i od razu przeszedł do rzeczy. Uśmiechnął się obłędnie, zapytał o mój nos, a potem zapytał, czy nie wybrałabym się z nim do miasta na kolację.  
Facet był nieprzeciętnie przystojny i musiałabym być totalnie ślepa, żeby tego nie zauważyć. Musiałabym być też wykonana z kamienia, żeby jego zainteresowanie nie połechtało mojego ego. Nie byłam zbytnio rozchwytywana przez mężczyzn, a mój nastoletni zawód miłosny na dobre zniechęcił mnie do facetów.

Na nieszczęście Igora, wygląd nigdy nie był dla mnie najważniejszy. Nigdy nie stawiałam go ponad charakter człowieka, a z tego, co zdołałam zauważyć, koleś chciał się tylko mną zabawić, jak zapewne zrobił to z setką innych dziewcząt. Nie byłam idiotką. Słyszałam chichot i niewybredne żarty dziewczyn z restauracji i to pozwoliło mi wyrobić sobie o nim własne zdanie. Ostrzeżenie Olka także mi w tym pomogło.
Nie, Igor nie był dla mnie zagrożeniem. Zagrażał mi ktoś zupełnie inny…
Po oficjalnej przemowie pana Krzysztofa wróciliśmy do swobodnych pogawędek i podjadania. Słowa szefa nie zaskoczyły nikogo. Przywitał nowych pracowników i poinformował, że przed nami najbardziej gorący okres, ale jeśli wszystko pójdzie dobrze, zostanie nam to wynagrodzone. Standard.
Wypiłam tylko jedno piwo, ale już zakręciło mi się w głowie.
- Wszystko okej? – zapytał Olek, gdy zachwiałam się, robiąc gwałtowny ruch, kiedy próbowałam wyminąć kogoś w ciasnym przejściu.
- Tak. To tylko piwo. Mam słabą głowę, bo prawie w ogóle nie piję – powiedziałam trochę zawstydzona.
- W takim razie na dzisiaj koniec – oświadczył chłopak i wyciągnął z mojej ręki nieotwartą jeszcze butelkę piwa.
- A ty mój tatuś jesteś? – zapytałam z przekąsem, ale nie miałam mu tego za złe.
Olek uśmiechnął się pod nosem i powiedział cicho, abym tylko ja mogła to usłyszeć.
- Będę tym, kim zechcesz.
Otworzyłam szeroko usta, ale nie mogłam znaleźć odpowiedniej riposty. Odwróciłam wzrok, bo kolejny raz mnie zawstydził. Cholera. Był w tym dobry.
- Aleksandrze – wcześniej usłyszałam, niż zobaczyłam Annę.
Kompletnie straciłam czujność i nie zauważyłam jej wystarczająco wcześnie, żeby ostrzec chłopaka na czas. Ale to była jego wina. Po co mnie tak wybijał z rytmu.
Olek, zwrócony do kobiety plecami, zacisnął mocno powieki. Zrobiło mi się go autentycznie szkoda. Znajdował się w niezręcznej sytuacji. Nie mógł w dosadny sposób odrzucić awansów szefowej, nie narażając się tym samym na zwolnienie. Potrzebował tej pracy tak samo, jak ja.  
Chłopak odwrócił się do szefowej, jednocześnie robiąc krok w moją stronę.
- Mogę cię prosić na… – zaczęła, a ja w tej chwili zrobiłam coś, czego kompletnie nie przemyślałam.
Chwyciłam Olka za rękę i splotłam nasze palce. Nie patrząc na mnie, odwzajemnił ten gest, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. Zrobiło mi się gorąco, a krew w moich żyłach zaczęła krążyć szybciej.
Potem tłumaczyłam sobie, że zrobiłam to tylko dlatego, że chciałam mu pomóc, ale prawda była prostsza - chciałam to zrobić, a mój zdrowy rozsądek pod wpływem jednej butelki piwa ulotnił się, jak kamfora.
Anna natychmiast zauważyła ten gest i zamilkła, jakby coś utkwiło jej w gardle. Spojrzała na mnie w sposób, od którego zrobiło mi się zimno. Na twarzy kobiety pojawiła się nieskrywana nienawiść. W jednej chwili zrozumiałam, że popełniłam duży błąd.
- Tak? – ponaglił ją z uśmiechem Olek.
- Nie, nic. Potem pogadamy – rzuciła, niedbale machając ręką. – Bawcie się dobrze – uśmiechnęła się nieszczerze i ruszyła do wyjścia, kręcąc zażarcie tyłkiem.
Próbowałam rozpleść nasze palce, ale Olek nie pozwolił na to. Rzucił mi dziwne spojrzenie, a potem pociągnął za sobą do wyjścia. Jego ciepła dłoń parzyła mi skórę. Podążając za nim, czułam się jednocześnie lekko i ociężale.
Wyszliśmy na zewnątrz, gdzie owionął mnie rześki wietrzyk. Noc jeszcze nie zapadła. Długi czerwcowy dzień nie chciał jeszcze ustąpić nocy.
- Dokąd mnie prowadzisz? – zapytałam, gdy znaleźliśmy się na drodze, prowadzącej do stajni.
- Coś ci pokażę – odwrócił się do mnie i uśmiechnął.
- Chyba zrobiliśmy głupotę – powiedziałam i wyszarpnęłam rękę.
Ponownie dopadły mnie wątpliwości, co do mojego nieprzemyślanego zachowania. Martwiłam się konsekwencjami, jakie mogą na nas spaść, gdyby szefowa chciała mnie ukarać za to, że „ukradłam” jej chłopaka.
Olek zatrzymał się gwałtownie i zapytał:
- O czym mówisz?
Przełknęłam ciężko ślinę i owinęłam się szczelnie swetrem.
- Tamto – wskazałam ruchem głowy restaurację.
- Masz na myśli to? – sięgnął po moją rękę i bardzo delikatnie ją uścisnął.
Serce znowu zareagowało na jego dotyk, a gdy kciukiem pogładził wnętrze mojej dłoni, rozszalało się na dobre. Staliśmy w półmroku, nad nami wisiało jasnogranatowe niebo, a na nim miliony gwiazd i odcinający się na jego tle sierp księżyca.
Bardzo romantyczna sceneria, jakby ktoś chciał mnie zapytać.
- Mam na myśli Annę – odrzekłam, rozkoszując się tymi okolicznościami przyrody i jego dotykiem.
Od czasów Bartka nie dopuściłam do siebie żadnego chłopaka. Z żadnym nie poczułam więzi, ani nie zaznałam jakiejkolwiek bliskości. Z żadnym nie chciałam tego zaznać. Teraz działo się coś, za czym tęskniłam, nie zdając sobie z tego sprawy.
- Nie martw się nią – powiedział, robiąc krok w moją stronę. – Biorę ją na siebie – dodał, a ja zaśmiałam się w głos.
- No i tu zachodzi pewna sprzeczność, bo gdybyś ją na siebie wziął – zrobiłam cudzysłów palcami przy ostatnich wyrazach – nie byłoby zmartwienia.
Olek parsknął i pokręcił głową.
- Ale z ciebie świntuch – powiedział z uśmiechem, a potem chwycił za mój warkocz i pociągnął za niego delikatnie. – Ale po takim rudzielcu można się wszystkiego spodziewać – dodał cicho.
- Już prędzej po takim blondynie – rzuciłam i odsunęłam się od niego na kilka kroków.
W jego towarzystwie targało mną milion sprzecznych uczuć. Chciałam, aby mnie dotykał i nie chciałam tego. Pragnęłam czuć jego zapach i jednocześnie chciałam od niego jak najdalej uciec. Każdą sekundę chciałam poświęcić na rozmowę z nim, ale bałam się tego, co mogłabym mu o sobie powiedzieć i tego, jak Olek by na to zareagował.
- Co masz do blondynów? – zapytał, udając oburzenie.
- Nie więcej, niż ty masz do rudych – odparowałam i ruszyłam powolnym krokiem w stronę stajni.
- Uwielbiam rude – kilkoma susami zrównał się ze mną. – Myślę, że zajebiście byś się spisała, jako maskotka pensjonatu – dodał wesoło.
Aż się zatrzymałam z oburzenia. Potem zamierzyłam się i walnęłam go mocno pięścią w ramię.
- Słucham? – zapytałam z niedowierzaniem, ale prawda była taka, że mnie ten głupek rozśmieszył.
- Załatwię ci lisią kitę i uszy. Będziesz w takim stroju witać gości, a potem… – nie dokończył, bo kopnęłam go w tyłek, a potem uciekłam.
Nie obejrzałam się za siebie, ale byłam pewna, że Olek rzucił się za mną w pogoń, chyba, że jeszcze nie doszedł do siebie po tym kopniaku. Zaśmiałam się w głos, a potem krzyknęłam w niebo, gdy silne ramiona chwyciły mnie w pasie i podniosły do góry.
- Nie wierzę, że mnie kopnęłaś, ty podstępny lisie – przerzucił mnie przez ramię, a ja krzyczałam i wierzgałam, chcąc się wyswobodzić.
- Puść mnie – zawyłam i sięgnęłam rękoma do jego tyłka, a potem wymierzyłam mu mocnego klapsa.
- Czy ty właśnie wymacałaś mnie po dupie? – zapytał ze śmiechem i niedowierzaniem.
- Chciałbyś! – krzyknęłam i gdy poczułam jego dłonie na moich udach, gdzie mnie przytrzymywał, znowu zawrzała we mnie krew. – Postaw mnie na ziemi! – wydałam mu polecenie.
- Przeproś – wzmocnił uścisk.
- Nie – zaśmiałam się.
Olek wciąż był w ruchu, a ja przewieszona przez jego ramię podskakiwałam, jak szmaciana lalka.
- Przeproś – próbował zabrzmieć groźnie, ale jedynie, co tym zdziałał to wybuch mojego kolejnego ataku śmiechu.
Nagle Olek zatrzymał się i rzucił mnie na stertę siana, usypaną pod ścianą stajni. Uderzyłam w coś głową i chwyciłam się za nią, gdy poczułam tępy ból.
- Chryste. Nic ci nie jest? – Olek natychmiast znalazł się przy mnie i wyciągnął ręce, żeby pomóc mi się podnieść.
- Chyba nie – powiedziałam niemrawie. – Zobacz, czy się nie rozcięła – powiedziałam, jakby nigdy nic i nachyliłam się, żeby zerknął na moją głowę.
Tylko tego by brakowało żebym znowu zbroczyła się krwią.
- Kurwa. Przepraszam. To było debilne z mojej strony. Mogły tam być widły, albo grabie – nawijał przerażonym głosem.
- Zajebiście – mruknęłam, ale nie słuchałam tego co mówi, ponieważ był zbyt blisko mnie.
Dotykał moich włosów zdecydowanie, ale delikatnie. Jego zapach zmieszał się z zapachem suszonego na słońcu siana i totalnie mną zawładnął. Nagle zrobiło mi się gorąco. Bardzo gorąco.
Olek mruczał coś pod nosem o tym, jakim to jest bęcwałem, a ja podniosłam rękę i odgarnęłam mu z czoła kosmyk włosów. Zrobiłam to zupełnie nieświadomie, jakby to było coś normalnego. Jakbym robiła tak codziennie. Musnęłam palcami jego gładko ogolony policzek. Chłopak zamarł z ręką na mojej głowie.
Dopiero wtedy się ocknęłam.

Olek
Gdy poczułem jej dłoń na swoim policzku, zamarłem. Nie dlatego, że nie chciałem tego, ale dlatego, że kompletnie się tego nie spodziewałem. Drugi raz tego wieczoru mnie zaskoczyła. To jak chwyciła mnie za rękę na oczach Anny kompletnie mnie skołowało.
Zapomniałem o kobiecie i jej podchodach, skupiłem się tylko na ciepłej i delikatnej dłoni Pauli. Serce omal nie wyskoczyło mi wtedy z gardła, tak mocno na to zareagowało. To było takie dziwne i nienaturalne. Nigdy wcześniej nie reagowałem tak na kontakt fizyczny z żadną inną dziewczyną, a było ich trochę w mojej kartotece.
Teraz działo się to samo. Czułem szum w uszach, a w ustach suchość. Zsunąłem dłoń z jej głowy i zatrzymałem ją na twarzy Pauli. Jej skóra była w dotyku jak jedwab – delikatna i gładka.
Patrzyliśmy na siebie jak w transie. Miałem wrażenie, że wszystko zatrzymało się w miejscu. Chyba na kilka sekund przestałem nawet oddychać.
Nagle z oddali dotarł do nas dźwięk przyciszonej rozmowy oraz odgłos chrzęszczącego pod butami żwiru.
Paula chciała coś powiedzieć, ale zakryłem jej usta dłonią. Chwyciłem ją za rękę i pociągnąłem za sobą do stajni. Przystanęliśmy po drugiej stronie drzwi. Nie chciałem, aby ktoś nas zobaczył i przerwał tę naszą pierwszą od dłuższego czasu chwilę sam na sam.
Głosy były coraz bliżej. Paula popatrzyła na mnie, zadzierając wysoko głowę, ale w tych ciemnościach, nie mogłem dostrzec wyrazu jej twarzy. Nachyliłem się nad nią i szepnąłem jej do ucha:
- Chodźmy do biura.
Nie wypuszczałem jej dłoni, gdy przechodziliśmy obok boksów, z których docierały do nas rżenie i prychanie koni. Paula chciała się przy nich zatrzymać, ale nie pozwoliłem jej, ponieważ kroki i głośne oddechy były tuż za nami.
Zamknąłem nas w biurze i przytknąłem palec do ust, aby nakazać jej milczenie. Ponownie znaleźliśmy się tak blisko siebie, że mogłem poczuć jak unosi się jej klatka piersiowa, a serce dziewczyny uderza milion razy na sekundę. Dla mnie jednak byliśmy wciąż od siebie za daleko. Pragnąłem jej, a na wspomnienie nagiego ciała Pauli, dostawałem wzwodu.
Musiałem wziąć się w garść w przeciwnym razie dziewczyna weźmie mnie za jakiegoś zboka.
Kroki ucichły. Przy drzwiach, za którymi się ukryliśmy zadudniło. Ktoś uderzył w nie, a po chwili usłyszeliśmy jednoznaczny dowód na to, że ktoś po przeciwległej stronie ściany uprawia seks.
Paula odsunęła się ode mnie, a potem parsknęła, tłumiąc ten dźwięk dłonią.
Zza drzwi dobiegało „tak”, „mocniej”, szybciej” i tego typu ponaglenia. Nie miałem wątpliwości, do kogo należał ten głos.
Paula zrobiła krok w moją stronę, a potem powiedziała cicho:
- To mogłeś być ty.
Nie wiedziałem, czy robiła sobie jaja, czy mnie prowokowała. Nie spodobała mi się ta uwaga i żeby jej za nią odpłacić postanowiłem ją znowu zawstydzić.
- Mógłbym być ja, ale pod warunkiem, że te sprośne komendy wydawałby mi ktoś inny – powiedziałem, nachylając się nad nią.
Nie mogłem tego zobaczyć, ale miałem prawie stuprocentową pewność, że na twarzy rudzielca wykwitł największy i najpiękniejszy rumieniec na świecie.
Za ścianą odgrywała się prawdziwa orgia, a mi zaczynało odwalać. Wyobraziłem sobie mnie i Paulę w sytuacji, która działa się zaledwie kilka kroków dalej. Teraz docierały do nas głośne pojękiwania i stękanie. Zaczynałem czuć się niezręcznie, nie ze względu na siebie, ale ze względu na dziewczynę. Nie miałem pewności, ale podejrzewałem, że nie była zbyt doświadczona, jeśli chodziło o seks. Świadczyły o tym te miliony rumieńców, które pojawiały się na jej policzkach przy każdej, nawet bardzo zawoalowanej seksualnej sugestii.
Jej pozorna bezczelność i prowokacje to były tylko pokazówki, które miały zamaskować jej niedoświadczenie. Może dlatego mnie tak do niej ciągnęło? Może chciałem posmakować jej niewinności? To nie tłumaczyło jednak tego, dlatego czułem przy niej takie zdenerwowanie i dlaczego chciałem dowiedzieć się o niej wszystkiego.
- Zatkaj uszy – wyszeptałem, zaciągając ją w przeciwległy kąt pomieszczenia.
- Nie bój się. Ne jestem taka…delikatna – w jej głosie oprócz udawanej pewności siebie rozpoznałem też wyzwanie i właśnie to popchnęło mnie dalej.
- Nie? – zapytałem, nachylając się nad nią.
Ustami prawie dotykałem jej ucha. Było ciemno, widziałem tylko kształty i kontury, ale mimo to, wdychając jej zapach zamknąłem oczy. Musnąłem wargami skroń dziewczyny. Poczułem jej puls, który gnał jak szalony i prawie zrównał się z rytmem mojego serca.
Zapomniałem o tym, co dzieje się za drzwiami. Byłem świadom tylko obecności Pauli. Jej ciepła, szybkiego oddechu i obezwładniającego zapachu. Żałowałem, że nie mogłem na nią patrzeć. Ustami zszedłem na jej chłodny policzek, a potem delikatnie pocałowałem kącik ust. Dziewczyna nie poruszyła się. Nie odskoczyła, przestraszona.
Poczułem jej dłoń na policzku i wtedy przestałem się już kontrolować. Ująłem twarz dziewczyny w obie dłonie i przywarłem do jej ust, jakby to była moja ostatnia deska ratunku. Paula oddała pocałunek z taką zachłannością, że zakręciło mi się w głowie.  Naparłem na nią z taką gwałtownością, aż Paula musiała oprzeć się rękoma o blat stołu. Podniosłem ją i usadziłem na nim, nie zważając na to, co się dzieje dookoła. Była tylko ona i smak jej gorących ust.
Dłonie dziewczyny wędrowały niecierpliwie po mojej twarzy, włosach, szyi, jakby nie mogły się zdecydować, gdzie im najlepiej. Byłem podgrzany do granic możliwości. Przywarłem do Pauli biodrami, a ona objęła mnie w pasie nogami. Działo się coś, czego żadne z nas nie planowało, ale oboje na to czekaliśmy. Czułem to.
Nagle, z kieszeni moich spodni dobył się głośny dźwięk utworu „Przez jej oczy zielone” Akcentu. Odsunąłem się niechętnie od ust rudzielca i sięgnąłem do kieszeni.
- Skurwiel – syknąłem poirytowany do granic możliwości.
Paula zachichotała w ciemnościach.
- Co? – huknąłem do słuchawki.
- O! Czyżbym dzwonił nie w porę – zaszczebiotał Marcin. – Dalej masz, debilu, ustawionego Zenka na mój dzwonek? – zapytał.
- Do rzeczy – ponagliłem, bo zaczynałem się naprawdę wkurwiać.
Byłem cały czas w chmurach, jak zadurzony gimnazjalista. Jedną rękę wciąż trzymałem na biodrze Pauli i nie potrafiłem myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, że mam ją tak blisko.
- Dobra, widzę, żeś nie w humorze. Dzwonię, żeby ci dać znać, że dołączymy do Sary i Pawła jak będą jechać do tego twojego wygwizdowa – zakomunikował.
Ta informacja połowicznie przywróciła mnie do rzeczywistości.
- Serio? – szczerze się ucieszyłem.
- Serio. Zarezerwowaliśmy już nawet pokoje, ale w mieście. Tam u ciebie to jakiś jebany koniec świata – powiedział z niesmakiem.
- Panicz się, kurwa, znalazł – rzuciłem ze śmiechem. – Dobra, musze kończyć. Odezwę się jutro. Na razie cwelu - rozłączyłem się i schowałem telefon do kieszeni.
- Sorry – zwróciłem się do Pauli, która siedziała na stole i opierała się rękoma o blat.
- Fajny dzwonek – powiedziała rozbawiona.
Mówiliśmy już normalnymi głosami, ponieważ za drzwiami zapadła cisza. Anna oraz jej ofiara skończyli już swoje dzikie harce i musieli wybyć ze stajni.
- Taki żart. Kumpel najebał się kiedyś w barze karaoke. Wykonał wtedy popisowy numer tego przeboju – powiedziałem i roześmiałem się na wspomnienie Marcina i jego śpiewu w pijackim widzie. – Chcesz zobaczyć?
Paula aż się żachnęła.
- Pokazuj – szarpnęła mnie za rękaw.
Znowu sięgnąłem po telefon i odtworzyłem filmik, na którym Marcin zrobił z siebie jełopa wszechczasów. Skopiowałem go chyba z milion razy i powysyłałem na wszystkie maile i zapisałem na wszystkich możliwych nośnikach pamięci. Nigdy nie pozwolę mu o tym zapomnieć. Nigdy.
Lisica pokładała się na stole ze śmiechu. Gdy pojawił się mój ulubiony fragment – Marcin dokładający do wokalu wyszukany układ choreograficzny – zarechotałem na całe gardło.

Obserwowałem oświetloną blaskiem wyświetlacza twarz rudzielca i zrozumiałem, że nie ważne, co razem robiliśmy…uwielbiałem spędzać z nią czas. 

*zdjęcia pochodzą z 

5 komentarzy: