wtorek, 14 marca 2017

"Sezon na lisa" Rozdział 14

Olek
Weszliśmy do kuchni, gdzie nasze złączone dłonie narobiły trochę zamieszania. I o to mi właśnie chodziło. Chciałem wysłać jasny sygnał, że Paula jest moja i nikt nie ma prawa się do niej dostawiać. Wiedziałem, że mój Rudzielec podoba się chłopakom. Słyszałem ich żarty o mokrych piwnicach i zardzewiałych dachach. Udawałem, że tego nie słyszę, bo między mną, a Paulą jeszcze nic nie było pewne, ale teraz to coś zupełnie innego. Paula była moja.
Wojtek poklepał mnie dyskretnie po plecach, a ja posłałem mu zadowolony uśmieszek.

Do kuchni weszła Anna. Rozejrzała się dookoła i skinieniem ręki przywołała nas wszystkich do siebie. Gdy mnie spostrzegła, uśmiechnęła się, ale ten uśmiech szybko zniknął z jej ust. Zauważyła, że trzymamy się Rudzielcem za ręce. W jej twarzy zaszła diametralna zmiana. Przeszyła Paule lodowatym spojrzeniem, od którego i mi zrobiło się zimno. Mocniej uścisnąłem dłoń dziewczyny i przyciągnąłem ją do siebie w geście ochrony. Nie pozwoliłbym jej nigdy skrzywdzić i nie chodziło mi tylko o fizyczną krzywdę. Nie pozwolę nikomu zranić jej słowami, a dobrze wiedziałem, że Anna była w tym dobra.
Paula nieświadoma tego, co się przed chwilą wydarzyło, uśmiechnęła się do mnie słodko i od razu wszystko wydawało mi się lepsze. Ja byłem przy niej lepszy. Postanowiłem wtedy, że zrobię wszystko, żeby jak najczęściej oglądać ten uśmiech. Zrobię wszystko, żeby była szczęśliwa.
Po standardowej pogadance ruszyliśmy wszyscy do pracy. Ja stanąłem za barem, a Paula wraz z pozostałymi dziewczynami zajęła się obsługą klientów.
- A więc ty i Rudzielec? – szturchnął mnie w ramię Wojtek.
Nalewałem właśnie sok do dzbanka i przez ten jego debilny ruch rozlałem trochę po stole.
- Tak, a co? – odburknąłem, bo bardziej, niż fakt, że rozlałem napój wkurzyło mnie to, że użył zwrotu, którym nazywałem w myślach Paulę.
- Nic. Gratulacje – rzucił. – Dobra jest? – dodał poufale.
- W czym? – zapytałem nieprzytomnie, porządkując blat.
- No w łóżku – zarechotał jak wieprz. – Wyprzedziłeś mnie, bo sam miałem to sprawdzić.
Odwróciłem się do niego gwałtownie i ostatkiem sił powstrzymałem się przed tym, żeby go nie zdzielić po mordzie.
- I myślisz, że Paula zadałaby się z takim śmieciem? – syknąłem, ledwie nad sobą panując. – Nie waż się do niej zbliżać, bo cię załatwię – dodałem, trzęsąc się z wściekłości.
Jak śmiał tak o niej mówić? Jak śmiał tak mówić o tej odważnej i silnej dziewczynie? Jak śmiał sugerować, że poszłaby z nim do łóżka tylko dlatego, że sobie tak postanowił?
Na twarzy Wojtka pojawił się szok. Otworzył usta, a potem je zamknął i uśmiechnął się głupkowato.
- Aż tak cię wzięło? – zapytał zdziwiony. – Sorry, jaja sobie robię. To fajna dziewczyna – powiedział na zgodę i klepnął mnie w ramię i z tym durnym wyszczerzem wrócił do swojej roboty.
Debil, pomyślałem i wziąłem głęboki oddech. Nigdy w życiu nie czułem takiej zazdrości i zaborczości, jak w tej chwili. Serce waliło mi jak oszalałe, a myśl o tym, że ktoś inny mógłby być z Paulą blisko, doprowadzała mnie do szaleństwa. Lisica była moja i nikt nie miał prawa jej obrazić, zranić, czy tknąć. Nikt.
Dopiero teraz tak naprawdę dotarło do mnie, co się dzieje. Przepadłem z kretesem. Przeraziło mnie to i wtedy napotkałem jej roześmiane spojrzenie. Niosła dwa półmiski i skinieniem głowy wskazała na grupkę ludzi z Warszawy, a potem wywróciła oczami. I wtedy wszystko minęło. Cała wściekłość i strach rozpłynęły się w powietrzu. Puściłem do Pauli oko, a ona z gracją ruszyła do hałaśliwego towarzystwa.
Otrząsnąłem się ze swojego otumanienia i zabrałem się za pracę. Gdy zorientowałem się, że zabrakło lodu, poszedłem do kantorka. Pomieszczenie znajdowało się na końcu korytarza. Odchodziły od niego drzwi do biura i do pomieszczenia socjalnego, a dalej przechodził w schody na strych. Mijałem właśnie biuro, w którym zazwyczaj urzędowała Wiola. W tej chwili dziewczyna pomagała w restauracji, więc wiedziałem, że jej tam nie ma. Drzwi nie były domknięte, a wewnątrz toczyła się rozmowa. Od razu rozpoznałem głosy Anny i jej męża. Chciałem przemknąć korytarzem jak najszybciej, żeby mnie nie nikt nie zobaczył. Jeszcze tego mi brakowało, żeby znaleźć się sam na sam z Anną w ciasnym korytarzu. Może trochę ją demonizowałem, ale cholera, ta jej napastliwość mnie wkurwiała.
Ruszyłem do kantora, ale po sekundzie przystanąłem, nasłuchując. Rozmawiali o pokojach na strychu, więc normalne, że nie mogłem tego przegapić.
- Chyba zwariowałaś! – fuknął pan Krzysztof. – Nie będę zajmował pokoju gościnnego, czy płacił za kwaterę w wiosce, bo ty się nagle taka porządna zrobiłaś – dodał.
- Tak, zrób z tego miejsca burdel! – zaskrzeczała Anna. – Pieprzą się tam, a my sponsorujemy im melinę – mówiła z histerią.
- A niech się pieprzą! – krzyknął jej mąż. – Co cię to w ogóle obchodzi! Są młodzi i nikomu krzywdy nie robią. Skończ ten temat, bo ja mam ważniejsze rzeczy na głowie. Idź lepiej dopilnuj to spotkanie integracyjne, ja mam trochę papierów do zrobienia – ton jego głosu stał się suchy i ewidentnie dawał nim żonie do zrozumienia, że dyskusja zakończona.
Szybkim krokiem pokonałem korytarz i schowałem się w spiżarni. Oparłem się plecami o drzwi i próbowałem opanować wściekłość. Głupia suka. Walnąłem tyłem głowy o metalowe drzwi. Czy kompletnie oszalała? Co ona sobie myśli, że jak pozbędzie się Pauli, to wpuszczę ją od razu do łóżka? A może chce się po prostu na mnie zemścić za to, że jej nie chciałem? Czy można być aż tak pokręconym?
Nigdy nie chciałem skrzywdzić fizycznie kobiety, ale w tej chwili czułem, ze mógłbym to zrobić. Mógłbym ją wytargać za włosy i wygarnąć, co o niej myślę. Paula była tu nie po to, żeby sobie dorobić do kieszonkowego. Nie po to, żeby jakoś zapełnić wakacje. Przyjechała tu z jedną torbą, wypełnioną znoszonymi ubraniami i z nadzieją, że uda jej się zarobić na leczenie młodszego brata. Desperacko potrzebowała kasy, a ta pusta pizda próbuje ją przestawiać jak zbędny mebel, albo figurę na szachownicy. Jakby Paula była tylko narzędziem do jej chorych zachcianek.
Gardziłem tą kobietą tak bardzo, że nie wyobrażałem sobie, abym mógł spojrzeć jej w oczy. Praca tutaj zaczynała mi ciążyć. Nie chciałem pracować dla kogoś takiego, ale na razie nie mogłem zrezygnować. Wiedziałem, że Rudzielec potrzebuje kasy i nie odejdzie, bo nie ma innego wyjścia, a ja nie odejdę, jeśli i ona tego nie zrobi. Przetarłem dłońmi twarz i wziąłem kilka głębokich oddechów.
Muszę po prostu unikać tego tlenionego pustaka i wszystko będzie dobrze, pomyślałem i wyciągnąłem z zamrażarki dwie duże torby z kostkami lodu. Wróciłem do baru i od razu zacząłem wzrokiem szukać rudej kitki, żeby poprawić sobie humor. Znalazłem ją przy jednym z mniejszych stolników na głównej sali. Dziewczyna uśmiechała się uprzejmie do klientów, ale widziałem po tym uśmiechu, że jest wymuszony i sprawia jej cierpienie. Zaśmiałem się, bo już trochę poznałem jej temperament i charakterek. To nie typ przymilnej kotki. Paula lubiła pokazywać pazurki i za to ją uwielbiałem.
- Skup się, człowieku – syknął Andrzej, szturchając mnie ramieniem w bok.
Odwróciłem się do niego i podniosłem ze zdziwienia brwi.
- Gapisz się na Paulę jak sroka w gówno – parsknął. – A tamta babka już dwa razy próbowała zwrócić twoją uwagę. Drink jej się skończył – wskazał dyskretnym ruchem głowy na niską, ciemnowłosą kobietę. – Obsłużyłem ją, ale ogarnij się człowieku.
Otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, ale zrezygnowałem. Nawet nie pofatygowałem się, żeby poprawić to jego „gówno” na „gnata”. Nie było sensu. Lepiej trzymać gębę na kłódkę, niż wdawać się z nim w dyskusję.
Zbliżała się dziesiąta, a towarzystwo z Warszawy tak się zintegrowało, że nie nadążaliśmy z napełnianiem kufli piwem i donoszeniem schłodzonych butelek wódki. Sucz pewnie zacierała łapy, bo wyglądało na to, że bardzo dobrze wyjdzie na tej imprezce. Całe szczęście po tym jak wróciłem z kantorka, pojawiła się tylko raz i to na krótko. Nie chciałem jej oglądać i miałem nadzieję, że uda mi się jej unikać do czasu, aż wymyślę coś, co pomoże mi i Pauli wynieść się stąd, nie tracąc kasy.
Próbowałem się skupić na pracy, ale co chwilę migała mi gdzieś kitka Pauli i natychmiast odrywałem się od zajęcia i gapiłem na nią jak psychopata. Nie mogłem się jednak powstrzymać. Wyglądała tak słodko w mojej koszuli i z tymi rumieńcami na policzkach. Przed chwilą potknęła się o wykładzinę i zrobiła wielkie oczy, myśląc, że zaraz wywinie orła. Parsknąłem na ten widok tak głośno, że kilka osób popatrzyło na mnie jak na wariata.
Zbliżała się jedenasta, wszyscy biesiadnicy ze stolicy mieli już bardziej, niż w czubie i zaczynali zachowywać się jak bydło. Nienawidziłem tego typu klientów. Takich co to siedzi wyprostowany pod krawatem i z kijem w dupie klepie w klawiaturę, żeby potem wieczorem nachlać się jak zwierzę i pokazywać swoją prawdziwą naturę chama.
Zignorowałbym takie zachowanie, ale w tej chwili nie chodziło o mnie, tylko o Paulę. Moją Paulę. W pewnym momencie jeden z tych cweli chwycił ją pod boki i siłą posadził na kolanach. Wtedy wszystko wokół mnie zniknęło. Widziałem tylko zezłoszczoną i zażenowaną Lisicę. Ruszyłem do tamtego miejsca, niemal siłą odpychając od siebie Wojtka, który próbował mi coś powiedzieć. Byłem już w sali restauracyjnej, gdy jak z pod ziemi wyrósł Igor. Zanim dopadłem do tego zapijaczonego gnoja, Igor klepnął go w ramię i powiedział do niego ostrym tonem:
- Wypuść ją.
Tamten podniósł do góry ręce w geście niewinności, a potem wziął kieliszek napełniony wódką i wlał go sobie prosto do gardła. Był czerwony jak świnia i tak też się zachowywał. Nie zamierzałem tak tego zostawiać. Nie zważając na konsekwencję, podszedłem do typa i już miałem go wywrócić z krzesłem, ale poczułem uchwyt na nadgarstku i zwróciłem się w tamtą stronę. Kątem okaz zobaczyłem jak Wojtek z Andrzejem idą w moim kierunku, ale miałem to gdzieś. I tak mnie nie powstrzymają.
- Daj spokój, Olek – powiedziała Paula i uśmiechnęła się delikatnie.
Chwilę myślałem nad tym, żeby jednak dać nauczkę temu chamowi, ale doszedłem do wniosku, że i tak gówno z tego zrozumie. Był tak pijany, że pewnie nie pamiętał jak się nazywa. Splotłem palce z palcami Pauli i wyprowadziłem nas na korytarz, a potem przez tylne wyjście na zewnątrz.

Paula
Byłam wściekła, zmęczona i zdenerwowana. Gdy wyszliśmy na zewnątrz, owionął mnie chłodny, nocny wiatr. Trochę pomogło mi to ochłonąć, ale najlepszym balsamem na moje dolegliwości był dotyk Olka. Nienawidziłam obsługi klienta, a już najbardziej nie znosiłam kelnerowania. Nie potrafiłam być miła dla przypadkowych ludzi, a już tym bardziej nie przechodziły mi przez gardło uprzejmości w stosunku do ludzi, którzy byli niemili dla mnie. To była istna katorga.
- Pijany skurwiel – syknął Olek, gdy schowaliśmy się w zacienionym miejscu, na drodze prowadzącej do sadu.
- Świnia! – dodałam.
- Wieprz!
- Knur! – krzyknęłam.
Roześmieliśmy się w głos. Tego było nam trzeba. Olek przygarnął mnie do siebie i objął, a potem niespodziewanie pocałował. Wspięłam się na palcach i objęłam go za szyję, bo nie potrafiłam się powstrzymać. Byłam w nim tak bardzo zakochana i cała w skowronkach, gdy zauważyłam, że cały wieczór gapi się na mnie i posyła uśmiechy. A gdy ruszył mi na ratunek, wtedy zakochałam się w nim jeszcze bardziej.
Kiedy się od siebie oderwaliśmy, aby złapać oddech, Olek spojrzał mi głęboko w oczy i czule pogładził po policzku. Serce omal nie wyskoczyło mi przez gardło.
- Paula… – zaczął niepewnie – Naprawdę bardzo cię lubię. Bardziej, niż bardzo i nie chcę, żeby to się kończyło wraz z wakacjami – dodał i przełknął ciężko ślinę.
Nie miałam już serca. Teraz w mojej klatce piersiowej działał młot pneumatyczny. Zrobiło mi się gorąco, a po plecach przebiegł dreszcz, jakbym zmarzła. Olek chciał czegoś więcej. Chciał, abyśmy kontynuowali to, co się między nami pojawiło. W tej chwili byłam tak bardzo szczęśliwa.
- Co ty na to? – zapytał, podnosząc pytająco brwi.
Spociły mi się ręce i zakręciło w głowie.
- Ale jak? – zapytałam smutno.
Nie miałam pojęcia jak moglibyśmy kontynuować naszą znajomość, skoro mieszkaliśmy na dwóch przeciwległych krańcach kraju. Jak mielibyśmy się widywać?
- Nie myśl o tym, tylko powiedz, czy byś tego chciała – nalegał zdenerwowany.
Skinęłam głową, a Olek ponownie zaatakował mnie pocałunkami. Jedną ręką gładził mnie po karku, a drugą przeczesywał włosy. To było niesamowite uczucie. Zamknęłam oczy i poddałam się jego dotykowi i pocałunkom. Dryfowałam teraz w chmurach i na kilkanaście sekund nie miałam żadnych zmartwień. Noc była gwieździsta i przesiąknięta ziemistym zapachem. Olek zakończył pocałunek, delikatnie muskając moją dolną wargę. Nie chciałam kończyć. Mogłabym nie odrywać się od jego ust już nigdy, ale niestety musiałam kiedyś zacząć oddychać.
- Chyba musimy już wracać – powiedziałam, zerkając w stronę wysokich rozświetlonych okien.
Strasznie nie chciałam tam wracać, ale byliśmy w pracy. Chwila odpoczynku wśród cykania świerszczy i rechotu żab dodała mi trochę energii. Kogo chciałam oszukać…to nie żaby, czy świerszcze dały mi energię, tylko gotowość Olka do kontynuowania naszej znajomości.
- Jeszcze nie.  Poradzą sobie bez nas – rzucił i pociągnął mnie na trawę. – Siadaj – poklepał swoje kolana.
Pokręciłam głową, ale z ochotą usiadłam we wskazanym miejscu. Olek objął mnie w pasie i przytulił twarz do mojej szyi. To było takie niespodziewane i takie miłe. Objęłam go za szyję i oparłam policzek na jego głowie. W takiej pozie zastygliśmy na kilka dobrych minut. Bałam się głośno oddychać, żeby nie przerywać tego momentu, który wydał mi się magiczny. Jakbyśmy się znaleźli w innej rzeczywistości, zamkniętej po drugiej stronie lustra. Zdałam sobie wtedy sprawę, że świat może być idealny. Jeśli masz przy sobie właściwą osobę, to nic nigdy cię nie złamie. Było stanowczo za wcześnie, żeby tak czuć, ale nic nie mogłam na to poradzić. Nie mogłam zatrzymać tego, co działo się w moim sercu. Czułam ból, słodki ból. Mogłabym nie jeść i nie spać, a wiem, że i tak dałabym radę przeżyć, bo karmiłabym się tym słodkim bólem.
Jeśli tak właśnie smakuje miłość, to teraz miałam pewność, że nigdy nie byłam tak naprawdę zakochana.
- Paula? – zapytał po długiej jak wieczność chwili.
- Tak? – odchyliłam się i spojrzałam mu w oczy.
Pomimo ciemności, widziałam jego twarz i niebieskie tęczówki w większości przykryte źrenicami. Delikatnie dotknęłam jego policzka. Uwielbiałam czuć pod palcami tę szorstkość jednodniowego zarostu. Uwielbiałam jego kształtne usta, przydługą grzywkę i jego zapach. Najbardziej jednak zakochałam się w tym, kim był. Nie spotkałam nigdy w życiu chłopaka, który byłby tak bardzo idealny.
- Zatańczysz ze mną? – zapytał.
Zmarszczyłam brwi nie do końca rozumiejąc, o czym mówi.
- Teraz?
- Tak – powiedział zdecydowanie i poważnie.
Wstałam z jego kolan. Olek wyciągnął do mnie rękę, prosząc mnie w ten sposób, abym pomogła mu wstać. Wzniosłam do góry oczy i pociągnęłam go do siebie, wydając przy tym wojowniczy okrzyk. Chyba nie doceniłam własnej siły, bo gdy Olek stał już na nogach, moc jaką włożyłam w ten wysiłek odrzuciła mnie do tyłu. Upadłam z impetem tyłkiem na trawę. Zabolało. 
Olek rechotał wniebogłosy, a ja będąc jeszcze na leżąco, kopnęłam go w tyłek.
- To twoja wina i jeszcze się śmiejesz. Cham! – krzyknęłam i dołożyłam do tego kolejnego kopniaka.
Olek zgiął się w pół i wyglądał, jakby miał się za chwilę zapowietrzyć. A to głupek. Skoczyłam na nogi tak szybko, jak ninja, a potem wprawnym zapaśniczym chwytem próbowałam powalić go na plecy. Głupek stał jak słup i do tego zaczął się jeszcze bardziej śmiać. W takiej sytuacji mogłam zrobić tylko jedno…wymierzyłam mu kolejnego kopniaka w dupę.
- Chcesz…mnie skopać…do nieprzytomności – wycharczał pomiędzy kolejnymi salwami śmiechu. – Błagam…przestań…bo umrę ze śmiechu.
W końcu udało mi się go powalić. To znaczy, sam siebie powalił na plecy…ze śmiechu. Założyłam ręce na piersi i zmierzyłam go karcącym wzrokiem. Olek przestał się śmiać i wyciągnął do mnie rękę, a potem powiedział:
- Uwielbiam cię.
Otworzyłam szeroko usta, czując jak oblewa mnie gorąco.
- Zatańczmy – zakomunikował i wciąż leżąc, wybrał jakiś utwór na telefonie.
Był to skoczny melodyjny kawałek, którego nigdy wcześniej nie słyszałam (Max Farenthide & Hubertuse ft. Meeshanth - Be With U). Olek wziął mnie za rękę i zaczęliśmy podrygiwać w takt hipnotyzującego bitu. Muzyka totalnie nas porwała i teraz pląsaliśmy pomiędzy drzewami, jak dwie szalone pchły na równie szalonym psie.

Potem przyszła kolej na latynoski kawałek. Olek zaczął się wygłupiać, kręcąc dramatycznie biodrami. Na ten widok zaczęłam się histerycznie chichrać. Rozłożyłam ręce i zaczęłam się obracać dookoła. W tej chwili byłam najszczęśliwszą dziewczyną na świecie.

*zdjęcia: pinterest.com Lindsay Hansen i Wyatt Nash

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz