czwartek, 13 lipca 2017

"Sezon na lisa" Rozdział 23

Olek
- Obudź się! – poczułem, jak ktoś szarpie mnie za ramię.
Przetarłem oczy i rozejrzałem się półprzytomnie.
- Co jest? – wymamrotałem, nie mogąc przekręcić głowy, bo kark mi zesztywniał.
- Jest już ósma. Na pewno można już wleźć do środka – powiedział Marcin, który przeciągając się w fotelu, uderzył rękoma w dach.
Przejechałem rękoma po twarzy i wygrzebałem z samochodowego schowka jakąś starą gumę do żucia. W ustach miałem kapcia i musiałem się odświeżyć.

Zgodnie z naszymi przewidywaniami, nie wpuszczono nas na oddział, na którym leżała Paula. Wydusiłem jednak z lekarza dyżurnego informację, że nic się jej poważnego nie stało, a krwotok został zatrzymany. Postanowiliśmy przekimać się w aucie i z samego rana wedrzeć się tam, choćby siłą. Nie mogłem pozwolić na to, żeby wciąż myślała o mnie źle. Nie znosiłem myśli, że jest tam sama, bezbronna i potłuczona. Musiałem z nią pogadać i wszystko wyjaśnić, nawet jakbym musiał zdobyć ten szpital szturmem.
- Dobra – ziewnąłem ostatni raz i otrzepałem się z jakichś paprochów – Idę – dodałem, jakbym chciał dodać sobie animuszu.
Bałem się, że Paula mi nie uwierzy i nie zaufa. Nie wiem, co zrobię, jeśli do tego dojdzie, ale postanowiłem się tym na razie nie stresować, bo potrzebowałem skupienia.
- Idź i ogarnij to gówno, w które się sam wpakowałeś – zachęcił mnie przyjacielsko Marcin.
- Idę – powtórzyłem.
Wygramoliłem się z auta, poprawiłem wymiętoszony podkoszulek i ruszyłem do głównego wejścia. Byłem zdenerwowany, pociły mi się ręce, a w żołądku poczułem ssanie. Zatrzymałem się przy recepcji i zaczekałem, aż szanowna pani zza okienka podniesie na mnie swój znudzony wzrok.
- Słucham? – odezwała się zblazowanym głosem.
- Chciałbym odwiedzić waszą pacjentkę, ale nie wiem, w której leży sali.
Podałem dane Rudzielca, a kobieta wklepała je do komputera. Zmarszczyła brwi. To nie mogło znaczyć nic dobrego, pomyślałem spanikowany.
- Nie ma jej. Wypisała się na własne żądanie.
- Kiedy? – wydusiłem.
- Jakieś pół godziny temu – odpowiedziała i sięgnęła po słuchawkę dzwoniącego bez przerwy telefonu.
Tego się nie spodziewałem.
- Gdzie jesteś Rudzielcu? – szepnąłem sam do siebie. – Dlaczego cały czas mi się wymykasz?
Pobiegłem truchtem na parking. Dotarłem do auta Marcina i szarpnąłem za klamkę, ale drzwi nie ustąpiły.
- Kurwa! – syknąłem i zacząłem się rozglądać za kumplem.
Wyciągnąłem telefon i wybierałem już do niego numer, ale zobaczyłem go idącego w moim kierunku z dwoma kubkami kawy.
- I co? – zapytał, podając mi jeden z nich.
- Musimy jechać. Wypisała się jakieś pół godziny temu, jak ucinaliśmy sobie drzemkę. Kurwa mać! – wykrzyknąłem na końcu.
Uzgodniliśmy, że w pierwszej kolejności pojedziemy na dworzec autobusowy, bo właśnie tam powinna się udać. Nie wiedziałem tylko, za co miałaby kupić sobie bilet, skoro to ja miałem jej portfel.
- Poszukamy jej we dwóch, tak będzie szybciej. Jak ją wyhaczę, to zadzwonię. Nie będę się jej ujawniał, bo się wkurzy, albo co – zakomunikował Marcin, gdy zatrzymaliśmy się pod mini dworcem, który bardzo dobrze pamiętał późny komunizm.
Odrapane ściany szarej elewacji i zapach starego moczu sprawiały strasznie przygnębiające wrażenie. Zrobiło mi się niedobrze, bo oprócz kilku łyków kawy, nie miałem nic w ustach od wczorajszego przedpołudnia.
Wparowałem do małej poczekalni, w której do wspomnianego odoru uryny, doszedł jeszcze zapach jakiegoś fastfoodowego jedzenia. Mój żołądek ledwie się trzymał, ale zignorowałem wszelkie dolegliwości, bo wiedziałem, że nie zaznam spokoju, dopóki nie znajdę Pauli. Rozejrzałem się po tym zatęchłym pomieszczeniu i nie znalazłszy mojego rudego utrapienia, wyszedłem tylnymi drzwiami w nadziei, że może właśnie tam się gdzieś ukrywa.
Tylne drzwi prowadziły na ruchliwą ulicę, którą wjechaliśmy do miasta. Zatrzymałem się na minutę i zapatrzyłem na ludzi. Na ich pośpiech i poważne, zmęczone twarze. Tak bardzo chciałem uniknąć podobnego życia. Pragnąłem robić coś, co nie pozbawi mnie radości egzystencji. Ale czy wszyscy ci ludzie nie chcieli kiedyś tego samego? Czy nie chcieli czegoś więcej?
Westchnąłem głośno, zostawiając te filozoficzne rozkminki na później. Już miałem wracać, gdy mój wzrok przykuł znajomy kolor włosów. Serce załomotało mi w piersi.
Paula.
To była naprawdę ona. Wychodziła ze sklepu spożywczego i trzymała coś w ręku. Po chwili zorientowałem się, że to jakaś bułka, może drożdżówka, którą pałaszowała ze smakiem. Na chwilę zastygłem w bezruchu, nie mogąc uwierzyć, że ją znalazłem. Musiałem tylko przejść na drugą stronę ulicy i...wszystko będzie już dobrze. Paula szła powoli, lekko utykając. Moje serce przeszył ostry ból na widok poobijanego i nieszczęśliwego Rudzielca. I to wszystko przeze mnie.
Ledwie powstrzymałem się przed biegiem w jej kierunku. Nie chciałem, żeby mnie teraz spostrzegła. Byłem przekonany, że natychmiast odwróciłaby się w drugą stronę i próbowałaby mi uciec. Nie mogłem jej na to pozwolić.
Paula kierowała się na przejście dla pieszych i zrozumiałem, że wystarczy, że na nią zaczekam po przeciwnej stronie, a ona wpadnie w moje ramiona.
Rudzielec cały czas odwrócony był jednym bokiem i gdy wreszcie stanął na wprost mnie, skamieniałem – na prawej ręce podtrzymywanej przez temblak, miała gips. Oprócz tego, na czole odznaczał się duży plaster po ranie, która spowodowała jej krwotok. Jezu, pomyślałem przerażony. Dopiero teraz dotarło do mnie, że ten upadek mógł się skończyć tragicznie i to byłaby tylko i wyłącznie moja wina.
Paula zeszła z pasów, a ja nie zważając już na nic i na nikogo, podszedłem do niej i objąłem ją delikatnie za ramiona. Nie potrafiłem się powstrzymać, bo tak strasznie za nią tęskniłem.
Jak przewidywałem, zaczęła się wyszarpywać, a na końcu odepchnęła mnie od siebie.
- Co ty sobie wyobrażasz? – syknęła, a na jej twarzy zaczęły wykwitać znajome rumieńce.
- Jak się czujesz? Porozmawiaj ze mną, a wszystko ci wyjaśnię – poprosiłem, ale ona wyminęła mnie i dziarskim krokiem pomaszerowała w stronę dworca.
Pobiegłem za nią.
- Nie mam o czym z tobą rozmawiać. Zostaw mnie – z całych sił próbowała opanować gniew, ale wszystko ją zdradzało – drżenie głosu, energiczne ruchy i ta podskakująca gwałtownie ruda kita.
- Zatrzymaj się, Rudzielcu – poprosiłem łagodnie.
Poskutkowało. Paula odwróciła się gwałtownie, jednocześnie zasyczała z bólu i chwyciła się za łokieć.
- Miałeś tak do mnie nie mówić – powiedziała przez łzy. – Nigdy tak do mnie nie mów.
Nie mogłem już dłużej na to wszystko patrzeć i słuchać jej zbolałego głosu. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko wyjaśnić jej wszystko tu, na ruchliwym chodniku, wśród hałasów ulicy.
- Między mną, a Anną nic nie zaszło – dotknąłem jej zdrowego ramienia, ale Paula odsunęła się ode mnie gwałtownie.
Zaśmiała się zimnym pogardliwym śmiechem. W zderzeniu z bólem, jaki wyzierał z jej oczu, zabrzmiało to bardzo żałośnie. Oddałbym wszystko, żeby cofnąć ten cholerny czas. Wszystko.
- To co zobaczyłaś…to co zobaczyłaś, to była zaaranżowana sytuacja – mówiłem szybko, obserwując ją uważnie, żeby przekonać się, czy mi wierzy.
- No nie wątpię – prychnęła, ale nie ruszała się z miejsca.
Oddychała głośno i szybko, nie mogąc opanować wzburzenia.


Paula
Nie wiedziałam, jak mnie znalazł i nie wierzyłam w to, co teraz próbował mi wyjaśnić, ale gdy go zobaczyłam…gdy go zobaczyłam, w moim sercu pojawiła się okropna zdradliwa nadzieja. Całą noc nie mogłam zasnąć i nie mogłam zapomnieć tego, co zobaczyłam w pokoju Olka. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego to zrobił? To pytanie wwiercało mi się w myśli jak wiertło i tylko dlatego postanowiłam go wysłuchać.
Może to ja mu nie wystarczyłam, a może uznał, że nigdy się nie dowiem. Czy mogłabym aż tak bardzo się co do niego pomylić? Pozwoliłam mu mówić, bo nie byłam w stanie się z tym pogodzić. Nikt nigdy mnie tak nie zranił. Nikt.
- Zrobiłem to, bo okazało się, że ta suka nie wyjechała – mówił szybko i w zdenerwowaniu. – Dowiedziała się, że cię nie ma i powiedziała, że nie masz po co wracać, a do tego utnie ci pensję z całego miesiąca – skrzywił się ze złości.
Serce mi gwałtownie przyspieszyło. Poczułam silne pulsowanie w ranie na czole.
- I co? Zaproponowałeś jej siebie w zamian za miejsce pracy dla mnie? – zapytałam z odrazą.
- Nie. Ona to zaproponowała – odpowiedział przytłumionym głosem.
Prychnęłam, czując jak robi mi się niedobrze. Czyli o to chodziło? Chciał mi pomóc, idąc z tą zdzirą do łóżka? Nie mogłam w to uwierzyć. Musiałam jednak wysłuchać tego do końca. Nie dla niego, a dla siebie. Musiałam jak najszybciej wyzbyć się tych głupich nadziei i sentymentów i wrócić do mojego dawnego życia. Nagle opanowało mnie ogromne zmęczenie. Nie miałam już sił na to, aby się bronić.
- Wiesz przecież, że nie mógłbym tego zrobić, Paula. Musisz mi uwierzyć. Poznałaś mnie, jak nikt inny i musisz wiedzieć, że nigdy bym tego nie zrobił. Wolałabym ukraść dla ciebie te pieniądze, niż pozwolić tej suce nami manipulować – zapewnił, wyciągając w moją stronę dłoń.
Tym razem nie odsunęłam się, bo strasznie pragnęłam jego ciepła i czułości. Pragnęłam, aby to była prawda. Olek pogłaskał mnie po twarzy, a ja przymknęłam oczy, ale wtedy pod powiekami pojawiła się tamta okropna scena. Odepchnęłam jego rękę.
- Widziałam was – wydusiłam, robiąc krok w tył.
Olek nagle posmutniał. Zgarbił się i przeczesał palcami włosy.
- Widziałaś to, co miało mi posłużyć jako gwarant, że Anna wypłaci nam zaległą kasę, na którą przecież ciężko zapracowaliśmy – przełknął ciężko ślinę. – Chciałem, aby przyznała, że to szantaż. Chciałem, żeby powiedziała głośno, że jeśli się z nią nie prześpię, to wyjebie nas oboje. Chwilę przed…na chwilę przed tym jak weszłaś, powiedziała to. Mam to nagrane – na jego twarzy pojawił się ból. – Tak mi przykro, że musiałaś to zobaczyć – w jego oczach zalśniły łzy.
Miałam olbrzymi mętlik w głowie. Nie wiedziałam już, co myśleć i co czuć.
- Dlaczego miałabym ci wierzyć? – zapytałam szczerze.
Obok nas przejechała głośna ciężarówka, zagłuszając hałasem naszą rozmowę. Olek nie spuszczał ze mnie tych swoich błękitnych oczu, jakby próbował mnie nimi zahipnotyzować. Następnie ujął mnie delikatnie za rękę i pociągnął za sobą w bardziej odosobnione miejsce.  Pozwoliłam mu na to, ponieważ chciałam znać prawdę. Chciałam wiedzieć wszystko.
Przystanęliśmy w małym zaułku pomiędzy budynkiem sklepu spożywczego, a budką z kwiatami. 
- Bo cię kocham i nigdy nie zrobiłbym ci czegoś takiego – wyznał i pogładził mnie po szyi. – Nigdy, Paula – dodał zachrypniętym głosem.
Zaparło mi dech w piersiach i ledwie mogłam oddychać. Kochał mnie. Olek mnie kochał. Czy mogłam mu uwierzyć? Jeśli nie jemu, to komu miałabym zaufać? Nie było na świecie osoby, której chciałabym oddać całe moje zaufanie.
- Powiedz coś – Olek wyglądał na strasznie zdenerwowanego i niepewnego.
Otworzyłam usta, ale zamiast wydobyć z siebie głos, zaszlochałam i byłam za to na siebie zła. Nie chciałam już więcej płakać, ale nagle z mojego serca spadł ciężki kamień i nie mogłam się powstrzymać.
- Powiedz, że mi wierzyć, Paula. Proszę – Olek przysunął się do mnie i objął mnie delikatnie ramionami. – Nie płacz. Jestem tu i zawsze będę. Kocham cię – powtórzył, co sprawiło, że rozryczałam się jeszcze bardziej.
Olek nie mówił już nic więcej, tylko oparł policzek o moje włosy i obejmował mnie. To była chwila, która zdefiniowała moje dalsze życie. Tak bardzo chciałam być kochana i potrzebna, chociaż nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki nie poznałam Olka. Chłopaka, który potrafił mnie rozbawić. Chłopaka, który potrafił mnie pocieszyć i razem ze mną stanąć do walki.
Odsunęłam się od niego i zadarłam wysoko głowę.
- Czasami jesteś taki głupi – powiedziałam przez łzy. – I do tego śmierdzisz – zmarszczyłam nos. – Ale też cię kocham – przyznałam szczerze.
Olek odrzucił do tyłu głowę i zaśmiał się głębokim śmiechem.
- Wiesz, bywały chwile, że i ty pachniałaś lepiej – odgryzł się, cały czas się szczerząc.
Nie mogłam się powstrzymać i też się roześmiałam. Nagle moje życie odzyskało wszystkie kolory.
- Tak bardzo za tobą tęskniłem i tak bardzo się bałem, że coś ci się stało – spoważniał i ponownie mnie przytulił. – Nie mogłem znieść myśli, że masz mnie za skończonego złamasa.
- Nie potrafiłam zmusić się do tego, żeby tak o tobie myśleć.
Chwilę milczeliśmy, ale nie mogliśmy stać tutaj dłużej.
- Co teraz? – zapytałam i chodziło mi bardziej o nas, niż o to, co robić dalej.
- Teraz? Teraz musze coś zjeść i to szybko – w tym samym momencie z wnętrza jego brzucha wydobył się potężny huk. – Widzisz? Domaga się – poklepał się po brzuchu. – Ale zanim zrobimy choćby jeden krok, muszę cię pocałować – i nie czekając na moją jakąkolwiek reakcję, zamienił swoje słowa w czyn.
Jak cudownie było czuć znowu jego ciepłe usta. Nie mogłam się nim nasycić, ale na coś więcej mogliśmy liczyć dopiero, aż znajdziemy sobie wspólny kąt, chociaż obawiałam się, że nie prędko nam się to uda.
- Muszę wrócić do pensjonatu po moje graty – powiedziałam, gdy zdołaliśmy się od siebie oderwać i zadrżałam na samą myśl o tym, że mogłabym natknąć się na Annę.
Ku mojemu zaskoczeniu, Olek poinformował mnie, że zabrał stamtąd wszystkie moje osobiste rzeczy, które znajdują się teraz w samochodzie Marcina.
- O cholera! Zapomniałem mu napisać, że już cię znalazłem – uśmiechnął się pod nosem. – Pewnie błądzi teraz po okolicy i wypytuje wszystkich o małego rudego lisa.
- Sam jesteś mały – szturchnęłam go w ramię.
W tej chwili byłam najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. To było przerażające, jak jeden człowiek mógł tak bardzo sterować całym moim światem. Wiedziałam jednak, że nic pięknego nie przychodzi tak po prostu i czasami trzeba coś poświęcić. Trzeba zaryzykować i wyłożyć siebie na tacy, w przeciwnym razie do końca życia można żałować, że się nie spróbowało. Ja nie mogłam już patrzeć na moje życie z boku. Chciałam brać w nim udział. Chciałam brać w nim udział razem z Olkiem.
Po półgodzinie, gdy udało nam się wreszcie spotkać z Marcinem, wybraliśmy się wszyscy na wczesny obiad. W jednej sekundzie dopadł mnie olbrzymi głód. Od wczoraj ledwie wcisnęłam w siebie jedną drożdżówkę, tak bardzo byłam zdenerwowana. Teraz, gdy wszystko zaczynało się układać, wróciły moje naturalne skłonności do obżarstwa. Nie miałam niestety ze sobą większej sumy pieniędzy, tylko dziesięć złoty, które zostały mi z wczoraj.
- Jak ręka? – zapytał mnie Marcin, gdy próbowałam wsunąć palce pod gips i podrapać się po nich.
- Złamana w dwóch miejscach – wzruszyłam ramionami.
Olek przygarnął mnie wtedy do siebie, jakby chciał ode mnie odebrać każdą ranę i każdy ból. Wtuliłam się w niego, czując, że jestem w domu. Marcin odwrócił od nas wzrok i zapowiedział, że idzie po menu.
- Tak mi przykro – szepnął przy moim uchu Olek.
- Wiem, ale to nic. Wyzdrowieję – nie chciałam, żeby miał wyrzuty sumienia, dlatego zmieniłam temat. – Odwieziecie mnie do domu, czy Marcin ma już dość tych wszystkich dramatów?
- No co ty. Nie przeginaj. Zamierzaliśmy cię zostawić na trasie A1 i patrzeć jak kuśtykasz przed siebie, ale jeszcze pomyślimy – rzucił beztrosko.
Wzniosłam do góry oczy i przygryzłam dolną wargę, żeby się nie roześmiać.
- A tak serio – zaczął niepewnie i odrzucił do tyłu swoją „już naprawdę o wiele za długą" grzywkę – to nie zawieziemy cię do domu. To znaczy, jeszcze nie teraz – zamilkł i wpatrywał się we mnie uważnie.
- Jak to? To gdzie chcecie mnie zawieźć?
- Do mojej babci – uśmiechnął się nieśmiało.
- Co? – prawie zachłysnęłam się własną śliną.

- Babcia chce cię straszliwie poznać, a ja nie jestem jeszcze gotowy, żeby się z tobą rozstać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz