czwartek, 1 czerwca 2017

"Sezon na lisa" Rozdział 20


Olek
Wszystko poszło zgodnie z planem. Odwiozłem Paulę na przystanek we wsi i czekałem z nią na wehikuł czasu, który nazywano tu autobusem.
- Będę za tobą tęsknił – powiedziałem, nie czając się.
Taka była prawda i chciałem, żeby Paula o tym wiedziała. Rudzielec uśmiechnął się pod nosem tym swoim cwanym uśmieszkiem.
- A ty? – dopytałem, bo liczyłem na to, że odpowie tym samym.
- Co ja? – zapytała niewinnie, a potem przygryzła dolną wargę.
Przyciągnąłem do siebie tę małą rudą wiewiórę, która ewidentnie się ze mną droczyła i spojrzałem na nią z góry.

- No nie wstydź się i przyznaj, że będziesz umierać z tęsknoty za mną – podpowiedziałem jej.
Paula zaśmiała się słodko.
- Skoro tak mówisz – dodała, a ja nie mogłem się już dłużej powstrzymywać i pocałowałem ją  soczyście.
Prawda była taka, że to ja będę umierał z tęsknoty za nią. Byłem w niej zajebiście zakochany. Jak wariat. Jakbym miał naście lat i w głowie hektolitry hormonów, które napędzają mnie do życia. Odgarnąłem jej gęste, rude włosy z twarzy i pochłaniałem wzrokiem każdego piega i każdy szczegół, który był jej częścią, żeby zachować jej obraz w pamięci.
- Odezwij się od razu po przyjeździe i zadzwoń, gdy będziesz mogła rozmawiać. Ja tu wszystkiego dopilnuję – pogładziłem dłonią jej szyję.
Paula zamruczała zadowolona, zamykając jednocześnie oczy. Była słodka jak młody kociak. Czasami wydawało mi się, że czułość, która mnie ogarnia na jej widok kiedyś rozsadzi mnie od środka.
- Gdyby coś poszło nie tak, daj mi znać. Może się jakoś z tego wykręcę – powiedziała zmartwionym głosem.
- Nic się nie przejmuj. Panuję nad sprawą – zapewniłem po raz setny i przysiągłem sobie, że zrobię wszystko, żeby Paula mogła załatwić swoje sprawy bez uszczerbku na pensji.
Przyjechał jej autobus, a mnie ogarnął dziwny niepokój. Jakieś przeczucie, że widzimy się po raz ostatni. Odsunąłem od siebie te bzdury, bo zaczynałem się zachowywać jak stara zabobonna baba. Już zdecydowałem, że nigdy się z nią nie rozstanę i zrobię wszystko, żeby nam wyszło.
- Do zobaczenia, Tarzanie – uśmiechnęła się, wchodząc na pierwszy stopień starego, rozklekotanego autobusu. – Będę umierać z tęsknoty – powiedziała i szybko zamknęła za sobą drzwi.
Wyszczerzyłem się jak głupek, a potem podszedłem do okna, przy którym usiadła. Pomachała mi, a potem posłała ręką buziaka. Chryste, jaka jest słodka, pomyślałem całkowicie zadżumiony.
Wehikuł czasu ruszył w oparach dymu z gaźnika i tocząc się powoli znikał na ostrym zakręcie. Gdy straciłem go całkowicie z oczu, westchnąłem ciężko i wsiadłem do auta. Zaczesałem te cholernie za długie włosy do tyłu i pomyślałem, że chyba rzeczywiście zaczynam przypominać Tarzana. Zerknąłem w lusterko i nagle zalało mnie strasznie przygnębiające uczucie. Dojmująca pustka przygniotła moje serce. Próbowałem odgonić to uczucie, ale wracało do mnie jak bumerang.
Musiałem jak najszybciej wrócić do pracy. Tylko tak będę mógł oderwać myśli od tego, że dziś nie zobaczę się z Rudzielcem.
Zanim wróciłem do pensjonatu, zrobiłem zakupy do restauracji i wysłałem Pauli pięć SMS-ów z informacją, że już za nią tęsknię.
Odpisała tylko trzy razy, co wytknąłem jej w ostatniej wiadomości i czekałem na reakcję.
Jesteś natrętny, jak najnatrętniejszy owad.
Odpisała, gdy płaciłem za zakupy. Wyszczerzyłem się jak głupi. Uśmiechałem się szeroko, gdy wręczałem sprzedawcy plik gotówki. Popatrzył na mnie zmieszany, jakby bał się, że chcę go poderwać. To rozbawiło mnie jeszcze bardziej i musiałem szybko uciekać z hurtowni.
Ale i tak za mną tęsknisz. Na pewno teraz chuchasz na szybę i rysujesz na niej serduszko, a w środku napiszesz O+P.
Odpisałem siedząc już w aucie. Z moich ust nie mógł zniknąć głupkowaty uśmiech. Byłem tak zaaferowany korespondencją z Paulą, że dopiero w ostatniej chwili zauważyłem znajomą sylwetkę. Annę, kroczyła pewnie w moją stronę, lekko kołysząc się na wysokich szpilkach. Zaskoczony jej widokiem, omal nie zgniotłem puszki coli, którą trzymałem w dłoni.
Miała być na konferencji, przebiegło mi szaleńczo przez myśl. Przecież miało jej nie być, poczułem w ustach suchość. Może wyjeżdża dzisiaj? Pomyślałem z nadzieją. Odwróciłem głowę w przeciwną stronę, udając, że jej nie zauważyłem. Odważyłem się podnieść wzrok dopiero wtedy, gdy usłyszałem pukanie w szybę.
Otworzyłem drzwi i wysiadłem z samochodu. Gorący wiatr rozwiał mi włosy i żeby zająć czymś ręce, zaczesałem grzywkę do góry.
- Już po zakupach? – zapytała z uśmiechem, którego zaczynałem nienawidzić.
- Tak, właśnie miałem wracać do pensjonatu – nie odwzajemniłem jej uśmiechu.
Byłem zdenerwowany, ale starałem się nie dać tego po sobie poznać. Nie powinna się domyślić, że w środku gorączkowo myślę nad tym, co teraz zrobić. Jeśli ta wiedźma nie wybiera się na konferencję, to od razu zauważy nieobecność Pauli. Mogłem ją kryć, mówiąc, że jest gdzieś potrzebna, ale prędzej, czy później Anna się dowie, że jej nie ma. Musiałem coś szybko wymyślić.
- Pani nie na konferencji? – zapytałem, jakby nigdy nic, zapominając o tym, że miałem się do niej zwracać po imieniu.
Anna oparła się o maskę auta tak, że prawie dotykała mnie ramieniem. Miałem ochotę odskoczyć i wzdrygnąć się, ale ostatkiem sił powstrzymałem ten odruch. Z walącym sercem, czekałem na jej odpowiedź, a ona patrzyła na mnie w sposób, który przyprawił mnie o odrazę. Wiedziałem, że na mnie leci, ale żeby pokazywać to w tak jawny sposób i to z pełną świadomością, że jestem jej pracownikiem? Nie mieściło mi się to w głowie.
W tym momencie współczułem wszystkim kobietom świata, które muszą na co dzień przechodzić tego typu tortury. Bycie podwładnym kogoś wyzutego z moralności i kto stawia cię w sytuacji zależności, to największy syf na świecie.
- Nie. Krzysztof pojechał sam – użyła tonu, który miał sugerować, że będzie miała wolną drogę.
Serce omal nie wyskoczyło mi z piersi. Próbowałem za wszelką cenę wykombinować, jak ukryć nieobecność Pauli. Zapewne, gdyby Rudzielec nie poszedł do niej z prośbą o dzień urlopu ta pizda nie zwróciłaby uwagi na to, że jej nie ma. Anna nie zwracała uwagi na dziewczyny i kobiety. Interesowali ją jedynie faceci i to przynajmniej o połowę młodsi od niej.
Coś wymyślę, przekonywałem siebie w myślach i taki miałem zamiar. To był mój pomysł i nie mogłem pozwolić, aby Paula musiała ponosić za to konsekwencję. Nigdy bym na to nie pozwolił.
- Muszę wracać do restauracji – powiedziałem, próbując wykrzesać z siebie choćby cień uśmiechu.
Anna przez chwilę przypatrywała mi się bez słowa. Tym razem nie uciekłem od niej spojrzeniem. Chciałem dać jej do zrozumienia, że jej zachowanie kompletnie mnie nie rusza. Ona mnie nie rusza i to się nigdy nie zmieni. Nie wiem, czy potrafiła to odczytać z mojej twarzy, ale po chwili poruszyła się niespiesznie i odsunęła od samochodu.
- Okej. Do zobaczenia potem – rzuciła lekko i odeszła, wyzywająco kręcąc tyłkiem.
Wziąłem głęboki wdech, wskoczyłem do auta i natychmiast ruszyłem w drogę powrotną.
Do popołudnia wszystko toczyło się swoim rytmem. Niestety, o wpół do pierwszej w Lisiej Dolinie pojawiła się Anna. Już wcześniej poinformowałem chłopaków i panią Krysie, że ta żmija nie wyjechała i poprosiłem, żeby kryli Paulę ile będą mogli. Zgodzili się, ale w środku bardzo się stresowałem.
Wysłałem do mojej Lisicy SMS-a, że wszystko jest okej i poprosiłem, żeby dała mi znać, jak już będzie miała jakieś wieści o Adasiu. Życzyłem jej powodzenia i raz jeszcze przypomniałem o tym, że masakrycznie za nią tęsknię. Taka była prawda i to uczucie coraz mocniej mi doskwierało. Nie mogłem przestać o niej myśleć.
Zbliżał się wieczór, a ja odetchnąłem z ulgą. Po całym dniu życia w okropnym napięciu, pomyślałem z ulgą, że chyba mój plan się uda. Jeszcze tylko trzy godziny do obowiązkowego czasu pracy restauracji i Paula będzie bezpieczna. Niestety, moje nadzieje zostały zgniecione na proch, gdy w stajni pojawił się Andrzej. Po jego nietęgiej minie zrozumiałem, że wszystko się wydało. Serce załomotało mi mocno w piersi.
- Sorry, Olek, ale stara dowiedziała się o nieobecności Pauli. Wkurwiła się i kazała cię wezwać.
Zakląłem głośno i rzuciłem widły w stos siana. Rękawice robocze pofrunęły w to samo miejsce. Przemierzając drogę do biura Anny w mojej głowie panował totalny chaos. Słońce chowało się za horyzontem i na moment zatrzymałem się na środku drogi, żeby ochłonąć. Podszedłem do ogrodzenia i przed moimi oczami pojawiła się uśmiechnięta twarz Rudzielca i te milion piegów, które dodawały jej tyle uroku. Widziałem jej szare oczy, którymi potrafiła przekazać tysiące uczuć. Uwielbiałem to, że pomimo pozornej kruchości, była silna, zdeterminowana i parła do przodu. Kochałem to, że nie przejmowała się tym, co myślą i mówią o niej inni. Nigdy w życiu nie poznałem kogoś tak niesamowitego.
Wpatrywałem się w pastelowe niebo i zapragnąłem znaleźć się tam, gdzie ona. Jeśli miałem jeszcze jakieś wątpliwości, co do tego, gdzie powinienem się udać po skończeniu pracy w Lisiej Dolinie, to teraz rozpłynęły się one w rześkim wieczornym powietrzu. Chciałem być tam, gdzie będzie ona i nic nie mogłoby mnie przed tym powstrzymać. Przy niej byłem szczęśliwy i pełny, jak jeszcze nigdy wcześniej.
Odepchnąłem się od barierki i ruszyłem do biura. Przed drzwiami wziąłem głęboki wdech i zapukałem. Gdy usłyszałem zachrypły głos Anny, którym oschle zaprosiła mnie do środka, kolejny raz zalała mnie fala odrazy.
- Wzywała mnie pani? – zacząłem.
Kobieta obrzuciła mnie wściekłym spojrzeniem, z którego nic sobie nie robiłem. Nie o siebie się martwiłem.
- Gdzie jest Paula? – zapytała, odchylając się na krześle.
- Pojechała na jeden dzień do domu z powodu pilnej sprawy rodzinnej – odpowiedziałem pewnie, rzucając jej tym wyzwanie.
- Z powodu pilnej sprawy rodzinnej – powtórzyła ironicznie. – Musiała być naprawdę pilna, skoro nie miała nawet czasu mnie o tym zawiadomić.
Dobrze wiedziałem, że kłamała, bo Paula była u niej i prosiła o wolne, ale ta suka się nie zgodziła. Byłem pewien, że zrobiła to specjalnie, bo uwzięła się na Paulę.
- Tak, z powodu spraw rodzinnych – prawie wysyczałem, bo gotowałem się z wściekłości.
Anna zmarszczyła na mnie brwi i zsunęła okulary, których używała do czytania. Z satysfakcją pomyślałem, że jej twarz w świetle gasnącego dnia nie wyglądała już tak dobrze, jak rano. Makijaż co prawda jeszcze się trzymał, ale nie miał cudownych właściwości i jak na dłoni dało się zobaczyć zmarszczki mimiczne wokół jej ust i oczu, a także głębokie bruzdy na policzkach. Była atrakcyjną kobietą, ale odkąd poznałem jej prawdziwy charakter, wywoływała we mnie tylko odrazę.
- No cóż. Rozumiem, że masz z dziewczyną kontakt. Chyba dalej się ze sobą prowadzacie? – założyła ponownie okulary i zaczęła porządkować jakieś papiery na biurku. – Zadzwoń do niej, niech przyjedzie zabrać swoje rzeczy. Już tu nie pracuje. Dodatkowo ucinam jej pensję za ostatni tydzień – zakomunikowała, jakby nigdy nic.
- Jakim prawem? – syknąłem.
Miałem ochotę wyjebać do góry to jej biurko i obserwować jak wszystko wokół niej fruwa.
Uśmiechnęła się z pobłażaniem.
- A takim, że to ja jestem pracodawcą i nie mam zamiaru płacić osobie, która opuszcza stanowisko pracy bez uprzedniego zgłoszenia tego.
- Ale ona to zgłaszała – warknąłem.
- Owszem – przyznała. – I nie dostała na to zgody. Ja nikogo tu siłą nie trzymam. Nie chce pracować i woli robić sobie wycieczki do domu? Jej wola – mówiła tak spokojnie, jakby rozmawiała o zakupach nowej kiecki, a nie o losie drugiego człowieka.
- Jeśli pani ją zwolni, Paula nie będzie miała pieniędzy na utrzymanie siebie i niepełnosprawnego brata – spróbowałem wpłynąć na nią tanim zagraniem, bo nie mogłem pozwolić na to, żeby pozbawiła mojego Rudzielca pracy i szansy na zorganizowanie Adamowi przyzwoitych warunków.
Anna westchnęła jak męczennica i przygryzła dolną wargę. Zacisnąłem mocno szczęki, aż zazgrzytały zęby. Czułem się podle robiąc z Pauli kogoś, za kogo nigdy nie chciała uchodzić. Musiałem jednak spróbować.
- Nie jestem instytucją charytatywną – rzuciła beznamiętnie, co rusz nawilżając językiem usta. – Ale widzę, że bardzo ci na niej zależy – skrzywiła się lekko. – Nie bardzo rozumiem, co w niej widzisz, ale różne są gusta – wzruszyła ramionami.
Nigdy nie zrozumiesz, co w niej zobaczyłem, odpowiedziałem jej w myślach.
Stałem tam w sterylnym, białym biurze tej wiedźmy i czekałem na jej wyrok. Gdyby chodziło o mnie, nigdy nie dałbym tak do siebie mówić. Nigdy nie pozwoliłbym na to, żeby obrażała tę cudowną dziewczynę. Ale nie chodziło o mnie. Chodziło o Paulę. Zrobiłbym dla niej wszystko.
- Wiesz – zaczęła zniżonym głosem – z każdego ambarasu jest jakieś wyjście – uśmiechnęła się drapieżnie.
Dokładnie wiedziałem, o co jej chodziło, ale nie sądziłem, że rzeczywiście posunie się do wypowiedzenia tego na głos. Chyba zbyt mocno wierzyłem w ludzi.
- Jakie? – zapytałem zaciskając zęby.

- Nie jesteśmy dziećmi. Dobrze wiesz, czego od ciebie chcę – wstała z krzesła, obeszła biurko, a potem usiadła na nim, lekko rozsuwając nogi.


*zdjęcia: pinterest.com Lindsay Hansen i Wyatt Nash

2 komentarze: