środa, 22 marca 2017

"Sezon na lisa" Rozdział 15

Olek
- Nie babciu, nie szlajam się po barach jak degenerat, bo tu nie ma żadnych barów. To wieś. – tłumaczyłem. 
- To znaczy, że jakby były, to byś się szlajał? – zapytała spokojnie.
Wiedziałem, że robi sobie ze mnie jaja, dlatego nie poczułem się zirytowany tym przesłuchaniem. Uwielbiała drzeć ze mnie łacha.
- Oczywiście, że nie – odparłem równie poważnie.
- Mam też nadzieję, że się zabezpieczasz i że nikogo jeszcze nie zbrzuchaciłeś – dodała równie poważnym głosem. – Jestem za młoda, żeby zostać prababką.
- Bardzo śmieszne, stara kobieto. Bardzo. Nie powinnaś czegoś wydziergać, zamiast stroić sobie żarty z bogu ducha winnego wnuka? – zapytałem.
- Dobra – skończyła się śmiać. – Co u Sary? – zapytała.

Babcia uwielbiała Sarę i słusznie podejrzewała, że interesowałem się nią w sposób inny, niż tylko przyjacielski. To jednak była już przeszłość.
- Zaręczyła się z Pawłem – odparłem lekko.
W słuchawce zapadła cisza. Bardzo chciałem wyprowadzić babcię z błędu i wyjaśnić, że moje głupie zadurzenie nie jest już aktualne, ale nie mogłem tego zrobić, bo to przypuszczenie nigdy nie wyszło z babcinych ust. Głupia sytuacja.
- I jak się z tym czujesz? – tym razem w jej głosie zabrzmiała autentyczna troska.
- Normalnie – odrzekłem radośnie. – Jest z Pawłem szczęśliwa. Wprawdzie ciągle uważam kolesia za buca, ale jest dla Sary dobry i to jest dla mnie najważniejsze.
- Ale przecież…– zaczęła, ale szybko jej przerwałem.
- Poznałem kogoś.
Babcia znowu zamilkła, ale tylko na kilka sekund.
- To chłopak? Bo jeśli tak, to wiedz, że ja jestem tolerancyjna.
Rozdziawiłem gębę i autentycznie mnie zatkało.
- Co? – pisnąłem. – Nie! Dlaczego w ogóle przyszedł ci do głowy taki pomysł – oburzyłem się.
- Bo wy, ładni chłopcy, lubicie trzymać się razem – wyjaśniła. – Więc pomyślała…
- Źle pomyślałaś – szybko jej przerwałem. – To dziewczyna. Śliczna, mądra dziewczyna – dodałem, chociaż wciąż pozostawałem w szoku po tym, co przed chwilą usłyszałem.
- Mów. Chcę wiedzieć wszystko – zażądała.
Westchnąłem ciężko, ale palił mnie język, żeby komuś o tym powiedzieć. Musiałem to z siebie wyrzucić, bo to uczucie rozsadzało mnie od środka.
- Ma na imię Paula. Jest ruda, jak lis. Potrafi być pyskata. Jest zabawna i urocza. Pracuje na kuchni, ale prowadzi też zajęcia z hipoterapii, wiesz taka terapia z końmi. Mieszka z matką i bratem, który jest niepełnosprawny. Poznałem go, świetny dzieciak – musiałem się zatrzymać, bo zabrakło mi tchu.
- O mój Boże – zakwiliła do słuchawki babcia. – Zakochałeś się – kontynuowała piskliwie, aż musiałem odsunąć telefon od ucha. – Mój mały wnusio się wreszcie zakochał – zawyła głośno.
- Babciu, czy ty płaczesz? – zapytałem zdumiony.
- Nie – zapłakała.
- Przecież słyszę. Czemu płaczesz? – zrobiło mi się źle, bo nie mogłem słuchać jej szlochów.
- Już nie płaczę – pociągnęła nosem. – To z radości w ogóle – dodała, wydmuchując głośno nos.
- Nie przesadzasz? Nie żenię się jeszcze. To bardzo świeże, ale to cudowna dziewczyna i chciałbym, abyś ją poznała.
W słuchawce rozległ się kolejny szloch. Postanowiłem dać się babci oswoić z tą wiadomością i wypłakać należycie. Obiecałem, że jutro znowu do niej zadzwonię i pożegnałem się pospiesznie.
Dziś był dzień, w którym Paulę zwalniano z rannych obowiązków w kuchni, żeby mogła poprowadzić zajęcia z dzieciakami. Lubiłem na nią patrzeć podczas tych zajęć z hipoterapii. Była taka wyrozumiała i słodka. Uwielbiałem patrzeć jak wskakuje na grzbiet Arina i cwałuje po pastwisku. Uwielbiałem…Chryste. Potrząsnąłem głową, żeby skupić się na tym, co robię, bo za chwilę znowu będę słuchał jakichś debilstw od tych dwóch pojebów, Andrzeja i Wojtka.
Wypakowałem zakupy do spiżarni i skierowałem się do wybiegu dla koni. Rudzielec już tam był i rozmawiał z matką jakiegoś dzieciaka. Bardzo chciałem stać tu i cały dzień się jej przyglądać, ale czekała na mnie robota. Zanim jednak wycofałem się ze swojej stalkerskiej miejscówki – pod konarem rozłożystego dębu – usłyszałem za sobą głos.
- Chcesz jej wypalić dziurę w plecach? – zapytała rozbawiona Wiola.
Od kilku dni nasza relacja znacznie się ociepliła. Dziewczyna widziała mnie z Lisicą i zrozumiała, że to na poważnie. Zapewne wytłumaczyła sobie tym fakt, że ją odrzuciłem, chociaż nie tylko dlatego to zrobiłem. Nie miałem jednak interesu w tym, żeby wyprowadzać ją z błędu.
- Nie wiem, o czym mówisz – odrzekłem z uśmiechem. – Ja tylko nadzoruję, czy wszystko odbywa się zgodnie z planem.
Wiola roześmiała się w głos. Była w dobrym humorze, więc postanowiłem to wykorzystać.
- Posłuchaj, mam taką prośbę – zacząłem – Jutro przyjeżdżają moi znajomi, mogę zamienić mój dzień wolny z niedzieli na ten jutrzejszy?
- Czy przypadkiem jutro nie ma wolnego…hmm Paula? – w jej oczach pojawił się błysk rozbawienia.
I teraz ona, pomyślałem zmęczony. Nie dadzą mi żyć. Mogliśmy się z Paulą ukrywać, ale wtedy musiałbym zastraszać każdego gnoja z osobna, a tak wszyscy w tym samym czasie mogli zobaczyć, że Lisica jest moja. Takie komentarze, jak ten przed chwilą były ceną za moje wygodnictwo.
- No więc? – ponagliłem ją zniecierpliwionym głosem.
- Masz fuksa. Szefowie wyjechali na długi weekend, więc spokojnie bierz jutro wolne – powiedziała lekko i uśmiechnęła się.
Ktoś wezwał ją machnięciem ręki i ruszyła w tamtym kierunku, mamrocząc coś pod nosem.
- Dzięki! – krzyknąłem za nią zadowolony, że wszystko układa się według mojego planu.
Podniosłem do góry ramiona, żeby się wyciągnąć, a potem ziewnąłem przeciągle. Dochodziła dwunasta i to był mój najsłabszy czas. Zawsze o tej porze odczuwałem spadek energii, który powinienem czymś odbudować, na przykład jakimś batonem energetycznym. Nie miałem nic pod ręką, ale zamierzałem za jakiś czas wrócić do pokoju po jakąś przekąskę. Do tej pory musi mi wystarczyć podekscytowanie spowodowane jutrzejszym spotkaniem ze znajomymi i przedstawienie im Pauli. Jeszcze nic jej o tym nie powiedziałem, ale zamierzałem to zrobić zaraz po jej zajęciach.
Posłałem w jej kierunku ostatnie tęskne spojrzenie, a potem wszedłem do stajni i zająłem się robotą.
Około czternastej zerwałem się na przerwę. Umierałem z głodu, a dzisiejszy upał dawał mi po głowie. Wziąłem talerz, na którym leżała jakaś mini porcja mięsa, ziemniaków oraz groszku z marchewką. Wiedziałem, że się tym nie najem. Westchnąłem z rezygnacją i wdrapałem na strych, a potem wszedłem do swojego pokoju. Od progu usłyszałem zza łazienkowych drzwi podniesiony głos Pauli. Spiąłem się wewnętrznie, jakbym szykował się na cios. W jednej chwili przestałem być głodny.
Odkąd pojawiła się w moim życiu Lisica, wszystko co mogło ją zranić, bądź zmartwić, uderzało też we mnie. Ta zależność w stosunku do osoby, którą znałem tak krótko, bardzo mnie zaskoczyła.
Zapukałem delikatnie do drzwi łazienki i czekałem. Nie usłyszałem odpowiedzi, więc wszedłem do środka. Rozemocjonowany głos Pauli stał się teraz donośniejszy. Była strasznie wkurzona.
- Wie pani co? – fuknęła. – Po tym, co pani mówi, wnioskuję, że sama się pani nadaje do szkoły specjalnej! – krzyknęła, a potem usłyszałem głuchy łoskot, jakby coś spadło na podłogę.
Nie mogłem dłużej czekać. Musiałem się dowiedzieć, co się stało. Poczułem ulgę, że nie rozmawia z matką. Zawsze po scysji z nią Pula popadała w marazm, z którego trudno ją było wyciągnąć.
Wszedłem do jej pokoju i przystanąłem z ręką na klamce.
- Wszystko okej? – zapytałem.

Paula
Usłyszałam za sobą głos i drgnęłam przestraszona. Byłam tak wściekła, że nie usłyszałam jak wszedł do pokoju. Wzięłam głęboki oddech i skinęłam głową. Jego widok zawsze mnie rozbrajał i sprawiał, że moje serce biło w zastraszającym tempie, a biorąc pod uwagę fakt, że widujemy się kilka razy dziennie, nie wróżyłam dobrze mojemu układowi krwionośnemu.
- Co się stało? – zapytał łagodnie i zrobił w moją stronę ostrożny krok.
Westchnęłam i usiadłam na łóżku.
- Adaś od września powinien iść do szkoły – zaczęłam zrezygnowana. – Wiesz jak się na to cieszy? – uśmiechnęłam się niemrawo.
- Na pewno szybko mu to minie – powiedział i usiadł obok mnie.
Sięgnął ręką do mojej dłoni i jakby z wahaniem nakrył ją, delikatnie przy tym muskając kostki moich palców. To był taki słodki gest, a ta niepewność w jego ruchach tylko bardziej mnie rozczuliła. Natychmiast splotłam nasze palce razem.
- Pewnie tak. Ale dziś się dowiedziałam, że odsyłają go do szkoły specjalnej – zalała mnie ponowna fala goryczy i wściekłości. – Adaś nie jest upośledzony umysłowo i nie może uczyć się w szkole, w której nie będzie mógł się rozwijać – mój głos prawie się załamał, ale powstrzymałam to.
- Ale kto tak zarządził? – zapytał Olek.
- Jakieś głupie baby z poradni psychologiczno-pedagogicznej – odpowiedziałam, zwracając się do niego twarzą. – Adaś jest taki samotny. Nie ma przyjaciół, bo i gdzie ma ich znaleźć? Wiem, że ta jego radość z pójścia do szkoły wynika przede wszystkim z tego, że cieszy się, że pozna inne dzieci – w tym miejscu nie mogłam już powstrzymać łez.
Czułam się podle obarczając go moimi problemami, ale tak jak mój brat, nie miałam nikogo, kto by mnie wysłuchał. Nie miałam bliskich przyjaciół, bo nie miałam na nich czasu, bo nie byłam nigdy taka jak wszyscy, bo musiałam szybciej dorosnąć. Nie wszyscy to rozumieli.
- Hej, nie płacz – wziął moją twarz w obie dłonie i wytarł kciukami łzy.
- Przepraszam, nie wiem, co się ze mną dzieje. Nigdy nie płakałam tyle, co przy tobie – próbowałam się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego jakiś krzywy grymas.
- Zazwyczaj inaczej działam na kobiety, ale co poradzić – odparł i spojrzał mi w oczy. –Nie martw się. To wszystko na pewno da się odkręcić – zapewnił.
- Nie mogę się rozdwoić. Nie mogę być jednocześnie tu i tam, żeby dopilnować spraw.
Czułam się taka bezsilna i pozbawiona energii. Czy mój organizm dawał mi właśnie znać, że biorę na siebie za dużo? Nigdy nie czułam się tak zmęczona. Tylko przy Olku potrafiłam się odciąć od mojego smutnego życia. Tylko przy nim.
- Zadzwoń do matki i nakaż jej, żeby się tym zajęła, a jeśli temu nie podoła, znowu wymkniemy się na kilka godzin i rozprawimy się z tą hordą durnych bab – zapewnił.
Uśmiechnęłam się. Miał rację. Jutro postaram się wykonać kilka telefonów i może uda mi się załatwić tę sprawę bez urywania się z pracy, ale nawet jeśli nie, nie poddam się. Nie pozwolę, aby ktoś odebrał Adasiowi szansę na normalny rozwój. Los odebrał mu już tak wiele. Nie pozwolę go skrzywdzić jakimiś pomyłkami urzędniczymi.  
- Załatwię to, choćbym miała ich tam wszystkich skopać do nieprzytomności – zadecydowałam z determinacją.
Olek wytrzymał tylko milisekundę, po czym wybuchnął gromkim śmiechem. Wywróciłam oczami i pchnęłam go na łóżko, a potem usiadłam na nim okrakiem i zaczęłam dusić poduszką. Olek zaczął się ze mną mocować, ale wiedziałam, że w ogóle nie wykorzystuje swojej przewagi siłowej. I dobrze, bo bym mu dopiero pokazała.
- Nie zabijaj! – udał, że krzyczy ze strachu. – Nie skopuj mnie na śmierć! – dodał, a ja docisnęłam poduszkę.
Po chwili Olek przewrócił mnie na plecy i przytrzymał moje nadgarstki nad głową. Oddychał szybko, a jego długa boysbandowa grzywka spadła na moją twarz i połaskotała mnie w nos. Kichnęłam, a Olek widząc moją reakcję, z premedytacją kontynuował trzepanie nią po moim nosie.
- Głuuuupek! – krzyknęłam i zaczęłam chichotać.
- Masz karę za to, że próbowałaś mnie udusić własną poduszką – powiedział i zrobił jeszcze kilka ruchów, przy których jego włosy weszły mi prawie do nozdrzy.
- Przestań, bo cię osmarkam – zagroziłam i to poskutkowało.
Odrzucił do tyłu włosy seksownym ruchem, a potem nachylił się nade mną i delikatnie musnął ustami moje wargi. Po moim ciele natychmiast rozlało się znajome ciepło. Pachniał stajnią i potem, ale ten zapach kompletnie mi nie przeszkadzał. Był prawdziwy tak, jak prawdziwy był Olek. Oddałam pocałunek z desperacją, o jaką siebie nie posądzałam. Pragnęłam go jak nikogo innego na świecie. Pragnęłam jego towarzystwa, jego ciała, jego żartów, śmiechu i ciepła.
Całowaliśmy się w sposób, którego nie potrafiłabym opisać. Powoli i zmysłowo. Czułam go każdym fragmentem ciała. Wyswobodziłam ręce z jego uścisku i założyłam mu je na szyję. Chciałam go dotykać i być tak blisko jak to możliwe. Włożyłam dłonie pod jego koszulkę, a potem sunęłam nimi po jego torsie, chcąc się całkowicie zatracić w tym, co się działo.
Olek przerwał nasz pocałunek i spojrzał mi głęboko w oczy. Zobaczyłam w nich wszystko, co chciałaby zobaczyć zakochana kobieta. Zobaczyłam wzajemność.
Chłopak odchrząknął i ściągnął mocno wargi, a potem uśmiechnął się rozbrajająco. Jak ja uwielbiałam te jego beztroskie uśmiechy, które rozpromieniały całą jego twarz. Nie mogłam się powstrzymać i dotknęłam jego policzka. Olek zamknął oczy i położył głowę na moich piersiach. Pogładziłam go po włosach i ponownie poczułam się jak Alicja w krainie czarów. Bez problemów i sprecyzowanych planów na przyszłość. Było mi dobrze.
- Musze ci coś powiedzieć – zaczął. – Jutro przyjeżdżają moi kuple. Wiolka dała mi na jutro wolne.
Poczułam się lekko zawiedziona, bo miałam nadzieję, że uda nam się wykraść kilka wspólnych chwil.
- A więc o tym rozmawiałeś z Wiolą przy stajni? – zapytałam, udając obojętność.
- Czyżbyś mnie znowu obserwowała z ukrycia? – podniósł głowę i uśmiechnął się pewnym siebie uśmiechem. – Czyżbyś była zazdrosna?
- Nie pochlebiaj sobie – odparłam, nie chcąc się z niczym zdradzić.
Byłam zazdrosna jak cholera. Wprawdzie wiedziałam, że Wiola mu się nie podoba, ale zauważyłam, że od jakiegoś czasu ich relacja trochę się zmieniła. Kilka razy widziałam ich jak żartują i rozmawiają w całkiem przyjaznej atmosferze. Nienawidziłam się za to, ale wolałam, jak się do siebie nie odzywali.
- Jesteś zazdrosna jak nic, ale cię rozumiem. Sam byłbym o siebie zazdrosny.
Pacnęłam go ręką po głowie.
- Niedoczekanie, głupku – zapewniłam z pewnością.
- I tak wiem swoje – odchrząknął. – Ale wracając do jutrzejszego dnia i moich kumpli – w jego głosie pojawiła się niepewność – Chciałbym cię im przedstawić – zamilkł na kilka sekund. – Co ty na to, żeby spędzić z nami cały jutrzejszy dzień? – podniósł się na łokciu i wpatrywał się we mnie z nadzieją.
Serce znowu zaczynało obijać mi się o żebra. Chciał mnie przedstawić. Uśmiechnęłam się szeroko, nie mogąc się powstrzymać, ale szybko się zreflektowałam. Było już jednak za późno. Olek zobaczył ten mój niepohamowany entuzjazm.
- Czemu nie? Oprócz kilku telefonów z rana nie mam innych planów – odpowiedziałam, wzruszając ramionami.
W środku rozsadzała mnie taka radość, że teraz mogłabym chyba fruwać w powietrzu.
- Super – wyszczerzył się do mnie i zerwał pospiesznie z łóżka. – A teraz musimy zjeść i wracać do kieratu – wyciągnął do mnie rękę i pomógł mi się podnieść.
- Wszystko jest już zimne – zmarszczyłam nos, ale nie mogłam wybrzydzać.
Nie dostałam jeszcze pierwszej wypłaty i nie mogłam sobie pozwolić na większe zakupy. Musiałam jeść, co mogłam dostać w kuchni.
Olek przyniósł swój talerz i razem przysiedliśmy przy stole.
- Powiedziałem o tobie mojej babci – wypalił nagle, a ja w tym momencie zakrztusiłam się kawałkiem ziemniaka.
Kiedy do siebie doszłam zapytałam:
-  Co takiego jej powiedziałeś?
Wpatrywałam się w Olka, jakby ten miał za chwilę zniknąć.
- W zasadzie nic takiego – wzruszył nonszalancko ramionami i wgryzł się w kotleta. – Powiedziałem, że poznałem taką jedną rudą lisicę, która uprzykrza mi życie – uśmiechnął się, a potem wsadził sobie do ust kopiec ziemniaków z marchewką i groszkiem.
Odpowiedziałam uśmiechem. Kolejna fala radości przeszyła moje wnętrze. Olek traktował mnie poważnie.
- Wiesz, co moja babcia mawia o rudych – zagadną z błyskiem nikczemności w oczach?
- Nom?
- Że wśród rudzielców nie ma starych panien i starych kawalerów – obserwował mnie uważnie.
- Ale, że co? Umierają młodo? – zapytałam zaciekawiona.
Zaśmiał się.
- Nie. Po prostu są zbyt rzadkim zjawiskiem, żeby nikt się nimi nie zainteresował – odpowiedział, wpatrując się we mnie jak w obrazek.
To ci dopiero, pomyślałam. Tego jeszcze nie słyszałam.
- Twoja babcia to bardzo mądra kobieta – odrzekłam poważnie, a potem przygryzłam wargę, bo wydało mi się, że będzie to wyglądało seksownie i chyba zadziałało, ponieważ Olek przełknął ciężko ślinę, a potem natychmiast spuścił wzrok.
Dokończyliśmy posiłek w ciszy, ale wokół było głośno od naszych myśli, pragnień i nadziei. 

1 komentarz:

  1. Cudownie jak zawsze *_* Babcia Olka to zdecydowany hit tego rozdziału :D

    OdpowiedzUsuń