poniedziałek, 3 kwietnia 2017

"Adam" Prolog

Zapraszam Was na fragment kolejnej książki, którą rozpoczęłam kilka dni temu i która nie daje mi po nocach spać :D
Piszcie śmiało, co sądzicie.

Adama zobaczyłam po raz pierwszy pewnego jesiennego popołudnia. Zjawił się na progu naszego domu w towarzystwie pracownicy socjalnej. Pamiętam ten dzień bardzo dobrze. Miałam wtedy szesnaście lat, Adam był ode mnie dokładnie o rok starszy. Dokładnie, ponieważ oboje obchodziliśmy urodziny tego samego dnia. Wtedy uznałam to za ciekawy zbieg okoliczności, ale teraz myślę, że to nie był przypadek.
Jeszcze żadne dziecko nie pojawiło się u nas w takich nietypowych okolicznościach. Oczywiście nazwanie wyrośniętego siedemnastolatka „dzieckiem” było kompletnie nieadekwatne, ale z przyzwyczajenia takim właśnie terminem posłużyłam się wtedy w myślach. Jednak gdybym miała oceniać jego wiek po oczach, powiedziałabym, że przeżył już chyba ze sto lat.
Przyglądałam się jego przekazaniu, ukryta za filarem przy schodach i z każdą mijającą sekundą stawałam się bardziej nerwowa. Chyba już wtedy przeczuwałam, bardziej instynktownie, niż świadomie, że coś się w moim życiu zmieni. 
Kiedy powolnym i lekko zblazowanym krokiem Adam wszedł do przestronnego salonu, z okien którego rozpościerał się widok na pola, łąki i niewielki zagajnik, mogłam mu się lepiej przyjrzeć. Miał na sobie spraną, bordową bluzę, przykrótkie dżinsy z szerokimi nogawkami i stare trampki. Spod kaptura wystawały kosmyki ciemnoblond włosów. Na jego twarz padał cień, wiec nie byłam w stanie dostrzec rysów. Znudzonym wzrokiem przesuwał po podłodze, aż w pewnym momencie podniósł głowę i jakby wiedział, że się tam skrywam, spojrzał wprost na mnie. Jego ciemnobrązowe oczy przeszyły mnie na wylot. Wyraz jego twarzy nie zmienił się, pozostał kamiennie obojętny, ale te bezdenne oczy żyły. Na kilka długich sekund dałam się porwać temu spojrzeniu. Poczułam się tak, jakbym płynęła na gwałtownej fali, która za chwilę mnie przykryje. Speszona natarczywością z jaką się we mnie wpatrywał, odwróciłam wzrok. Nie mogłam się jednak powstrzymać i ponownie zerknęłam w jego stronę. Dopiero wtedy zauważyłam to, czego nie dało się w żaden sposób ukryć.
Adam był jednym z nich. Zmyliły mnie jego ciemne oczy, ale posiniaczona twarz i ręka w gipsie nie mogły już zmylić nikogo. Był maltretowany.
Gdy w salonie pojawili się moi rodzice, pobiegłam na górę do swojego pokoju, żeby ochłonąć po tym, co zobaczyłam. Tamtego późnojesiennego popołudnia zmieniło się moje życie. Nie od razu i nie gwałtownie, ale nieodwracalnie. Żeby jednak pójść z moją opowieścią dalej, powinnam zacząć od same początku.
Byłam jedynym dzieckiem moich rodziców i bynajmniej nie dlatego, że nie chcieli mieć więcej dzieci, po prostu nie mogli. Gdy mama była ze mną w ciąży, wszystko przebiegało w należytym porządku, ale poród to już zupełnie inna historia. Doszło wtedy do komplikacji, na skutek których mamie usunięto macicę. Z opowieści babci wiedziałam, że mama bardzo długo nie mogła się z tym pogodzić. Chorowała na depresję, a w pierwszych dniach po moich narodzinach prawie się mną nie zajmowała. Mówi się, że dla niemowlęcia kontakt z matką w pierwszych godzinach po porodzie jest kluczowy. Stymuluje jego rozwój i daje poczucie bezpieczeństwa po traumie związanej z porodem. Mnie pozbawiono przywileju schronienia się w ramionach matki zaraz po przyjściu na świat i właśnie tym tłumaczę sobie to, że nie lubię przyjmować czułości od drugiego człowieka. Pragnę jej, ale nie umiem jej przyjmować.
Gdy dorastałam, odkryłam istotę idealnego macierzyństwa. To składowa dwóch najważniejszych czynników, a mianowicie instynktu i miłości. Ten pierwszy może zaistnieć bez drugiego, ale ten drugi nie może pojawić się bez pierwszego. Gdy rodzi się dziecko, kobieta działa pod wpływem instynktu, a jej największym priorytetem staje się jego bezpieczeństwo. Miłość do dziecka rodzi się z czasem. Wraz z każdym dniem i każdą minutą rozrasta się. Staje się oddzielnym tworem, który nigdy nie zniknie z jej serca.
Nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego nie wystarczyłam mojej mamie. Dlaczego rozpaczała za tym, co nie pojawiło się jeszcze na świecie, a nie mogła docenić tego, co już posiada? Moja mama pragnęła być kimś więcej, niż tylko moją matką. Pragnęła znaleźć ujście dla swoich nie do końca spełnionych macierzyńsko potrzeb, przygarniając niechciane, porzucane i zaniedbywane dzieci. Tylko na chwilę i tylko na jakiś czas, ale najwyraźniej to jej wystarczało. 
Z czasem zrozumiałam, że moja mama obdarzona została silnym instynktem macierzyńskim, natomiast nie potrafiła mnie pokochać. Byłabym niesprawiedliwa, gdybym powiedziała, że nie zależało jej na mnie, ale z całą pewnością nie było w niej tej idealnej miłości matki do dziecka. Myślę, że mama podświadomie winiła mnie za swoją bezpłodność. W końcu to ja, nie kto inny, pozbawiłam ją tego przywileju.
Przez lata nie potrafiłam się z tym pogodzić, ale teraz myślę, że nic nie dzieje się bez powodu. Nic nie bierze się z niczego, a życie nie może być sumą przypadkowych zdarzeń. Gdybym miała możliwość dokonania zmian w przeszłości, nie zmieniłabym niczego, ponieważ wierzę w efekt motyla. Wierzę, że najmniejsza ingerencja w przeszłość, totalnie zmieniłaby bieg wydarzeń. Zmieniłaby moją teraźniejszość.
Gdyby nie ta historia, rodzice nigdy nie zdecydowaliby się na stworzenie domowego pogotowia opiekuńczego. A ja…nigdy nie poznałabym Adama.
Mieszkaliśmy w sporym gospodarstwie, w którym zawsze było coś do zrobienia. Naszą posesję otaczały mazurskie pola i lasy. Za gęstym zagajnikiem znajdowało się spore jezioro, otoczone sitowiem. Na jego brzegu tato wybudował drewniany pomost, z którego latem razem z przyjaciółmi urządzaliśmy sobie zawody w skokach do wody. Okolica była piękna, spokojna i czysta. Moja mama nie pracowała zawodowo, a tata uzyskiwał spore dochody z gospodarstwa. Właśnie to przesądziło o wydaniu zgody na stworzenie w tym odosobnionym miejscu azylu dla dzieci. Byliśmy ich spokojną przystanią w drodze do nowego życia, jak mawiała mama, próbując mi wyjaśnić, dlaczego pojawia się u nas tyle nowych dzieci i dlaczego żadne z nich nie zostaje z nami na dłużej.
Jako dziecko nie rozumiałam tego, po prostu przyjęłam te słowa, ale nie miały dla mnie głębszego sensu. Czułam także, że każde z tych dzieci okrada mnie z uwagi i uczucia rodziców. Musiałam się z nimi dzielić ich miłością i czasem, który powinien przysługiwać tylko mnie. Bardzo długo miałam o to pretensje, ale z czasem mój dziecięcy egoizm ustąpił zrozumieniu i rozwijającej się empatii. A przyczyniła się do tego Ola.
Miałam dziesięć lat, gdy w towarzystwie dudniących odgłosów burzy zjawiła się u nas czteroletnia dziewczynka w żółtej sukience. Byłaby śliczna, gdyby nie fakt, że nie miała włosów, a jej głowę, tuż nad prawym uchem, szpecił duży szew. Ola była głuchoniema. Nie od zawsze. Urodziła się jako zdrowe, trzykilogramowe niemowlę. Od tamtej chwili powinno być już tylko lepiej, ale to nie była jedna z tych opowieści. Tamtego dnia rozpoczął się horror małej dziewczynki, o której zapomniał świat. Przez trzy i pół roku była regularnie bita i maltretowana przez swoją matkę i ojczyma. Po którejś z libacji alkoholowych, jeden z sąsiadów zlitował się wreszcie nad dzieckiem i wezwał policję, a ta z kolei powiadomiła opiekę społeczną. Dziecko znaleziono nieprzytomne na materacu, który służył mu za posłanie. Z jego ucha i głowy sączyła się krew. Drobnym ciałem dziewczynki co chwilę wstrząsał dreszcz.
Ten, mam nadzieję, ostatni w życiu cios, który otrzymała w głowę, pozbawił ją szans na szczęśliwe życie. Zabrał jej słuch, a przez to także mowę.
Gdy pierwszy raz spojrzałam w bladoniebieskie oczy Oli, zrozumiałam, że dziewczynka jest martwa. Nie w fizycznym znaczeniu tego słowa, ale w każdym innym. Od tamtej pory w myślach dzieliłam pojawiające się u nas dzieci na martwe i żywe. Potrafiłam to bezbłędnie rozpoznać po jednym spojrzeniu. To dzięki Oli pojęłam, że to, co dzieje się w naszym domu, ma znaczenie. Gdy byłam już starsza i bogatsza w historie o niechcianych dzieciach, doszłam do wniosku, że dla niektórych z nich lepiej byłoby się nigdy nie urodzić. 
Adam żył. Był jednym z tych, którzy wciąż walczyli i cały czas mieli nadzieję.
Adam trafił do właśnie do nas, ponieważ nikt inny go nie chciał. Nie było dla niego miejsca w żadnym pogotowiu opiekuńczym, ani domu dziecka. Żadna z zaprzyjaźnionych rodzin nie była w stanie go przygarnąć nawet na kilka dni. Moi rodzice także nie wyrazili zgody, aby u nas zamieszkał. Mój ojciec bał się, że siedemnastoletni chłopak z dość szemraną przeszłością narobi zbyt dużo zamieszania w domu. W tamtym czasie mieli trójkę dzieci, które czekały na adopcję par z Niemiec i Austrii. Tak naprawdę nie chodziło im o dzieci. Chodziło im o mnie. Bali się, że Adam przyczyni się do mojej degeneracji.

Skąd mogli wiedzieć, że Adam na zawsze zmieni moje życie. Skąd mogli wiedzieć, że mnie uratuje mnie na tysiąc różnych sposobów. 

7 komentarzy:

  1. Zapowiada się ciekawie! Proszę o więcej ☺

    OdpowiedzUsuń
  2. więcej... chcę więcej. Mam dreszcze i ciarki. Lubię to ! <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Megamegamega! Adam juz mi wszedł do głowy :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Się zapowiada naprawde dobrze. Chcę wiedzieć co będzie dalej.

    OdpowiedzUsuń