środa, 28 czerwca 2017

"Sezon na lisa" Rozdział 22

Olek
Nigdy w życiu nie byłem tak roztrzęsiony i tak bardzo przerażony. Z czoła Pauli nieprzerwanie leciała krew, której nie mogliśmy niczym zatamować. Wokół zebrało się już sporo ludzi, ale większość tylko się przyglądała, jakby to było jakieś cholerne przedstawienie.
- Muszę ją zabrać do szpitala – wydusiłem z siebie, przytykając do jej rany kawałek gazy, przyniesionej przez którąś z dziewczyn. – Ma małą krzepliwość krwi…nie zatamujemy jej – mówiłem zdyszany, biorąc jej bezwładne ciało na ręce.
Uderzyło mnie to, jaka była lekka i krucha.

- Idę po samochód – powiedział Igor, który pojawił się w korytarzu i nachylił nad Paulą.
Instynktownie przycisnąłem ją do siebie w obronnym geście i ruszyłem do wyjścia.
- Trzymaj się, Rudzielcu – powiedziałem, dotykając ustami jej włosów.
Wciąż miałem prawo ją tak nazywać. Wciąż byłem jej, a ona była moja.
Zanim podjechał samochód, Paula odzyskała przytomność i jęknęła cicho.
- Spokojnie, skarbie. Wszystko będzie dobrze – złożyłem na jej głowie kolejny pocałunek, nie zważając na to, że się ubrudzę jej krwią i przygarnąłem ją mocno do siebie.
- Postaw mnie – zażądała, ale jej nie usłuchałem.
Igor zatrzymał samochód na podjeździe i w pośpiechu z niego wyskoczył. Od razu ruszyłem do tylnego siedzenia, żeby usadowić się tam z Paulą, ale ona zaczęła się wiercić i wyrywać z moich ramion.
- Zostaw mnie. Nigdzie z tobą nie pojadę! – jej twarz wykrzywił grymas bólu, a na policzku pojawiła się kolejna stróżka krwi.
Warga jej zadrżała, a z oczu poleciały łzy. Chryste, jeszcze nigdy nie chciałem kogoś tak bardzo przytulić i bronić przed całym światem. Ale ona tego nie chciała. Musiałem to uszanować, chociaż wszystko we mnie krzyczało, że powinienem ją chronić.
- Paula błagam cię. Porozmawiamy i wszystko ci wyjaśnię, ale nie teraz – spojrzałem pospiesznie na Igora, a potem znowu spojrzałem jej prosto w oczy. – Pozwól mi jechać z tobą – poprosiłem.
Nie wyobrażałem sobie, że mogłoby mnie przy niej nie być. To był najgorszy dzień mojego życia.
- Nie! – krzyknęła i zatoczyła się.
Rzuciłem się jej na pomoc, ale odepchnęła mnie. Bardzo mnie to zabolało, ale zignorowałem swoje własne odczucia, bo nie ja się teraz liczyłem. Widziałem, jak słabnie, a jeśli będę się upierał, nie dotrze do szpitala na czas.
- Zawieź ją jak najszybciej – rzuciłem do Igora i pognałem do holu, żeby zawołać jakąś dziewczynę, która mogłaby z nią pojechać. 
Z kuchni wyłoniła się pani Krysia i gdy nakreśliłem jej sytuację, nie wahała się ani chwili. Usiadła z tyłu i otoczyła Paulę ramieniem, jednocześnie przytrzymując opatrunek na jej czole. Podbiegłem do okna od strony kierowcy chwyciłem Igora za ramię:
- To mój numer – zacząłem dyktować ciąg liczb, ale Igor wyciągnął ze schowka swój telefon i wsadził mi go do ręki.
- Pisz, tylko szybko, bo trzeba jechać.
Wbiłem mój numer do pamięci jego telefonu i zanim zdołałem poprosić Igora o dzwonek, żebym i ja miał jego numer, facet nagle ruszył z kopyta.
Pobiegłem za samochodem, żeby jak najdłużej być przy moim Rudzielcu. Gdy został po nich tylko kurz i dwie bladożółte kropki w oddali, zatrzymałem się, a potem usiadłem na trawie i zakryłem dłońmi twarz.
Musiałem mieć kilka sekund, żeby zresetować umysł i organizm, w przeciwnym razie zwariowałbym. Po chwili podniosłem się gwałtownie i pobiegłem do pensjonatu. W progu zobaczyłem Annę, która przyglądała mi się intensywnie. Na jej twarzy po raz pierwszy pojawiło się coś innego niż arogancja i tłumiona pogarda. Poczucie winy biło od niej jak neonowa szkarłatna litera. Miałem nadzieję, że to ją zniszczy, ale były to tylko moje pobożne życzenia. Takich ludzi nic nigdy nie łamie, bo idą przez życie po trupach i nie dają się złamać takim uczuciom.
Lekko potargane włosy związała w kucyk, a spódnicę zamieniła na proste czarne spodnie. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale odepchnąłem ją, torując sobie drogę na strych.
Nie mogłem na nią patrzeć. Nie mogłem dłużej zostać w tym miejscu. Wpadłem do pokoju i zacząłem wyrzucać z szafy swoje ubrania. Upychałem je do torby podróżnej razem z innymi rzeczami osobistymi. Na kilka sekund zatrzymałem się przy laptopie i zerknąłem na nagranie. Zamknąłem gwałtownie klapę i wsadziłem go do całej reszty moich gratów. Rozejrzałem się po pokoju, żeby sprawdzić, czy to już wszystko, a potem przez łazienkę przeszedłem do lokum Pauli.
Wziąłem do ręki przewieszony przez poręcz krzesła zmechacony sweter i przytknąłem go do twarzy. Pachniał jak Rudzielec. Tak bardzo chciałem się do niej przytulić. Tylko przy niej czułem się naprawdę cały, a teraz wszystko, co prześladowało mnie przez całe życie, właśnie wracało.
Usiadłem na łóżku Pauli, a potem przyłożyłem głowę do jej poduszki. Poszewka przesiąkła jej niepowtarzalnym zapachem. Potrzebowałem jej tak bardzo, że nie umiałem wyrazić tego słowami. Bałem się o nią. Nie mogłem znieść tego, jak na mnie spojrzała, gdy nazwałem ją Rudzielcem. To zabolało jak kopniak w brzuch. Musiałem jej pozwolić myśleć o mnie jak najgorzej, chociaż haratało mi to serce.
Teraz chciałem to wszystko odwrócić.
Podniosłem się gwałtownie, rozejrzałem po jej pokoju i zacząłem go porządkować. Miałem zamiar spakować jej skromny dobytek i zabrać go ze sobą. Nie mógłbym pozwolić, żeby musiała tu wracać. Sam nie chciałem tu już więcej wracać.
Pół godziny później wszystko było już spakowane. Siedziałem jak na szpilkach, czekając na wiadomość od Igora. Nie znosiłem kolesia, ale teraz byłem mu zajebiście wdzięczny za opiekę nad Paulą i miałem w dupie, jakie kierowały nim motywy. Nic się nie liczyło, jeśli chodziło o jej bezpieczeństwo.
Jak na zawołanie, na moim telefonie wyświetlił się nieznany numer. Z drżącym sercem odebrałem.
- Tu Igor. Paula jest pod dobrą opieką. Dostała leki i dochodzi do siebie – powiedział.
Poczułem olbrzymią ulgę.
- Daj mi ją do telefonu – kiedy w telefonie zapanowała cisza dodałem: – Proszę.
- Sorry, ale nie chce z tobą gadać, a ja nie mam zamiaru jej do niczego zmuszać – w jego głosie pojawiła się zaciętość.
- Dobra – powiedziałem zrezygnowany. – Powiedz jej tylko…powiedz jej, że niedługo będę i wszystko…jej wyjaśnię.
Igor nie skomentował tego, dlatego nie wiedziałem, czy zastosuje się do mojej prośby.
- Posłuchaj, ja muszę wracać do pensjonatu, tak samo jak pani Krysia. Z tego, co powiedział lekarz, wszystko będzie z Paulą dobrze – dodał, tym razem przepraszającym tonem.
- Rozumiem. Niedługo u niej będę – powtórzyłem.
Igor rozłączył się bez słowa pożegnania. W zasadzie nie było już nic więcej do dodania.
Po tym telefonie poczułem olbrzymią ulgę, ale na myśl o tym, że mój Rudzielec będzie tam zupełnie sam, pękało mi serce. To był najgorszy dzień mojego życia i chciałem, żeby się już wreszcie skończył.
Potrzebowałem transportu i jedyną osobą, którą mógłbym teraz poprosić o przysługę i która na pewno mi jej nie odmówi, był Marcin. Wybrałem jego numer. Kumpel odebrał po drugim sygnale.
- Co jest? – odezwał się zdyszany.
- Jest sprawa – zacząłem, próbując ułożyć sobie w głowie skotłowane myśli.
- Wal – Marcin chyba musiał wyczuć w moim głosie desperację, bo nie bawił się w ceregiele.
- Potrzebuję auta. Muszę się zwijać z pensjonatu. I to już.
Wyjaśniłem mu, co się stało.
- No powiem ci, że niezłe szambo – westchnął.
- Dzięki – powiedziałem zrezygnowany. – Sam o tym wiem, ale muszę jak najszybciej ją zobaczyć. Muszę jej wszystko wyjaśnić.
- No ja myślę, inaczej masz przejebane – zauważył celnie. – Dobra, daj mi dwie godziny. Wrócę na chatę, zabiorę samochód i jadę z odsieczą, ty debilu – dodał i rozłączył się.
Miał rację. Byłem debilem, któremu nic nigdy nie wychodziło i który partaczył wszystko, czego się tknął. Poznanie Pauli było jedyną idealną rzeczą, która mi się przydarzyła i nie mogłem pozwolić, żeby to co się między nami pojawiło tak po prostu się skończyło. Nigdy na to nie pozwolę, przyrzekłem sobie.
Powiodłem wzrokiem po pokoju, a potem zatrzymałem wzrok na podłodze, gdzie zgromadziłem nasze toboły. Było tego tak niewiele. Żadne z nas nie potrzebowało gromadzić ciuchów, gadżetów, czy innych bezsensownych rzeczy. Oboje chcieliśmy od życia czegoś więcej. Czegoś, czego nie da się zapakować w plecak.
Uśmiechnąłem się, przypominając sobie twarz Lisicy, gdy się do mnie przytulała. Taka ufna i szczera, gotowa oddać mi wszystko, co tylko posiada. W wyobraźni widziałem jej uśmiech i słyszałem przemądrzałe uwagi. Czy mógłbym z tego zrezygnować?
Rozejrzałem się po pokoju i przełknąłem ciężko ślinę. To miejsce zapamiętam na zawsze. To tu Paula dała mi coś cennego, a ja zrozumiałem, że jestem w niej masakrycznie zakochany.
Obładowałem się naszymi torbami i plecakami, a potem zniosłem to wszystko na dół i wymknąłem się tylnym wyjściem. Nie chciałem się z nikim żegnać, ani udawać, że było fajnie. A już na pewno nie chciałem ponownie natknąć się na Annę. Czułem, że mógłbym dosłownie zwymiotować, gdybym był zmuszony znowu z nią rozmawiać.
Udało mi się przenieść wszystkie manatki poza teren pensjonatu, dokładnie w miejsce, w którym zatrzymał się wtedy Marcin z bandą. Na dworze było ciemno i cicho. Ułożyłem się na wznak na trawie i dopiero teraz pozwoliłem sobie na to, żeby coś poczuć. Wszystko do mnie docierało falami i zacząłem się trząść. Nie z zimna, ale ze strachu i nadmiaru emocji. Co jeśli Paula mi nie uwierzy? Co jeśli mi nie zaufa?
Zrobiło mi się niedobrze, a w ustach poczułem gorzki smak. Wiedziałem co się działo. Wpadałem w panikę i nie mogłem nic z tym zrobić. Siedziałem w szczerym polu na jakimś pieprzonym odludziu i byłem kompletnie bezsilny. Boże, musiałem jak najszybciej dotrzeć do Pauli i wszystko jej wyjaśnić. Ta potrzeba dusiła mnie od środka. Musiałem się dowiedzieć, jak się czuje i czy wszystko z nią w porządku. Umierałem z niepokoju i nie mogłem znieść myśli, że Paula ma mnie teraz za skończonego skurwiela…nawet jeśli tylko przez chwilę.
Chciałbym do niej zadzwonić, ale jej telefon spoczywał teraz na dnie plecaka, który porzuciła na korytarzu. Przez moment rozważałem, czy nie powinienem powiadomić jej matki o zajściu, ale telefon od Igora mnie uspokoił i nie chciałem siać paniki. Zresztą sama Paula by tego nie chciała.
Cisza i ciemność sprawiały, że czułem się zupełnie bezbronny. Czy popełniłem błąd? Czy mogłem to załatwić inaczej? Czy miałem pozwolić na to, żeby ta zepsuta do szpiku kości suka mogła decydować o czyimś życiu tylko dlatego, że mogła? Nie, nie żałowałem. Żałowałem tylko tego, że Paula musiała to zobaczyć. Wyraz niedowierzania i zawodu w jej oczach prawie mnie zabił. Fakt, że tak bardzo ją skrzywdziłem odbierał mi siły, ale postanowiłem, że się nie poddam. Wyjaśnię jej wszystko i Paula zrozumie. Zrozumie, że wszystko co zrobiłem, robiłem dla niej.
Mój telefon się rozdzwonił. Po raz pierwszy „Przez jej oczy zielone” nie wywołało u mnie wesołości. Odebrałem natychmiast.
- Gdzie jesteś? – zapytał Marcin.
W tym momencie ujrzałem z oddali światła samochodowych reflektorów.
- Jestem na wprost ciebie – wyszedłem na piaszczystą drogę. – Jedź, tylko mnie przy okazji nie rozjedź – dodałem, chociaż taka perspektywa nie wydawała się teraz najgorszym scenariuszem.
Marcin zatrzymał się tuż przy mnie i wyskoczył z auta.
- Gdzie masz graty? – zapytał bez wstępów.
Właśnie to w nim lubiłem najbardziej. Był konkretny i lał na wszystkie konwenanse. W dodatku mnie nie oceniał i nigdy nie próbował umoralniać. Może dlatego, że sam miał dużo za uszami, a może dlatego, że rozumiał zasady męskiej przyjaźni.
Zebraliśmy bagaże i wrzuciliśmy do bagażnika.
- Gdzie teraz? – rzucił, gdy wsiedliśmy do auta.
- Do szpitala – wcześniej wyszukałem adres i ustawiłem GPS.
Dochodziła północ i zdawałem sobie sprawę z tego, że nikt mnie na oddział nie wpuści, ale zamierzałem spróbować. Jeśli się nie uda, chciałem przespać się gdzieś na korytarzu i rano wszystko naprawić.
Ruszyliśmy. We wstecznym lusterku majaczył szyld na dachu pensjonatu z nazwą „Lisia dolina”. Próbowałem z siebie wykrzesać nienawiść do tego miejsca, ale nie potrafiłem. To tutaj poznałem Paulę. Tu się w niej zakochałem i spędziłem mnóstwo zajebistych chwil.

Tutaj się wszystko zaczęło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz