poniedziałek, 19 czerwca 2017

"Sezon na Lisa" Rozdział 21

Paula
Zamknęłam za sobą drzwi do gabinetu pedagog, która zajmowała się sprawą Adasia i odetchnęłam z ulgą. Udało mi się przedyskutować z nią sprawę przydziału do szkoły i przekonałam ją do zmiany orzeczenia. Co prawda nie upierała się, jakoby Adaś miał jakieś niedostatki w rozwoju umysłowym… chciała mu tylko pomóc w przystosowaniu się do warunków szkolnych w „bardziej sprzyjającym środowisku”, jak się wyraziła. Miałam wtedy ochotę do niej podejść i zaproponować, żeby sama się cofnęła do szkoły podstawowej, bo chyba nie za bardzo wiedziała, o czym mówi.

Powstrzymałam się jednak i po godzinnej pogadance wszystko poszło po mojej myśli. Byłam taka szczęśliwa, że od razu napisałam SMS-a do Olka, informując go o wszystkim. Był pierwszą osobą, z którą chciałam się dzielić każdą nowiną. Strasznie za nim tęskniłam i nie mogłam się doczekać, aż go zobaczę.
W drodze do domu zrobiłam duże zakupy. Jeszcze przed wyjazdem odebrałam wypłatę za poprzedni miesiąc i postanowiłam zrobić niespodziankę Adasiowi. Kupiłam mu kilka nowych komiksów i puzzli. Do tego znalazłam dla niego plecak ze Spidermenem i kilka gadżetów do szkoły. Uśmiechałam się na samą myśl o jego reakcji na te rzeczy.
Wierzyłam, że od września jego życie się zmieni i braciszek przestanie być tak bardzo samotny. Że nie będzie musiał spędzać całych dni w swoim pokoju, szukając sobie zajęcia.
Początki na pewno nie będą łatwe, ale wiedziałam, że Adaś się nie podda. Miał silny charakter, był głodny wrażeń i pełen zapału do działania. Byliśmy do siebie bardzo podobni i to napełniało mnie radością, bo nie zniosłabym tego, gdyby zmienił się w naszą zgorzkniałą matkę. Przebywał z nią niemal cały czas, tym bardziej potrzebował innych ludzi, żeby przekonać się, że zachowanie mamy to nie standard, a coś wręcz przeciwnego.
Może byłam niesprawiedliwa, bo to nie ja zostałam się z dwójką małych dzieci, w tym jednym z dużą niepełnosprawnością, ale czy nie stanęłam na wysokości zadania? Czy nie zrobiłam wszystkiego, żeby jej dopomóc? Być może mogłam zrobić więcej, ale nie powinnam pozwalać sobie na tego typu wyrzuty, bo wkrótce całkowicie zapomnę o sobie i nie zostanie ze mnie nic.
Pomimo urazy jaką wciąż czułam do mamy po ostatniej wizycie, dzisiejszy poranek w domu sprawił mi dużą radość. Mama wyglądała jakby autentycznie ucieszyła się na mój widok. Nie wracałyśmy do tego, co powiedziała mi na odchodnym, gdy widziałyśmy się ostatnim razem. Zawsze tak było. Ja nie przepraszałam jej, a ona nie przepraszała mnie, po prostu o tym nie mówiłyśmy.
Mama zrobiła mi śniadanie i wypytywała o pracę. Po raz pierwszy od dawna poczułam się jak córka, a nie jak matka. Zaskoczyła mnie też informacją o pracy, którą miała rozpocząć od września, gdy Adam pójdzie do szkoły. Usłyszawszy tę nowinę, omal nie spadłam z krzesła. Cieszyłam się, ale gdzieś w środku obawiałam się, że to tylko chwilowa euforia, która pojawiała się czasami w lepszych okresach.
Przemierzałam skwer, który był najbardziej reprezentatywnym miejscem w naszym mieście. Przystanęłam i rozejrzałam się dookoła. Niby wszystko było takie same: klomby z kwitnącymi kwiatami, zadbane kamieniczki, unowocześniona fontanna, ale ja poczułam się tu obco. Jakby to nie było już moje miejsce.
Coś się we mnie zmieniło, gdy wyjechałam do Lisiej Doliny. Poznanie Olka było moim największym szczęściem. Ten wariat przypomniał mi, jak to jest być młodym i beztroskim. Pokazał mi, że mogę być dla kogoś ważna dokładnie taka, jaka jestem. Nie musiałam się zmieniać i udawać kogoś innego. Wiedział o mnie wszystko i właśnie taką mnie chciał.
Po przekroczeniu progu mieszkania, usłyszałam głos mojej matki. Rozmawiała z kimś przez telefon i była bardzo zaaferowana i podniecona. Weszłam do kuchni z pełnymi siatkami jedzenia i położyłam je ostrożnie na stole. Jak zwykle, jej zbyt duży entuzjazm, jak i duży dół wzbudzały moją czujność. Byłam radarem jej emocji. Bardzo mnie to męczyło, ale nie potrafiłam się tego wyzbyć.
- Co jest? – zapytałam, gdy mama skończyła rozmowę.
Wyglądała inaczej, to także mnie zaniepokoiło.
- Same dobre wieści – prawie pisnęła.
- Tak? – zapytałam, przełykając ciężko ślinę.
- Pamiętasz moją przyjaciółkę z dawnych lat, Izę? – zaczęła rozpakowywać zakupy i upychać je do szafek.
- Jasne – przypomniałam sobie pulchną kobietę o blond włosach i miłym głosie.
- Jakiś czas temu odnalazłam Izę na Facebooku. Okazało się, że ona ma znajomą, która pracuje w prywatnym ośrodku pomocy dla dzieci z niepełnosprawnością ruchową – mówiła autentycznie podekscytowana. – Iza poprosiła tę znajomą, żeby wpisała Adasia na listę dzieci, które będą poddawane terapii na fundusz. I dziś się dowiedziałam, że go zakwalifikowali – klasnęła w ręce.
Patrzyłam na nią, jakby wyrosły jej skrzydła. Moja wiecznie nieszczęśliwa i niezaradna matka, wykazała się taką obrotnością? Trudno było mi w to uwierzyć, ale gdzieś w maleńkim fragmencie mojego serca poczułam nadzieję.
- Serio? – wydusiłam wreszcie.
- Serio.
- Co to za terapia?
- Poprawiającą motorykę rąk i budującą masę mięśniową. Zresztą sama znasz się na tym lepiej. Mają tam basen i mnóstwo innych nowoczesnych sprzętów. Byłam tam i widziałam – zapewniła. – Dostanie też refundację na leki – z jej ust nie schodził uśmiech, którym natychmiast mnie zaraziła.
Wpatrywała się we mnie, a w jej oczach pojawiło się oczekiwanie. Mama chciała, żebym ją pochwaliła. Łaknęła uznania, jak dziecko. Wzruszyło mnie to. Zdałam sobie sprawę, że od zawsze tylko ją krytykowałam i wytykałam błędy, nie zdając sobie sprawy, że bardzo ją tym ranię. Ona w odwecie raniła mnie i tak się to kręciło.
- Wow. To jest dopiero coś – przyznałam z autentycznym zachwytem.
Byłam bardzo szczęśliwa z tej informacji, bo to oznaczało, że spokojnie mogę przeznaczyć moje zarobione pieniądze na lepszy wózek dla Adama. Kiedy zacznie chodzić do szkoły będzie potrzebował czegoś nowocześniejszego, niż ten marny sprzęt, który dostałyśmy w szpitalu.
- Nieźle dałaś sobie z tym radę – przyznałam, wyciągając prezent dla Adasia. – Co myślisz? Spodoba mu się? – podniosłam do góry plecak.
Mama nagle spoważniała i wzięła go do ręki.
- Udało ci się go przepisać do zwykłej szkoły? – zapytała.
- Tak. Trochę to trwało, bo kobieta była bardzo niekumata, ale udało się – odetchnęłam z ulgą.
- Super, ale nie wydawaj wszystkich swoich oszczędności na prezenty dla Adasia. Rozpuścisz go, a poza tym będziesz ich potrzebowała – odwróciła się ode mnie tyłem i wyciągnęła z lodówki zawiniątko w papierze, które okazało się być moim ulubionym sernikiem.
- Na co? – zapytałam z czujnością.
- Musisz iść od nowego roku na studia. Myślałam, żebyś poszła na dzienne – mówiąc to, nie patrzyła mi w oczy. – Musisz też kupić sobie jakieś nowe ubrania – kontynuowała, jakby zawstydzona.
To było takie charakterystyczne w naszej relacji. Nie okazywanie uczuć, a jeśli nawet, to w taki okrężny sposób. Teraz mama próbowała mi powiedzieć, że mnie kocha. Wzruszenie ścisnęło mnie za gardło. Do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy decydować się studia drugiego stopnia. Co prawda wysłałam kilka podań i otrzymałam list zwrotny z informacją o przyjęciu na studia na Wrocławskiej Akademii Wychowania Fizycznego, ale, jakkolwiek by to nie brzmiało, bałam się zostawić Adama z mamą.
- Nie wiem, czy… – zaczęłam niepewnie, ale mama mi przerwała.
- Teraz będzie inaczej – spojrzała mi przelotnie w oczy, a potem wróciła do nakładania sernika. – Byłam u lekarza. Dostałam leki. Chodzę też na psychoterapię. Teraz wszystko musi się zmienić – powtórzyła z determinacją, której nie widziałam u niej nigdy wcześniej.
Nie było na świecie rzeczy, której pragnęłabym bardziej, ale bałam się. Bałam się zawodu. Skinęłam jej głową i w ciszy kończyłyśmy układać zakupy. Chwilę potem do kuchni wparował Adaś i na widok prezentów, pisnął tak głośno, że musiałyśmy z mamą zatkać uszy.
Jego radość była moim najcenniejszym skarbem. Zrobiłabym dla tego chłopca wszystko, tak bardzo go kochałam.
Dzień minął mi szybko, a od Olka dostałam tylko jednego SMS-a, w którym informował, że wszystko jest okej i że za mną tęskni. Uśmiechałam się za każdym razem, gdy to czytałam.
Trochę ze strachu przed powrotem właścicieli pensjonatu, a trochę z tęsknoty za Olkiem postanowiłam złapać ostatni autobus do Lisiej Doliny jeszcze tego samego dnia. Pożegnałam się z mamą i Adasiem, założyłam plecak na jedno ramię i poszłam na przystanek autobusowy. Dochodziła siedemnasta, ale wciąż było bardzo ciepło i przyjemnie. Kochałam słońce, chociaż dewastowało mi skórę. Nie znosiłam zimna i ponurych dni. Zbyt mocno dostosowywałam się do nich emocjonalnie i odczuwałam większe zmęczenie. Teraz miałam mnóstwo energii, ale to nie tylko słońce i pogoda były jej generatorem. To dzisiejszy dzień i zachowanie mamy tak mocno mnie podbudowały. Być może wszystko się ułoży. Być może właśnie nadszedł na to czas.
Został mi już tylko miesiąc pracy w zajeździe, ale nie odczuwałam już z tego powodu smutku, bo czułam, że nie będzie to równoznaczne z końcem mojej relacji z Olkiem. Uwierzyłam mu, gdy obiecywał, że gdy przyjdzie koniec wakacji, my się nie skończymy. Ufałam mu.
Autobus dojechał do wsi o w pół do dziewiątej. Wciąż było jasno, więc postanowiłam przemierzyć drogę do Lisiej Doliny pieszo. Chciałam też zrobić niespodziankę Olkowi. Nie widzieliśmy się tylko kilkanaście godzin, ale ja miałam wrażenie, że rozstaliśmy się wiele dni temu.  Kompletnie mi odbiło, pomyślałam kręcąc głową.
Pół godziny później byłam przy głównej bramie. Przystanęłam na chwilę i rozejrzałam się dookoła. Nigdzie nie było śladu samochodów szefostwa. Odetchnęłam z ulgą i pchnęłam ciężką furtkę.
Zapadał zmierzch, zaczynało robić się spokojniej, ale nie oznaczało to, że wczasowicze kładli się już spać. Słyszałam śmiechy i pokrzykiwania dzieci. Blask olbrzymiego ogniska wychylał się zza dachu budynku na tyłach pensjonatu. Uśmiechnęłam się pod nosem i ruszyłam do tylnych drzwi restauracji. W kuchni panował jeszcze gwar, ale wiedziałam, że za chwilę wszyscy zbiorą się do domu. Znałam dokładnie cały ten rytm.
Chciałam przemknąć niezauważona, ale z kuchni wyszedł nagle Andrzej.
- O! Jesteś już – zauważył i zrobił dziwną minę, jakby był zakłopotany.
- Jestem, a co?
Westchnął głośno i równie głośno wypuścił powietrze z płuc.
- Olek ci nie mówił?
Zrobiło mi się dziwnie i jedyne, na co było mnie stać, to zaprzeczenie ruchem głowy, chociaż nie miałam pojęcia, o co mu chodziło.
- Anna nie wyjechała – szepnął. – Dowiedziała się, że…cię nie ma.
Nogi się pode mną ugięły. Nie wyjechała. Dlaczego Olek nie dał mi znać? Mogłabym zdążyć wrócić i jakoś to zatuszować. Stałam na schodach, prowadzących na poddasze i próbowałam to jakoś poukładać.
- Dzięki – wydusiłam i ruszyłam na górę.
Wiedziałam już, że w moim życiu nic nigdy nie będzie kompletnie idealne. Ten cudowny dzień musiał skończyć się właśnie tak, inaczej wszechświat by się rozsypał, myślałam z sarkazmem.
Kiedy byłam już na szczycie schodów, właściwie pogodziłam się już z sytuacją. Trudno, myślałam, moja przygoda z Lisią Doliną skończy się wcześniej, niż chciałam, ale to nie katastrofa, przekonywałam siebie.
Gdy mijałam drzwi do pokoju Olka, moje serce zabiło szybciej. Na jakiś czas będziemy musieli się rozstać, pomyślałam z ukłuciem bólu i zapragnęłam natychmiast go zobaczyć. Chciałam nacieszyć się tymi krótkimi chwilami, które nam jeszcze zostały. Na pewno Anna natychmiast mnie zwolni.
Zapukałam do drzwi Olka i do razu pociągnęłam za klamkę. Już  chciałam zawołać „to ja”, gdy nagle stanęłam jak wryta. Z moich rąk wypadł plecak. W pierwszej chwili pomyślałam, że pomyliłam pokoje, ale to było przecież niemożliwe.
- Paula… – usłyszałam zduszony głos Olka, który w pośpiechu zapinał rozporek od spodni.
Nagle stał się blady jak ściana, a z jego oczu zniknął ten blask, którym mnie do siebie przyciągnął. Nie było już mojego Olka. Kątem oka widziałam też ją. Widziałam, ale nie mogłam przenieść na nią wzroku. Nie zniosłabym tego.
Wyszłam w pośpiechu i rzuciłam się do drzwi swojego pokoju. Drżącymi rękoma nie mogłam wygrzebać z plecaka klucza. Wywaliłam jego zawartość na korytarz. Gdy wreszcie wypatrzyłam klucz, z trudem podniosłam się z kolan. Nagle znalazł się przy mnie Olek i objął mnie od tyłu ramionami. Nie mogłam znieść jego dotyku, jego głosu i zapachu.
Próbowałam go od siebie odepchnąć, ale on mnie nie puszczał.
- To nie tak, Paula – wychrypiał. – Nie tak. Nie tak. Nie tak – powtarzał, ale ja i tak go nie słuchałam.
- Puść mnie! – wysyczałam i uderzyłam go z całej siły łokciem w brzuch. – Puść mnie, bo zacznę krzyczeć – zagroziłam.
Czułam, że robi mi się nie dobrze i bałam się, że zaraz zwymiotuję. Zwolnił delikatnie uścisk, a ja zaczęłam zbierać swoje rzeczy rozrzucone po podłodze. Robiłam wszystko automatycznie, jakbym zmieniła się w robota.
Olek przykląkł przy mnie i chwycił moją twarz w swoje dłonie.
- Uspokój się, Rudzielcu – powiedział łagodnie jak do dziecko, co doprowadziło mnie na skraj wściekłości.
Wymierzyłam mu najsilniejszego policzka, na jakiego było mnie stać. Zabolała mnie ręka, a głowa Olka odskoczyła na bok. Oddychałam szybko, próbując zatrzymać to, co było nieuniknione. Nie chciałam się przy nim rozryczeć.
- Nigdy więcej mnie tak nie nazywaj – wychrypiałam. – Nigdy.
Olek odwrócił się do mnie, a w jego oczach pojawiły łzy. Przez jedną krótką chwilę zapragnęłam go przytulić, ale to uczucie szybko rozpłynęło się równie szybko, jak się pojawiło.
To już nie był mój Olek.
- Wysłuchaj mnie – powiedział błagalnie.
Nie mogłam go słuchać. Nie mogłam oddychać. Potrzebowałam powietrza. Zerwałam się na nogi i zaczęłam zbiegać ze schodów, ale na ostatnim stopniu zaczepiłam stopą o zagięty fragment wykładziny i straciłam równowagę. Uderzyłam głową o kant poręczy i na chwilę przed oczami nie miałam nic, tylko ciemność. Pomyślałam wtedy, że chciałabym, aby tak już zostało.

Nie miałam już siły dalej walczyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz