niedziela, 12 lutego 2017

"Sezon na lisa" Rozdział 11



Olek
Matka Pauli była totalnie zaskoczona naszą wizytą. Uśmiechała się i była uprzejma, ale w jej spojrzeniu czaił się chłód, od którego przebiegały mi po plecach dreszcze. Kobieta miała jasną cerę, upstrzoną gęsto piegami. Długie włosy miała ufarbowane na ciemny brąz, co tylko spotęgowało wrażenie bladości. Była wysoka i koścista. Paula była do niej bardzo podobna, z tą różnicą, że w przeciwieństwie do matki, miała w sobie miękkość i łagodność. Kobieta była na swój sposób ładna, ale jednocześnie odpychająca. Roztaczała aurę dystansu i oziębłości. Była w tym totalnym przeciwieństwem rudzielca.
Mieszkanie było jasne i wbrew temperamentowi jej właścicielki, ciepłe i przytulne. Z każdego kąta wyzierały osobiste szpargały, które tworzyły dom.

Przedpokój wydawał się zadbany, ale nie dało się ukryć, że lata świetności miał za sobą. Ściany zostały wyłożone białą, lekko przetartą boazerią, a podłoga skrzypiącą klepką. Od korytarza odchodziły dwie pary pożółkłych od starości drzwi. Już od progu dało się zauważyć, że w tym mieszkaniu się nie przelewa. To jednak o niczym nie świadczyło. W domu moich dziadków także nie miałem luksusów, ale byłem tam zajebiście szczęśliwy. Miałem nadzieję, że pomimo ciężkich warunków i ona zaznała w tym miejscu ciepła i miłości.
W pewnym momencie w wąskim, długim korytarzu Lisica zgarnęła z podłogi grubego, rudego kota, który wybiegał w popłochu z kuchni. Gdy mu się bliżej przyjrzałem, stwierdziłem, że biedak nie miał jednego oka.
Widok rudzielca z …rudzielcem na rekach strasznie mnie rozbawił i trochę rozczulił.
- Tęskniłeś za mną Garfi? – zaszczebiotała Paula, tarmosząc opasłe kocisko. – Na pewno tęskniłeś – cmoknęła go w głowę.
Uśmiechnąłem się szeroko na te przejawy czułości wobec futrzaka, którego morda wyglądała, jakby miała bliskie spotkanie z patelnią.
- Wejdźcie – powiedziała matka Pauli, wskazując wejście do kuchni. Owinęła się ciasno beżowym szlafrokiem i zaczęła wyciągać z szafki kubki. – Dlaczego nie dałaś znać, że będziesz? – zwróciła się do Pauli z lekką pretensją.
- Ten pomysł wpadł nam dopiero późnym wieczorem. Wtedy już spaliście. Olek musiał załatwić w okolicy jakieś sprawy i zabrałam się z nim – wzruszyła ramionami i sięgnęła do szafki po kawę.
Balansowała na granicy prawdy i kłamstwa, jak sprawny akrobata balansuje na równoważni. Poczułem olbrzymi żal nad jej dzieciństwem i młodością, ponieważ czułem, że właśnie tak musiała funkcjonować w tej rodzinie. Stąpać ostrożnie nad humorami matki, uśmiechać się przy bracie i zaciskać mocno pięści, żeby zmierzyć się z kolejnym dniem. Dzieci nie powinny się zamieniać rolami z rodzicami. Prysły moje nadzieje o szczęśliwym i beztroskim dzieciństwie Lisicy.
Usiadłem przy niewielkim stole, ustawionym przy oknie.
- Poznaliście się w pensjonacie? – zagadnęła kobieta.
- Tak. Zajmuję się tam w zasadzie wszystkim – uśmiechnąłem się uprzejmie. – Taka złota rączka.
Nieświadomie posłałem Pauli uśmiech, od którego ta zapłonęła czerwienią. Kiepska byłaby z niej kłamczucha, pomyślałem rozbawiony. Sam nie byłem lepszy. Szczerzyłem się jak idiota. Matka dziewczyny zerknęła najpierw na mnie, a potem na Paulę i podniosła znacząco brwi. Nie potrafiłem odgadnąć, czy odkrycie, którego właśnie dokonała ucieszyło ją, czy wprost przeciwnie.
- Adaś śpi? – zapytała Paula, żeby jak najszybciej odciągnąć jej zainteresowanie od tematu naszej znajomości.
- Tak. Ale pewnie zaraz się obudzi przez te hałasy – powiedziała z nuta wyrzutu.
- I dobrze. Stęskniłam się za nim – odrzekła Paula radośnie – Chcę go zobaczyć.
- Nie bój się – zaśmiała się kobieta – Nie głodzę go i nie maltretuję.
- Wiem – odburknęła Paula cicho, nagle tracąc całą radość.
Zapadła cisza. Rudzielec odwrócił się do matki plecami i zajął się zaparzaniem kawy. Nie widziałem jej twarzy, ale lekkie drżenie jej ramion i sztywność pleców podpowiadały mi, że była wzburzona.
- Macie dużo pracy w zajeździe? – zwróciła się do mnie kobieta.
Odchrząknąłem i oderwałem wzrok od pleców Rudzielca.
- Tak. Od świtu do nocy. Tam zawsze jest co robić – odpowiedziałem.
Kontynuowałem swoją paplaninę o tym, że zjechało się dużo wczasowiczów, że mamy piękną pogodę i tego typu bzdury. Chciałem dać Pauli czas na ochłonięcie. Miałem wewnętrzną potrzebę chronienia jej, nawet przed jej własną matką.
- Mamoo! – dobiegł nas dziecięcy głos z pomieszczenia obok.
Matka dziewczyny westchnęła ostentacyjnie i odsunęła ciężko krzesło, na którym siedziała.
- Siedź – powstrzymała ją Paula. – Pójdę do niego.
Na jej twarz powrócił entuzjastyczny uśmiech. Wytarła ręce w ściereczkę i na paluszkach zaczęła się skradać do pokoju brata. Nie potrafiłem się powstrzymać i wyszczerzyłem się jak głupek. Po kilku sekundach usłyszałem głośne krzyki i śmiech. Ledwie usiedziałem na miejscu, tak bardzo chciałem do nich dołączyć.
Siedziałem jednak przy stole, uśmiechając się przymilnie do matki Pauli i popijałem elegancko herbatę, niczym królowa angielska.
- Oni tak zawsze – powiedziała kobieta i wywróciła oczami.
- Domyślam się. Sam nie mam rodzeństwa, ale gdybym miał, to byłoby tak samo. Jak nie gorzej – zażartowałem i wziąłem na ręce wielkie rude kocisko, które ocierało się o moje nogi.
Kobieta uśmiechnęła się i chciała coś powiedzieć, ale wtedy do kuchni jak burza wpadła Paula. Miała zmierzwione włosy, zaczerwienione policzki (to ci nowość) i diabelny błysk w oczach. Zaparło mi dech w piersiach na jej widok.
- Chcesz poznać mojego brata? – zapytała zdyszana.
Popatrzyłem na matkę dziewczyny, czy aby nie ma nic przeciwko temu i gdy ta wzruszyła ramionami, wstałem z krzesła, wypuściłem futrzaka z rąk i powiedziałem:
- Bardzo.
Lisica, o ile to możliwe, rozpromieniła się jeszcze bardziej i zaprowadziła mnie do pokoju chłopca. Adam popatrzył na mnie rozszerzonymi z ciekawości oczami, osłoniętymi grubymi szkłami okularów w fioletowych oprawkach. Szczerzył się szeroko. Na pierwszy rzut oka nie wyglądał jakby był chory, czy niepełnosprawny, ale gdy tylko odrzucił od siebie kołdrę to stało się jasne jak słońce. Jego nogi, chude jak patyki, były powyginane w nienaturalny sposób. Po bliższym przyjrzeniu się, zauważyłem, że dłonie chłopca są powykręcane, a palce przykurczone. Jednak w zderzeniu z jego uśmiechem, rudymi jak ich kot włosami i piegami na nosie, ta niepełnosprawność schodziła na dalszy plan. Wyglądał jak Paula. Jak jej miniaturka w chłopięcej wersji.
- Cześć – przywitałem się, chwytając jego dłoń.
- Cześć – odpowiedział, zerkając na Paulę.
- Jestem Olek, a ty? – przysiadłem na jego łóżku.
Pokój chłopca wyglądał jak pokój każdego innego sześciolatka. Pełno w nim było zabawek wszelkiej maści. Od figurek superbohaterów i samochodów, po stosy komiksów i książek. Pokój oklejony był plakatami z filmu Avangers. Przy łóżku leżał duży worek do siedzenia w kształcie Minionka, a w rogu pokoju olbrzymia piłka do ćwiczeń. Panował tu przyjemny i kolorowy rozgardiasz.
- Adam – odpowiedział chłopiec.
- Ale jesteście do siebie podobni z siostrą. Jak bliźnięta – rzuciłem do małego. – A ten wasz kot, to trzeci bliźniak – dodałem.
Chłopiec zachichotał, a Paula pacnęła mnie ręką w ramię.
Do tej pory przyglądała mi się uważnie i z niepewnością, ale teraz usiadła na drugim krańcu łóżka i przytuliła brata do siebie. Dała mu mokrego buziaka w policzek, a chłopiec odsunął się zawstydzony.
- Ej, weź go nie zawstydzaj – powiedziałem, drocząc się z dziewczyną, która wyglądała na rozpromienioną.
Uwielbiałem ją w wersji szalonej siostry.
- Ona tak zawsze – odpowiedział. – Ciebie też tak całuje? – zapytał niespodziewanie.
Oboje z Paulą zrobiliśmy ogromne oczy.
- Co ty pleciesz? – zapytała.
- Przecież to twój chłopak – zakomunikował bez cienia wątpliwości.
- Olek to mój kolega – powiedziała, unikając mojego wzroku.
Chłopiec tylko wzruszył ramionami, jakby wiedział lepiej. Ja się chytrze uśmiechnąłem. Cóż, mały ma więcej przenikliwości, niż jego starsza siostra. Dzieciak po prostu wyprzedził to, co było nieuniknione. Ja i Paula będziemy razem, nawet jeśli ona jeszcze o tym nie wie.
- Widzę, że lubisz superbohaterów – zagadnąłem go, żeby zmienić temat.
Dzieciak zaczął nawijać o Batmanie, Avengersach i o postaciach z różnych filmów i kreskówek. Orientowałem się co nieco w tej tematyce, więc zadawałem odpowiednie pytania i negowałem superowość niektórych jego idoli. Jak na sześciolatka był bardzo bystry, a do tego pełen życia. Polubiłem go od pierwszego wejrzenia. Polubiłbym go nawet, gdyby nie był bratem Pauli.
Dziewczyna pomogła mu się ubrać i zabierała się za podnoszenie go, ale byłem pierwszy.
- Daj, ja to zrobię – nachyliłem się nad Adasiem, żeby wziąć go na ręce.
- Poradzę sobie – odpowiedziała opryskliwie.
- Wiem. Ale skoro tu jestem, to czemu mam cię nie wyręczyć? – zapytałem retorycznie. – Przecież jestem silniejszy. Prawda? – zwróciłem się do chłopca.
Przytaknął skinieniem głowy, ale czujnie obserwował naburmuszoną siostrę. Nie chciał jej urazić, ale jednocześnie chciał mi się przypodobać.
- Co? Nie wierzycie mi? – zrobiłem zaskoczoną minę i zanim którekolwiek zdołało coś powiedzieć, zrobiłem krok w stronę Pauli i wziąłem ją na ręce.
Dziewczyna zaskoczona, pisnęła głośno, a potem roześmiała się i uderzyła mnie w ramię. Adaś poprawił okulary, które zsunęły mu się na nos i popatrzył nas roześmianymi oczami, które bliźniaczo przypominały szare oczy jego siostry. Ta bezwarunkowa miłość Pauli do brata była w pełni odwzajemniona. Chłopiec wpatrywał się w siostrę, jak w obrazek. Teraz zrozumiałem, dlaczego dziewczyna urabiała sobie ręce po łokcie. Rozumiałem skąd w niej tyle siły i samozaparcia.

Paula
Obserwowałam jak Olek pomaga Adamowi usadowić się w wózku inwalidzkim i coś we mnie pękło. Omal się nie rozpłakałam. Aż do tej chwili nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo zależało mi na tym, żeby Olek zaakceptował Adama i oczywiście odwrotnie. Wstrzymywałam oddech do momentu, aż chłopak nie zobaczy małego. Wystarczyło mi tylko szybkie spojrzenie w jego oczy, żeby wiedzieć, co myśli. Zobaczyłam w nich niepewność – naturalna reakcja na ludzi z niepełnosprawnością – ale na szczęście nie było w nich popłochu, czy wstrętu. Był sobą.  Był idealny.
- Jesteś głodny? – zapytałam Adasia, gdy umościłam go na wózku.
- Nie – pokręcił głową.
Był chudziutki i zawsze grymasił przy jedzeniu. Czasami musiałam go przekupywać, żeby na śniadanie wcisnął w siebie chociaż pół kanapki. Bardzo się bałam, że mama nie będzie miała do niego tyle cierpliwości i po prostu pozwoli mu opuszczać posiłki. Może byłam przewrażliwiona i niesprawiedliwa w stosunku do matki, ale nie umiałam inaczej.  Widziałam ją w jej najgorszych chwilach. Wtedy nie interesowało ją nic, prócz jej własnej rozpaczy i depresji. Nie interesowały ją dzieci, ani dom. Była tylko ona i jej „okropne życie”.
W takich chwilach jej nienawidziłam.
- Jadasz codziennie śniadania? – zapytałam, jakby nigdy nic.
Mały wzruszył ramionami, co bardzo mnie zaniepokoiło. Przeczesałam palcami jego jasnorudą czuprynę i pocałowałam w czubek głowy.
- Musisz jeść śniadania, Adaś. Obiecaj mi, że będziesz – poprosiłam błagalnie.
Braciszek popatrzył mi w oczy i tym razem przytaknął skinieniem głowy.
- A! Mam coś dla ciebie – uśmiechnęłam się, przypominając sobie o książeczce, którą kupiłam na stacji benzynowej.
To była książka w formie komiksu, a wiedziałam, że Adaś uwielbia wszystko, co można w ten sposób czytać. Był takim zdolnym dzieciakiem. Nauczył się czytać w wieku pięciu lat i to stało się jego największym hobby. Skoro nie mógł, jak inne dzieci bawić się na dworze, a jego całym światem był ten mały pokój, to dawało mu możliwość podróżowania, przeżywania przygód i poznawania ciekawych ludzi.
Obiecałam sobie, że jak tylko stanę finansowo na nogi, zabiorę go na prawdziwą wyprawę. Pojedziemy nad morze, w góry albo za granicę. Zrobiłabym wszystko, aby dać mu trochę normalności i szczęścia.
Weszliśmy wszyscy do kuchni, gdzie mama, już pozbywszy się piżam i szlafroka przygotowywała kanapki. Miała na sobie letnią sukienkę w kanarkowym kolorze. Na nasz widok uśmiechnęła się, ale wiedziałam, że ten uśmiech nie jest do końca szczery. Chyba zorientowała się, że łączy mnie coś z Olkiem i ewidentnie nie była z tego powodu zadowolona. Czułam to w kościach, a potwierdzenie tego otrzymałam kilka minut później.
Zostawiłyśmy na chwilę Adasia z Olkiem. Chłopak nie miał nic przeciwko, a wręcz wyglądał na zadowolonego. Mama poprosiła mnie do niewielkiego pokoju dziennego. W nocy służył mamie za sypialnie, ale teraz kanapa była złożona, a pościel schowana do wielkiej mahoniowej szafy.
Nie mieliśmy w domu cudów i byłam świadoma niedoskonałości mieszkania, ale nie mogłam nic na to poradzić. Mama nie pracowała, ponieważ musiała być cały czas przy Adamie. Utrzymywaliśmy się z niewielkiej renty po tacie i zasiłku na brata. Do tego dochodziła moja pensja z weekendowej pracy w sklepie. To wszystko było jednak kroplą w morzu potrzeb zarówno tych mieszkaniowych, jak i tych związanych z leczeniem Adama. Na szczęście udało mi się zapisać brata do jednej z fundacji, wspierających rozwój dzieci w porażeniem i dzięki temu otrzymywaliśmy niewielkie środki na leki i pampersy, z których musiałam się rozliczać co do grosza, ale za które byłam bardziej, niż wdzięczna.
- Wiem, po co przyjechałaś – rzuciła oskarżycielsko mama, gdy zamknęła za nami drzwi.
- To już nie mogę przyjeżdżać do własnego domu? –zapytałam poirytowana.
- Możesz, ale nie możesz mnie traktować jakbym była psychicznie chora – podniosła głos. – Sama widzisz. Nie katuję Adama, nie głodzę go i nie robię mu krzywdy – machała ręką w stronę kuchni.
- Przecież nic takiego nie powiedziałam – zauważyłam zmęczonym głosem.
Nie chciałam się kłócić, a już na pewno nie wtedy, gdy mógł nas usłyszeć Olek. Zależało mi na tym chłopaku i nie chciałam go odstraszać awanturami i rodzinnymi problemami. Już i tak zapewne żałuje, że mnie poznał.
- Nie, ale obie dobrze wiemy, że tak myślisz. Nawet nie mogę ci się wyżalić przez telefon, żebyś od razu nie zaczynała siać paniki – wyrzuciła z siebie.
- Po prostu się martwię – chciałam zażegnać konflikt i ją udobruchać. – Ciężko tam pracuję, a jeszcze zamartwiam się Adamem i tobą – dodałam.
- Tak. Widzę jak tam ciężko pracujesz – prychnęła pogardliwie.
- Co masz na myśli? – natychmiast się zjeżyłam.
- Jesteśmy dorosłe i powiem wprost. Jeśli pojechałaś tam się gzić z chłopakami, to równie dobrze możesz już wracać. Nie zamierzam wychowywać pod moim dachem bękarta. Tak to się skończy – powiedziała zimno, nie patrząc mi w oczy.
Dobrze wiedziała, co by w nich zobaczyła: ból, urazę i wściekłość, które mnie teraz przepełniały. Nie skomentowałam tego. Gdybym to zrobiła, nie wiem jakby się to skończyło. Odwróciłam się na pięcie i szarpnęłam mocno za klamkę. Drzwi odbiły się od futryny z głośnym hukiem. Zanim weszłam do kuchni, wzięłam kilka głębokich oddechów. Nie chciałam, aby Adaś widział mnie w takim stanie. Przybrałam neutralny wyraz twarzy i wkroczyłam pewnie do kuchni, do której przez duże okna wpadało mnóstwo światła. Moje spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem Olka. Chłopak patrzył na mnie z uśmiechem i rozbawieniem. Chwilę wcześniej musieli wygłupiać się z Adamem. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różyczki, zdenerwowanie minęło. Spłynął na mnie spokój. Wróciła radość ze spotkaniem z bratem, za którym strasznie tęskniłam.
Byłam tu dla niego. Adaś nie był moim obowiązkiem. Był moją rodziną i moją radością.
Nic więcej się dla mnie nie liczyło.
Zostaliśmy jeszcze pół godziny. W tym czasie matka zachowywała się, jakby nigdy nic. Jakby mnie nie obraziła, sugerując, że się puszczam. Ignorowałam ją, ale w środku czułam się zraniona. Pożegnałam się z Adasiem i poprosiłam, żeby do mnie codziennie pisał. Wystukanie SMS-a to był dla niego duży wysiłek, ale wiedziałam również, że to dobre ćwiczenie motoryki dłoni, dlatego nie miałam wyrzutów sumienia.
Kiedy znaleźliśmy się w aucie w drodze powrotnej, uczucie żalu wróciło ze zdwojoną siłą. Słowa matki zraniły mnie głęboko. Ona nie martwiła się o mnie, nie dbała o to, co robię i czy daję radę. To ona była najważniejsza. Tylko ona się poświęcała, a ja byłam kimś, na barki kogo postanowiła zrzucić wszystkie swoje zmartwienia. Czasami uginałam się od nich, padałam na kolana, ale podnosiłam się. Nie poddawałam się i nie rozpaczałam.  Teraz jednak poczułam się strasznie zmęczona i przytłoczona.
Frustracja, niewyspanie i emocje związane z dzisiejszym dniem wycisnęły z moich oczu łzy. Odwróciłam się w stronę okna i wytarłam je rękawem swetra. Wtedy poczułam dłoń Olka na moim policzku.
- Hej – szepnął i próbował odwrócić w swoją stronę moją twarz, ale ja nie się opierałam.
Nie chciałam odpowiadać, ani na niego patrzeć, bo rozpłakałabym się jeszcze bardziej.
Samochód zwolnił, a potem zjechał na jakąś polną drogę. Przed nami rozpościerały się niekończące się połacie pól i pastwisk. Wyskoczyłam na zewnątrz i zaczęłam iść wzdłuż polnej drogi. Oddychałam ciężko, powstrzymując łzy. Usłyszałam swoje imię, ale nie reagowałam. Kroczyłam coraz szybciej i szybciej, aż wreszcie zaczęłam biec. Biegłam po nierównym podłożu, co chwilę potykając się o grudy ziemi, ale miałam to gdzieś. Nie potrafiłam zwolnić. Piekło mnie w płucach, a uda bolały. Nagle jakby znikąd chwyciły mnie silne ramiona i zatrzymały w miejscu.
Chciałam się wyrwać, ale Olek był ode mnie o wiele silniejszy.
- Uspokój się – mówił łagodnie, ciężko dysząc. – Nie uciekaj ode mnie.
Nie miałam się siły szarpać.
- Nie uciekam od ciebie – byłam równie zdyszana.
Objął mnie mocno i przyciągnął do siebie. Jego rozszalałe serce zrównało się z rytmem mojego serca.
- Przed czym uciekasz? – zapytał i chwycił moją twarz w obie dłonie.
Wzruszyłam tylko ramionami, bo nie znajdowałam właściwych słów. Przed czym chciałam uciec?
- Słyszałem ją – powiedział wreszcie, wodząc kciukami po moich policzkach.
Przygryzł wargę i spojrzał gdzieś ponad moim ramieniem, jakby szukał właściwych słów.
- Kogo? – zapytałam niepewnie, chociaż dobrze wiedziałam, o kim mówił.
- Twoją matkę. To było podłe. Przepraszam, ale nie znoszę jej – wyrzucił z siebie. – Uwielbiam twojego brata i tego rudego kocura, ale jej nie trawie. Przykro mi – skrzywił się skruszony.
Nie wytrzymałam i roześmiałam się w głos. Oparłam czoło o jego pierś. Uwielbiałam jego bliskość. Czułam się przy nim taka bezpieczna, jakby nic na tym świecie nie mogło mnie skrzywdzić.
Olek pocałował mnie w czubek głowy i westchnął ciężko.
- Nie powinna była tak do ciebie mówić – kontynuował. – Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, gdy miałem pięć lat. Ledwie ich pamiętam, ale mam w głowie same miłe wspomnienia – wzruszył ramionami.
- Rodziców się nie wybiera – powiedziałam, zanotowują w pamięci to, co mi powiedział.
Zdałam sobie sprawę, że przecież nic o nim nie wiedziałam. Poza kilkoma wzmiankami o kumplach, nie powiedział mi o sobie niczego znaczącego. Aż do teraz.
- Wiem i uważam to za wielką niesprawiedliwość – w jego głosie pojawiło się rozbawienie.
Odsunęłam się od niego, otarłam twarz z łez i wydmuchałam nieelegancko nos w chusteczkę. Olek patrzył na mnie w dziwnym wyrazem na twarzy, którego nie potrafiłam rozszyfrować. Czułam jedynie ciepło, płynące z tego spojrzenia. Moje serce ponownie przyspieszyło, a na twarzy poczułam gorąco.
- Kto cię wychowywał? – zapytałam.
Chciałam się jeszcze czegoś o nim dowiedzieć. Jakie miał dzieciństwo, jakie ma hobby i jakie ma plany po skończeniu pracy w zajeździe. I chociaż ten ostatni temat wywoływał we mnie mieszane uczucia, chciałam to wiedzieć. Chciałam poznać go z każdej możliwej strony, bo w tej chwili wydawał mi się strasznie nierzeczywisty i zbyt idealny. Tacy ludzie nie istnieją.
- Babcia i dziadek – odpowiedział raźnie.
Na jego ustach pojawił się uśmiech. Jego wspomnienia były zapewne miłe i cieszyło mnie to. Spotkała go ogromna tragedia, ale miał kogoś, kto się nim zaopiekował.
Olek usiadł na porośniętym skrawku miedzy i wyciągnął do mnie rękę. Przyjęłam ją bez chwili zastanowienia. To był mój nowy odruch bezwarunkowy. Usiadłam przy nim, a Olek nie wypuścił mojej dłoni, tylko splótł nasze palce i położył je na swoich kolanach.
- Dobrze ci się z nimi mieszkało? – zapytałam.
- Tak. To najlepsi ludzie na świecie. Rok temu mój dziadek…odszedł – zamilkł, a ja uścisnęłam mocniej jego dłoń. – Był najlepszym człowiekiem jakiego znałem – ponownie się uśmiechnął. – Znasz takich rodziców, co pchają swoje dzieci w jednym kierunku? Takich, co to mają dla nich ścieżkę kariery od żłobka? – zapytał, a ja przytaknęłam skinieniem głowy.
Znałam.
- No więc, babcia i dziadek byli kimś zupełnie przeciwnym. Dziadek zawsze mawiał, że najlepiej jest wszystkiego spróbować, żeby wiedzieć, czego pragniemy najbardziej. Oczywiście bez przesady – parsknął i kontynuował. – Nigdy nie byłem wyjątkowo uzdolniony w konkretnym kierunku. Wiesz, sportowiec, czy frik naukowy – wzruszył ramionami. – Lubiłem sport jak każdy chłopak, nie miałem problemów z nauką, ale nie byłem wybitny.
- Mało kto jest – pocieszyłam go.
- Niby tak, ale wiesz, niczym się nie pasjonowałem – ciągnął. – W każdym razie, chodzi mi o to, że babcia i dziadek pozwolili mi być tym, kim zechcę. Nie miałem presji bycia najlepszym, czy najwybitniejszym dzieciakiem z klasy. Po prostu byłem i to wystarczało. A kiedy zdecydowałem, że nie pójdę na studia, przebyli ze mną długą rozmowę. Kazali mi to przemyśleć i kiedy potwierdziłem tę decyzję, po prostu to zaakceptowali.
Jego dziadkowie musieli być wspaniałymi ludźmi. Ja nigdy nie mogłam sama o sobie decydować.
- O moim losie zadecydowało pojawienie się na świecie Adasia i śmierć taty – powiedziałam. – Ale nie zamieniłabym brata na nic innego. Kocham go – dodałam, żeby Olek nie pomyślał, że wolałabym, aby Adam zniknął z mojego życia.
- A on kocha ciebie – powiedział i zwrócił się moją stronę.
- Wiem – uśmiechnęłam się przez łzy. – Czasami mam dość. Jestem tak bardzo zmęczona, że ledwo żyję, ale wtedy przed oczami staje mi jego twarz. Przypominam sobie jego wygłupy, gdy chce mnie rozśmieszyć, kiedy mam gorszy dzień. Przypominam sobie jaki jest dzielny, gdy musi przechodzić przez bolesne zabiegi – po policzkach znowu popłynęły mi łzy. – Wszystko inne przestaje mieć znaczenie, bo jeśli ten mały chłopiec jest wstanie przejść przez to wszystko, to i ja dam radę.
Olek przygarnął mnie do siebie i zatopił twarz w moich włosach. Oparłam się policzkiem o jego pierś i płakałam. Jeszcze nigdy i przed nikim nie otworzyłam serca. Ten chłopak, który pojawił się w moim życiu tak nagle i bez ostrzeżenia, stał się moją opoką.
- Jesteś najsilniejszą osobą, jaką spotkałem w życiu – szepnął i delikatnie podniósł moją głowę, podtrzymując palcami podbródek. – Ale przy mnie nie musisz taka być – patrzył na mnie jasnymi jak bezchmurne niebo oczami – Przy mnie możesz być tym, kim zechcesz i to mi wystarczy.

Do tej pory jeszcze się wstrzymywałam i zaprzeczałam, ale to nie miało żadnego sensu…zakochałam się w Olku mocno i bez trzymanki.



zdjęcia: pinterest.com

1 komentarz:

  1. hmm, coś długo wracają. Ale z drugiej strony, jak się spojrzy na warunki pogodowe za oknem... to mi też się nie chce ...pisać ;))) nie dotyczy to oczywiście "motywujących" komentarzy :)) jedno jest pewne - cz e k a m y !!!
    pozdrowienia !
    emka
    ps. nie wiem, czy juz się tym dzieliłam
    https://www.youtube.com/watch?v=6u0DGIh3wLA
    ;))

    OdpowiedzUsuń