poniedziałek, 16 stycznia 2017

"Sezon na lisa" Rozdział 8


Paula
Tej nocy nie mogłam zasnąć. Nie działała wewnętrzna perswazja, ani świadomość, że rano muszę wcześnie wstać. Nic nie działo. Przewracałam się z boku na bok, czując fale gorąca przetaczające się przez moje ciało. Gdy zamykałam oczy, byłam wciąż w stajni i całowałam się z Olkiem. Tego co wtedy czułam, nie potrafiłam opisać słowami. Jakbym znalazła się w innym świecie, w którym nie było zamartwiania się o każdy kolejny dzień. Nie było skrobania każdej złotówki, żeby zapewnić Adasiowi najlepszą opiekę. Nie było strachu, że któregoś dnia ktoś mi go odbierze.
Byłam tylko ja i moje własne pragnienia. Na chwilę stałam się zwykłą dziewczyną, która nie ma na barkach olbrzymiej odpowiedzialności.

Pożegnaliśmy się z Olkiem niedługo po tym jak obśmieliśmy jego kumpla. Bardzo mnie rozśmieszyło to pijackie karaoke.
Widziałam, że Olek nie chciał się jeszcze rozstawać, ale musiałam zamknąć się na cztery spusty w pokoju, ponieważ nie mogłam, pozwolić, aby nasza znajomość przerodziła się w romans.
Nie potrzebowałam perturbacji sercowych, po których musiałabym długo do siebie dochodzić. Taka już byłam. Angażowałam się zbyt szybko. Nie chciałam zostać zraniona, a jeśli w porę tego nie przerwę, właśnie to otrzymam w prezencie na zakończenie lata. Mężczyźni łatwiej zapominali i potrafili wszystko zostawić w sferze fizycznej. Ja tak nie potrafiłam.
Olek miał w sobie mnóstwo cech, którymi krok po kroku zdobywał moje serce. I jeszcze ten pocałunek…nałożyłam na głowę poduszkę i zawyłam z frustracji. Cały czas czułam jego gorące i miękkie usta…i ten język. Odrzuciłam od siebie kołdrę, wstałam z łóżka i podeszłam do okna. Otworzyłam je na oścież z nadzieją, że chłód nocy ostudzi moje rozbudzone hormony.
W tym samym momencie usłyszałam szuranie w łazience. Najwyraźniej Olek też nie mógł zasnąć. Wyobraziłam sobie, że i na nim ten pocałunek wywarł podobne wrażenie. Niestety, fakt posiadania wspólnej łazienki wcale nie był już taki fajny. Wystarczył jeden mały krok, a…moglibyśmy wrócić do tamtej chwili. Wystarczył jeden gest i skończylibyśmy w łóżku, wiedziałam o tym. Może byłam niedoświadczona, ale nie głupia.
 Chociaż ta wizja wydawała mi się bardzo kusząca, nie mogłam do tego dopuścić. Dla Olka byłby to kolejny raz, a dla mnie pierwszy. Nie chciałam tego robić z kimś przypadkowym nawet jeśli bardzo go lubię. Zresztą wiedziałam jak reagowali mężczyźni na słowo „dziewica” i to w szczególności w takim zaawansowanym wieku. Myślą, że z taką dziewczyną jest coś nie tak.
Kto wie? Może rzeczywiście jest coś ze mną nie tak, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Jestem tym, kim jestem i nie zamierzałam się dla nikogo zmieniać.
Olek przestał hałasować w łazience, ale chyba nie wyszedł z niej, ponieważ wciąż paliło się światło. Przez chwilę miałam wrażenie, że tak jak ja czeka i zastanawia się, co by było, gdybym teraz otworzyła drzwi do swojego pokoju.
Po minucie światło zgasło i usłyszałam skrzypnięcie zamykanych cicho drzwi. Westchnęłam ciężko i wróciłam do łóżka. Zamknęłam oczy i wyrzuciłam z głowy wszelkie rozważania i gdybania. Wiedziałam, że nie mogę dopuścić do zbliżenia z Olkiem i nie chodziło tylko o seks. Nie mogłam pozwolić mu na wdarcie się do mojego serca.
Sen przyszedł niespodziewanie i zabrał ode mnie wszelkie smutki i rozterki.
*
Budzik, wygrywający od kilku lat jedną piosenkę – Brave Josha Grobana – zadzwonił punkt siódma. Ten kawałek podrywał mnie do życia jak żaden inny. Śpiewałam sobie i pomykałam jeszcze w piżamie, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Najpierw zastygłam w miejscu, ale szybko narzuciłam na siebie zapinany sweter, który przewiesiłam wczoraj wieczorem przez oparcie krzesła. Podeszłam do drzwi i ostrożnie je otworzyłam.
Stał za nim powód mojej nocnej bezsenności. Na jego widok serce omal nie wyskoczyło mi przez gardło. Miał na sobie sprane dżinsy i zielony T-shirt z równie wytartym napisem. Wilgotne włosy zaczesał do tyłu. Na ustach miał jeden z tych swoich zawadiackich uśmiechów, którymi raczył mnie na dzień dobry. Wiedząc już, jak smakuje ten uśmiech nie potrafiłam skupić się na niczym innym, jak tylko na jego ustach.
- Założę się, że tańczyłaś – powiedział i wyciągnął w moją stronę kubek z parującym napojem.
- Co? – stęknęłam nieprzytomnie i bezwiednie sięgnęłam po kubek.
- Słyszałem jak śpiewasz i dam stówkę, że też przy tym tańczyłaś – mówił, z trudem powstrzymując wesołość.
- Spadaj – odburknęłam, ale uśmiechnęłam się pod nosem. – Czemu zawdzięczam to drażnienie mnie już od samego rana?
Olek nie odpowiadał, ale wpatrywał się we mnie intensywnie kilka sekund. Wreszcie odrzucił z czoła grzywkę i wzruszając ramionami powiedział:
- Po prostu chciałem cię zobaczyć.
Oblały mnie gorące poty. Wzięłam łyk gorącej kawy i spuściłam oczy. Boże, zachowywałam się jak nastolatka, ale co mogłam poradzić na to, że wszystko, co ten chłopak robił lub mówił wewnętrznie mnie rozstrajało.
- Aha – wydukałam jakbym nagle straciła mowę. – Dzięki za kawę – podniosłam do góry kubek. – Jest taka, jak lubię.
- Wiem – powiedział z szerokim uśmiechem.
Nagle jego twarz przybrała poważny wyraz. Przygryzł wnętrze policzka i popatrzył na mnie, głęboko nad czymś dumając. Staliśmy w milczeniu dobrą minutę. W końcu Olek zdecydował się odezwać.
- Co do wczoraj – zaczął i posłał mi spłoszone spojrzenie.
Dla odmiany to on spłonił się rumieńcem, co bardzo mi się spodobało. Wyglądał uroczo.
- Tak? – zapytałam niewinnym głosem.
Chociaż umierałam z ciekawości, chciałam mu się odwdzięczyć za te wszystkie sytuacje i słowa, którymi wpędzał mnie w zakłopotanie. Olek od razu zrozumiał moje intencje i uśmiechnął się.
- Wredny lis – powiedział.
- Nie wiem o… – zaczęłam ale nie dane mi było dokończyć błyskotliwej riposty, ponieważ Olek nachylił się nade mną i ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu, pocałował mnie delikatnie w usta.
Zanim zdołałam dojść do siebie, chłopak znikał już na schodach. Znowu mu się udało – pomyślałam rozanielona – znowu mnie zaskoczył.
Delikatny dotyk jego ust czułam jeszcze długo. Towarzyszył mi w porannej pracy w kuchni, podczas przerwy na obiad i przy ważnej dla mnie chwili, gdy do stadniny zawitał mój pierwszy pacjent. Był ze mną wszędzie.
Byłam gotowa i pełna profesjonalizmu, gdy kroczyłam dziarskim krokiem na wybieg, aby rozpocząć pierwszy dzień praktyk. Z daleka dostrzegłam mężczyznę i kobietę, którzy żywo rozmawiali z Wiolettą. Nieopodal stał mały chłopiec o jasnych włosach i bladej cerze. Wyglądał na zafascynowanego widokiem rozbrykanej Raisy – młodej klaczy, która właśnie podbiegła do ogrodzenia i próbowała wcisnąć nos pomiędzy drewniane szczeble. Chłopiec odskoczył gwałtownie do tyłu i omal się nie potknął. W ostatniej chwili chwycił się krótkimi rączkami belki i to uchroniło go od wylądowania zadkiem na ziemi.
Na jego twarzy nie było strachu tym nagłym zachowaniem zwierzęcia. Był rozbawiony. Nie bał się, a to wróżyło bardzo dobrze naszej przyszłej współpracy.  Od razu rozpoznałam w nim mojego pacjenta. Zespół Downa w przeciwieństwie do innych zaburzeń rozwoju, stygmatyzował. Większość ludzi bała się takich dzieci, ale wynikało to nie ze strachu przed chorobą, a bardziej ze strachu przed własną niewiedzą, dotyczącą tego, jak powinno się z takim dzieckiem rozmawiać, czy bawić.
Mało osób wie, że dzieci dotknięte tym syndromem są bardzo towarzyskie, spragnione czułości i uwagi. Lubią się uczyć, chociaż nabywanie nowych umiejętności przychodzi im z trudem. Najbardziej na świecie pragną być kochane i zauważane.  
Najdłuższym i najbardziej pracochłonnym zajęciem w pracy z dzieckiem i zwierzęciem było ich wzajemne oswajanie się ze sobą. Gdy dziecko nie było lękliwe i tak jak ten mały chłopiec było zaaferowane kontaktem z koniem terapia przynosiła zamierzone efekty o wiele szybciej.
Przywitałam się z rodzicami chłopca, a potem z samym zainteresowanym. Pawełek zawstydził się, ale wyciągnął do mnie swoją pulchną rączkę. Pogawędziłam z nim trochę, a potem poświęciłam chwilę na rozmowę z rodzicami. Zrobiłam potrzebny mi wywiad jego przypadku. Dzisiaj nie było mowy o wskakiwaniu na grzbiet zwierzęcia. Dziś chciałam zachęcić chłopca (chociaż w przypadku Pawła nie było to w ogóle potrzebne) do kontaktu z koniem i oswojenie go z jego reakcjami.
Pod czujnym okiem Wioli i rodziców dziecka rozpoczęłam pierwszy krok do realizacji swoich planów.

Olek
Bezsenna noc dawała mi się we znaki. Byłem niewyspany i skołowany wczorajszym pocałunkiem z Paulą. Nie potrafiłem przestać o niej myśleć, dlatego moje pierwsze poranne kroki skierowałem do jej pokoju. Wystarczyłoby tylko jedno jej słowo, albo czytelny gest, a najpewniej dzisiaj obudzilibyśmy się obok siebie. Chciałem z nią spędzić noc tak bardzo, jak jeszcze nigdy z żadną dziewczyną.
Jak jakiś wyposzczony desperat.
W nocy, gdy musiałem skorzystać z łazienki, usłyszałem jak cicho porusza się po swoim pokoju i zapragnąłem do niej zapukać. Widziałem, że i ona tego chciała, ale nie dała mi jednoznacznego sygnału, dlatego nie zrobiłem tego. Nie chciałem jej wystraszyć.
Rano usłyszałem alarm jej budzika. Jak co dzień budziła się przy akompaniamencie tej samej piosenki, przy której, daję głowę, na pewno tańczyła. Chęć zobaczenia jej wygnała mnie wcześnie z łóżka. Musiałem wymyślić jakiś zgrabny pretekst, żeby do niej zastukać.  
Zaspana Paula to był dopiero widok. Śliczna, potargana i zupełnie nieogarnięta. Ten obrazek kompletnie mnie zauroczył, dlatego zrobiłem to, co zrobiłem. Pocałowałem ją bez ostrzeżenia i…zwiałem. Zostawiłem ją kompletnie zaskoczoną. Pocałowałem ją, ponieważ nie potrafiłem się już powstrzymywać…smak i miękkość jej ust miałem w pamięci tak wyraźne, jak teraz świadomość chłodnej trawy pod moimi bosymi stopami.
Podwinąłem nogawki i przysiadłem na kupce siana, usypanej na łące, rozkoszując się chwilą samotności. Byłem schowany dla oczu pracowników i wczasowiczów. Chciałem chwilę pomyśleć i zastanowić się nad kolejnymi krokami. Nie mogłem Pauli wystraszyć, ani sprawić, by poczuła się mną zmęczona. Musiałem poznać ją lepiej, wypytać o jej życie, miejsce zamieszkanie (do tej pory nawet tego się nie dowiedziałem), czy ma chłopaka i jakie ma plany na przyszłość.
Skubałem w zamyśleniu trawę, gdy niespodziewanie znalazła się przy mnie Wioletta, rzucająca na mnie swój powabny cień. Podniosłem wzrok, puszczając w myślach soczyste „kurwa”. Czy nie mogłem mieć dla siebie chociażby pięciu minut?
- Pani Anna cię szuka – powiedziała na pozór przyjaźnie, ale usłyszałem w jej głosie chłód, którego nigdy wcześniej nie było.
Rozumiałem. Uraziłem ją i teraz już nie będzie między nami tak, jak wcześniej. W sumie to nawet dobrze. Gdyby jeszcze szefowa przybrała taką samą postawę wobec mojej skromnej osoby, miałbym święty spokój.
- Już idę – powiedziałem, nie wstając jednak z miejsca.
Nie chciałem towarzyszyć jej w drodze do pensjonatu. Bardzo powoli rozsznurowywałem trampka, chcąc opóźnić moją konfrontację z Anną.
- Czeka na ciebie w biurze – dodała i odeszła wolnym krokiem w kierunku zabudowań.
Obserwowałem jej stopy, obute tym razem nie w wysokie szpilki, a płaskie baleriny i zastanawiałem się, czego tamta znowu chce. Ubrałem buty i ruszyłem żwirową ścieżką w stronę zabudowań. Wcześniej jednak uchwyciłem kątem oka rudą kitę, podskakującą na głowie Pauli. Moje usta zupełnie bezwolnie rozciągnęły się w szerokim uśmiechu. Byłem pewien, że dziewczyna jest teraz w kuchni, ale po kilku sekundach przypomniałem sobie, że dzisiaj po raz pierwszy zaczynała swoje zajęciach terapeutyczne. Uśmiechnąłem się, nie mogąc się doczekać, aż zrobię sobie z niej jaja i zapytam, kiedy przyjadą jej hipopotamy.
Zwalczyłem odruch zaczepiania dziewczyny już teraz, ponieważ nie chciałem jej przeszkadzać. Wyczuwałem, że dla niej hipoterapia to nie była tylko praca, czy odbębnienie praktyk studenckich, tylko prawdziwa pasja. Nie musiała mi o tym mówić, wystarczyło, że popatrzyłem na jej twarz, gdy z uśmiechem pochyla się nad małym chłopcem i coś mu tłumaczy.
Zapatrzyłem się na tę scenę kompletnie zauroczony. Była naturalna i prawdziwa. Nikogo nie udawała, niczego nie pozowała. Była kimś, kogo pokazywała na co dzień, co było w dzisiejszych czasach rzadkością. Zadawałem się w wieloma dziewczynami, ale jak do tej pory w żadnej nie znalazłem tej prawdy, którą widziałem w Pauli. Może właśnie dlatego tak bardzo mnie zafascynowała. Oczywiście oprócz faktu, że była śliczna.
Już miałem odejść, ale Paula wskoczyła właśnie na grzbiet konia, aby zademonstrować chłopcu, jaka to frajd. A lisica w siodle, to był mój ulubiony widok (oprócz tego w łazience, gdy zastałem ją zupełnie nagą). Dzieciak pisnął z radości i wyciągnął ręce poza płot, jakby chciał się przedrzeć przez ogrodzenie.
Mógłbym cały dzień obserwować jej interakcję z dzieciakiem i końmi, ale nie chciałem narazić się szefowej, dlatego siłą woli odwróciłem się od tego miłego obrazka i skierowałem do biura.
Zanim wszedłem do gabinetu Anny, zapukałem donośnie. Kobieta zaprosiła mnie do środka głośnym „proszę”. Westchnąłem głośno i nacisnąłem klamkę. Anna siedziała za burkiem i przeglądała jakieś strony w Internecie. Miała na nosie okulary w rogowych oprawkach, które postarzały ją przynajmniej o dziesięć lat. Na pewno nie zdawała sobie z tego sprawy, w przeciwnym razie nosiłaby soczewki. Spojrzała na mnie pospiesznie, a potem wróciła do wpatrywania się w ekran.
- Aleksandrze – zaczęła. – Potrzebuję dziś barmana na wieczór. Przekaż, proszę, swoje popołudniowe obowiązki w stajni i bądź gotowy do pracy tak na osiemnastą – powiedziała i ściągnęła okulary.
- Okej – odpowiedziałem i odwróciłem się do niej plecami, gotowy opuścić pokój jak najszybciej.
Gdy pojawiłem się w pensjonacie, jej zaloty wydały mi się bardzo pochlebiające. Czułem się doceniony i jak każdy facet w takiej sytuacji, połechtany do granic możliwości. Z czasem jej nagabywania stały się elementem dnia codziennego i niegroźną fanaberią, którą traktowałem z przymrużeniem oka.
Teraz…teraz przebywanie w jej towarzystwie było dla mnie nie do zniesienia. Jej długie, pomalowane na krwistoczerwony kolor paznokcie, jej mocny makijaż i tlenione blond włosy stały się dla mnie synonimem tandety i wulgarności. Czułem na sobie jej wzrok i miałem ochotę uciec. Po prostu zwiać gdzieś daleko, żeby nie musieć się przed nią tłumaczyć, ani nawet z nią rozmawiać.
- A! I jeszcze jedno – powiedziała słodkim głosem. – Taka dobra rada – uśmiechnęła się pobłażliwie. – Ja rozumiem, że młodzi faceci mają swoje potrzeby i tak dalej – machnęła niedbale ręką – Ale ja nie chcę z tego miejsca robić taniego burdelu – z jej głosu zniknęła nuta rozbawienia, a zastąpiła ją niechęć. – Nie będę tolerowała schadzek. Tu przyjeżdżają rodziny z dziećmi, nie potrzeba nam skandalu – dodała, ponownie zakładając okulary na nos, jednoznacznie odprawiając go tym gestem.
Zdębiałem. Dosłownie. Kobieta, która parzyła się w stajni ze swoim pracownikiem zaledwie wczoraj wieczorem, dziś udziela porad moralnych komuś innemu.
Nie odezwałem się, bo gdybym to zrobił, już bym tu nie pracował. To był pierwszy raz, gdy do Anny poczułem autentyczną nienawiść. Nie niechęć, czy znużenie jej osobą. Znienawidziłem tą dwulicową, zazdrosną sukę. Nie byłem idiotą i dobrze wiedziałem, że nie chodzi jej o dobro pensjonatu, tylko o zemstę. Była o Paulę zazdrosna, jakby miała do tego jakiekolwiek prawo. Czy może być coś bardziej żałosnego?
Wyszedłem bez pożegnania, pierwszy raz od przyjazdu zastanawiając się, czy aby nie skrócić mojego pobytu w tym miejscu. Tylko jedna rzecz mnie od tej decyzji odciągała. Paula.
Nie wiedziałem, co będzie z nami dalej i czy cokolwiek będzie. To był tylko jeden pocałunek, ale taki, którego nie potrafiłem zapomnieć. Cały czas o dziewczynie myślałem i nawet teraz, moje kroki kierowały się w stronę stadniny, żeby tylko na nią popatrzeć.
Przystanąłem w pewnej odległości i obserwowałem jej swobodną wymianę żartów z małym pędrakiem. Paula trzymała go na rękach i jego rączkę przykładała do chrapów klaczy. Dzieciak darł się z radości wniebogłosy. Nie mogłem się powstrzymać i także się roześmiałem. Paula spojrzała wtedy w moim kierunku i posłała mi ciepły uśmiech, który rozlał się po moim wnętrzu jak alkohol. Zakręciło mi się w głowie, a serce pocwałowało w piersi, jak szalejący na przeciwległym krańcu pastwiska Arin.
Wiedziałem, że zaczynam coraz mocniej wpadać w tę lisią dziurę, którą nieświadomie wykopała dla mnie Paula. Tegoroczny sezon będzie dla mnie wyjątkowy. To będzie mój sezon na lisa.

W głowie układałem już plan, dzięki któremu po zakończeniu pracy w pensjonacie ja i rudzielec nie rozejdziemy się w dwie różne strony. Jeszcze nie wiedziałem, jak tego dokonać, ale mój urok osobisty i zajebiste poczucie humoru na pewno mi w tym pomogą, pomyślałem. Tak, Paula nie będzie mogła mi się oprzeć. 
zdjęcia: https://pl.pinterest.com/pin/301811612507767479/ https://pl.pinterest.com/pin/488992472022286159/

1 komentarz:

  1. Jak zwykle fenomenalny i uzalezniajacy rozdzial 😃

    OdpowiedzUsuń