sobota, 12 sierpnia 2017

"Sezon na lisa" Rozdział 24 (Koniec)


Olek
Paula długo się opierała, ale widziałem, że bardzo chciała poznać moją babcię. Kto by nie chciał. W sekrecie napisałem maila do Anny i kazałem jej przelać zaległe wypłaty przekazem pocztowym na nasze adresy. Wysłałem też nagranie, w którym Anna głośno przyznaje się do szantażu. Nie chciałem tego nigdy ujawniać i to głównie przez wzgląd na Paulę, ale jeśli będzie trzeba, to nie zawaham się tego zrobić. Miałem jednak nadzieję, że obejdzie się bez tego. W końcu Anna bardzo dba o wizerunek Lisiej Doliny i nie pozwoliłaby sobie na skandal, który wybuchłby, gdyby na przykład taki film znalazł się na Fanpage’u pensjonatu. Liczyłem, że załatwimy to polubownie i już nigdy o sobie nie usłyszymy.

- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? – zapytała Paula po raz setny.
- Nie, ale co nam szkodzi spróbować – drażniłem się z nią. – Tylko pamiętaj, żadnego trzymania się za ręce, czy dotykania. Babcia jest bardzo konserwatywna. Pewnie nawet nie wie, że uprawiam seks – zrobiłem bardzo poważna minę i prawie udało mi się nabrać Rudzielca, ale ten głupek, Marcin parsknął głośno z przedniego siedzenia.
- Jesteś idiotą – dostałem szturchańca w bok od Pauli.
- Wiem, ale i tak mnie kochasz – ściszyłem głos.
- Niestety – westchnęła z udawanym znużeniem.
- Czy wy chcecie, żebym puścił pawia na przednią szybę? – ostrzegł kretyn, który był moim najlepszym kumplem.
- I kto to mówi. Jak spotkałeś Kamilę, to coś gadał? – przyszła kolej na mnie, chociaż obiecałem mu, że nigdy nie będę tego wyciągał na światło dzienne.
- Ostrzegam cię! – syknął i próbował mnie dosięgnąć z przedniego siedzenia.
- Ale ja chcę wiedzieć – Paula zrobiła minę kota ze Shreka.
Marcin rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie w lusterku, ale generalnie miałem je w dupie.
- Po którejś tam randce z Kamilą postanowił dać upust swoim głęboko skrywanym emocjom, więc nachlał się jak świnia i nabazgrał na wiadukcie czerwonym sprejem: „Kocham cię Kamila. Marcin.” Ten debil chciał się jeszcze podpisać z nazwiska, ale powstrzymałem ten zapijaczony łeb.
Rudzielec śmiał się w głos. Kochałem ten dźwięk najbardziej na świecie. Miałem wrażenie, że nic nigdy nie było piękniejsze od jej radości.
- Dobra. Doigrałeś się – fuknął Marcin. – Jak tylko zajadę, dosłownie w chwili, w której postawię w domu nogę, szukam twoich zdjęć z czasów Tarzan boy. Paula od razu kopnie cię w dupę, bo takiego upodlenia swojego chłopaka, to nikt nie zniesie.
- Aż tak było źle? – zapytał roześmiany Rudzielec.
- Weź go nie słuchaj. Zazdrości. Nie każdy może wyglądać jak kalifornijski surfer – zarzuciłem kudłami do tyłu, a Paula omal się nie zakrztusiła ze śmiechu.
- Dobre – parsknął Marcin.
W takiej właśnie atmosferze, obrzucając się obelgami i wspominając najbardziej obciachowe momenty naszej znajomości z Marcinem, przebyliśmy całą drogę do domu. Wjeżdżając do miasta, Paula znowu spoważniała. Była zdenerwowana jak cholera. Nie bardzo rozumiałem, dlaczego aż tak bardzo obawiała się tego spotkania.
- Hej – szepnąłem jej na ucho – będzie dobrze.
- Myślisz, że mnie polubi? – zapytała cicho.
- Myślę, że nie, ale to nie szkodzi. Ja ciebie lubię – odpowiedziałem, wyszczerzając się szeroko.
- Mówię poważnie.
- Paula, nie pojmuję jak ktoś może ciebie nie polubić.
Uśmiechnęła się blado i dopiero wtedy to do mnie dotarło. Skąd miała wiedzieć, że jest idealna, skoro nikt jej nigdy tego nie powiedział. Skąd miała to wiedzieć, jeśli całe jej życie złożone było ze zmartwień, odrzucenia i chłodu.
Pod wpływem olbrzymiej czułości, która omal nie rozsadziła mi serca, objąłem ją delikatnie za ramiona i szepnąłem do ucha:
- Jesteś idealna. Na całym świecie nie ma drugiej takiej jak ty i nigdy cię nikomu nie oddam.
Podniosła na mnie oczy, w których pojawiło się bezbrzeżne zaskoczenie. Nie dałem jej czasu na skomentowanie tego, bo byłem zbyt wzruszony i mogłem się w każdej chwili rozryczeć. Jakbym to zrobił w towarzystwie Marcina, do końca życia by mnie tym zadręczał.
Zatrzymaliśmy się na miejscu. Pospiesznie otworzyłem drzwi i pomogłem Rudzielcowi wygramolić się z tylnego siedzenia. Rozglądała się na wszystkie strony z ciekawością, którego mogłoby jej pozazdrościć dziecko.
- Pięknie tu – szepnęła.
Owszem, babcia umiała obchodzić się z roślinnością, a przede wszystkim kwiatami, których było w ogrodzie i wokół domu całe stada.
- Ile kwiatów -  mówiła cicho, jakby znalazła się nagle w kościele.
- Wiem, dużo tego. Jak byłem mały wyobrażałem sobie, że któregoś dnia się zmutują i wedrą do domu, a potem nas wszystkich pożrą.
Paula roześmiała się i spojrzała na mnie z dziwną miną.
- Dobre – przyznała.
- Słuchajcie, ja spadam – wtrącił się Marcin, który w tym czasie wypakowywał nasze graty.
- Spadaj. Dzięki – machnąłem mu w podzięce ręką.
- Dziękuję – Paula podeszła do Marcina i ku jego zdziwieniu, objęła go jedną ręką w pasie i przytuliła głowę do jego piersi.
Gdyby chodziło o kogoś innego, poczułbym zazdrość, ale to był Marcin i ja sam byłem mu zajebiście wdzięczny za to, co zrobił. Miałem u niego dług, jak stąd do Glasgow.
- Spoko, ruda kito – pociągnął Paulę za kucyk i uśmiechnął się krzywo.
Był zakłopotany, ale widziałem, że też bardzo mu się to podobało.
- No, dość tych przytulanek – podszedłem do Pauli i oderwałem ją od kumpla. – Leć już, bo zaczynasz cuchnąć – zrobiłem z Marcinem żółwia, a potem obserwowałem jak wsiada do samochodu i odjeżdża.
Paula przylgnęła do mnie tyłem, a ja objąłem ją delikatnie, opierając brodę na czubku jej głowy. Nie dane nam było długo cieszyć się tą błogą chwilą spokoju. Najpierw usłyszałem głośny łoskot zamykanych drzwi od ogrodu, a potem zobaczyłem babcię w jej sławetnym kwiecistym nylonowym fartuchu. Wiedziała, że przyjadę i przywiozę ze sobą Paulę, a mimo to w jej oczach pojawiło się olbrzymie zdumienie i jakby zachwyt.
- Oooo! – zaczęła piskliwym głosem.
Wywróciłem oczami i na chwilę oderwałem się od Rudzielca, żeby wziąć babcię w ramiona. Była niska i pulchna i żeby ją przytulić musiałem przykucnąć.
- Babciu, znowu przytyłaś – rzuciłem, żeby się z nią podrażnić.
Bardzo się złościła, jak jej to wypominałem…dlatego robiłem to przynajmniej raz w tygodniu. Babcia walnęła mnie z za to z otwartej dłoni w plecy, a ja roześmiałem się w głos.
Zamiast nacieszyć się długo niewidzianym wnukiem, odepchnęła mnie niemal brutalnie i natychmiast podeszła do Pauli.
- Biedactwo – babcia załamała ręce, widząc obrażenia Pauli, a potem zwróciła się do mnie: – Boże, jaka ona ładna. Jak mówiłeś, że jest ruda, to pomyślałam, że pewnie jest brzydka, jak większość rudych i…
- Babciu! – wrzasnąłem, przerażony tym, co wygaduje.
- No, co! – żachnęła się. – To prawda, ale ty dziecko – ponownie całą swoją uwagę przeniosła na Rudzielca – jesteś piękna, jak te moje róże, o tam w kąciku – wskazała ręką niewidoczne miejsce – Mają taki sam kolor, jak twoje włosy. Chodź pokażę ci – chwyciła Paulę pod zdrowe ramię i powolnym krokiem zaczęła oprowadzać ją po ogrodzie.

Paula
Uwielbiam babcię Olka. Przede wszystkim za to, że tak cudownie nieświadomie umiała go zawstydzić i że miała taki dobry kontakt z wnukiem. Przekomarzali się oboje, jak para przyjaciół i tym właśnie chyba byli.
Kończyliśmy właśnie obiad, gdy na stół wjechało ciasto truskawkowe. Prawie się ośliniłam na jego widok.
Dom, w którym wychował się Olek był ciepły i przytulny. Pełen serwetek i kolorowych bibelotów. Przez duże okno ozdobione fikuśnymi zasłonami wpadały promienie popołudniowego słońca. Czułam się tu dobrze i cieszyłam, że właśnie w takim otoczeniu spędzał swoje dzieciństwo mój chłopak.
- Od zawsze myślałam, że Olek to lubi chłopców – zagadnęła mnie pani Gienia, gdy postawiła na stół dzbanek kawy.
Właśnie piłam kompot i parsknęłam nim na bielusieński obrus na stole.
- Babciu!– westchnął Olek. – Czy ty wreszcie skończysz z tymi bzdurami. Chcesz, żebym cię w końcu zamknął w domu starców, jak zapowiadałem? – zapytał.
- Ale taka była prawda. To znaczy tak myślałam, bo jeszcze nigdy nie przyprowadził do nas dziewczyny – mówiła zaaferowana, przyczesując swoje niesforne kręcone włosy w kolorze dojrzałego bakłażana. – Nawet myślałam, że on i Marcin…– zaczęła ze śmiechem, ale dla Olka tego było już za wiele.
- Ostrzegam cię! – wycelował łyżeczką w babcię, a potem zwrócił się do mnie – I wiesz już, dlaczego nie przyprowadzałem tu żadnej dziewczyny?
Nie mogłam się powstrzymać tak bardzo mnie rozbawili swoimi docinkami.
- No dobra. Już kończę ten temat – powiedziała pani Gienia na zgodę i ukroiła dla mnie olbrzymi kawał ciasta.
Po obiedzie Olek wziął mnie na spacer po okolicy. To była nieduża wieś, która praktycznie łączyła się już z przedmiejskimi zabudowaniami.
- Naprawdę tu przyjemnie – przyznałam po raz kolejny.
Byłam autentycznie zachwycona tym miejscem. Niewielkie domki ustawione jeden przy drugim, otoczone ogródkami pełnymi kwiatów. Zadbane podwórza, stare rozłożyste drzewa. Pod jednym z nich, u sąsiadów pani Gieni, dostrzegłam także zaczepianą a grubej gałęzi drewnianą huśtawkę. Od razu wyobraziłam sobie Adasia, jak piszczy na niej z zachwytu. Zrobiło mi się smutno i strasznie za nim zatęskniłam.
Po spacerze wróciliśmy do domu. Zbliżał się wieczór, a ja poczułam się strasznie zmęczona. Wydarzenia ostatnich dni dały mi w kość i dopiero teraz zaczynałam to odchorowywać. Tak wiele się zmieniło wciągu tak krótkiego okresu. Wróciły do mnie moje stałe zmartwienia o pieniądze, pracę  i studia. Była też jeszcze jedna sprawa, która nie dawała mi spokoju i napełniała mnie smutkiem.
Wyjazd Olka za granicę.
Posłyszałam jego rozmowę z babcią w kuchni.  Kobieta wspomniała o tym i zapytała go, co teraz zamierza, ale nie dosłyszałam odpowiedzi Olka. W jednej chwili zrozumiałam, że jego planem na przyszłość był wyjazd za granicę, a ja…nie mogłam go poprosić o to, aby został.
Usiedliśmy na ławeczce w ogrodzie. Nad naszymi głowami dyndały niedojrzałe jeszcze jabłka, a przede mną Olek ustawił dwie miseczki – jedną pełną pachnących malin, a drugą czereśni.
- Co się dzieje? – chłopak usiadł przodem do mnie i pogłaskał mnie po twarzy.
Od razu zauważył zmianę mojego nastroju.
- To, co zawsze – wzruszyłam ramionami. – Myślę teraz, gdzie znaleźć pracę i co robić dalej – przyznałam. – Tęsknię też za Adamem.
Olek chwilę milczał, a w jego błękitnych oczach pojawił się znajomy błysk.
- Chciałem o tym z tobą porozmawiać później, ale nie chcę, żebyś się martwiła – wziął mnie za rękę. – Wykonałem trochę telefonów – zaczął. – Nie wiem, co ty na to, ale gadałem wczoraj z Pawłem. Jeśli byłabyś zainteresowana, to miałby dla ciebie pracę we Wrocławiu. Coś w biurze. Wiem, że to nie ma nic wspólnego z twoimi studiami, ale w międzyczasie mogłabyś sobie znaleźć coś odpowiedniego. Sara na pewno by ci pomogła – mówił bardzo szybko, jakby bał się, że jeśli nie powie wszystkiego na raz, to jego propozycja wyda się bezsensowna.
Wzruszenie chwyciło mnie mocno za serce, ale próbowałam nie dać tego po sobie poznać.
- Co ty na to? – sięgnął do moich włosów i założył za moje ucho luźny kosmyk.
- Olek…nie musisz tego dla mnie robić – zaczęłam, nie bardzo wiedząc, jak poukładać w słowa moje rozrzucone myśli.
- Wiem, ale chcę. Chcę dla ciebie zrobić o wiele więcej. Chcę dla ciebie zrobić…wszystko – powiedział i przełknął ciężko ślinę.
Zaparło mi dech w piersiach i zanim zdołałam wydusić z siebie choćby najmniejszy dźwięk, Olek ponownie się odezwał.
- Zanim ciebie poznałem, chciałem wyjechać – popatrzył przed siebie. – Chciałem zobaczyć świat – uśmiechnął się tym swoim popisowym uśmiechem. – Wciąż chcę – powrócił do mnie spojrzeniem. – Ale nie wyobrażam sobie, abym miał go oglądać bez ciebie – dodał, biorąc mnie za rękę.
To były najpiękniejsze słowa, jakie usłyszałam w życiu. W tym momencie nie mogłam się powstrzymać i kilka łez popłynęło po moich policzkach.
- Dlaczego płaczesz? – na twarzy Olka pojawiło się przerażenie.
Pokręciłam głową, żeby dać mu tym znać, że to nic takiego, ale on nie wyglądał na przekonanego.
- Nie chcesz tego? Nie chcesz być ze mną? – zapytał niepewnie, kiedy próbowałam dojść do siebie.
- Chcę – wydusiłam. – Bardzo chcę, ale Olek, ja nie chcę cię blokować, ani stać ci na drodze.
- Co ty pleciesz, głuptasie – powiedział wycierając kciukami moje policzki. – Zamierzam przeprowadzić się do Wrocławia. Chcę na ciebie poczekać, aż skończysz studia, a potem razem zdecydujemy, co zrobimy dalej.
- Ale Adaś…– zaczęłam, bo przecież nie mogłam Olkowi niczego obiecać, bo nie byłam sama. Byłam odpowiedzialna nie tylko za siebie, ale też za niego.
- Lisku, nie obraź się na mnie, ale gdy ty razem z Marcinem kupowałaś na stacji coś do jedzenia…ja zadzwoniłem do twojej mamy.
Ta wiadomość mnie naprawdę zaskoczyła. Otworzyłam ze zdumienia usta.
- Nie stresuj się – powiedział, widząc moja minę. – To ja spieprzyłem. To wszystko przeze mnie i nie mogłem tego tak po prostu zostawić.
- Ale po co do niej dzwoniłeś?
- Chciałem ją o coś zapytać, ale zaraz do tego dojdę – oblizał usta i machnął do góry ręką, żeby dosięgnąć gałęzi z liśćmi. – Powiedziałem, że mamy na oku inną pracę. Nie chciałem mówić jej o tym, co się wydarzyło. Ty powinnaś zadecydować o tym, co zechcesz jej powiedzieć. Wie tylko, że byłaś w szpitalu – żachnęłam się, ale on podniósł rękę, żeby mnie uspokoić – ale wie, że nic ci nie jest. Także spoko, tylko musisz do niej zadzwonić – westchnął, jakby zmęczony. – Zapytałem ją też, czy ma coś przeciwko, gdybyśmy zabrali na jakiś czas Adasia na wieś. To znaczy tutaj. Do mnie. I do babci – jego głos cichł z każdym wyrazem.
- Ale jak to? – niczego nie rozumiałem.
Olek wyglądał na zdenerwowanego, jakby bał się mojej reakcji na te rewelacje.
- Chciałem, żebyś tu ze mną została do końca wakacji i pomyślałem sobie, że Adasiowi też przydałyby się wakacje. Zrobiłbym mu huśtawkę. Tu niedaleko jest stadnina koni. Chłopak mógłby trochę sobie pojeździć, to znaczy pod twoim okiem i tak dalej – powiedział na jednym wydechu.
Mówił i mówił, a ja doznawałam coraz większego szoku. Adaś? Tutaj? Z nami?
- Nie rozumiem. Chcesz, żebyśmy tu przywieźli Adasia? – dopytałam, żeby się upewnić, czy dobrze zrozumiałam.
- Tak – zgniatał nerwowo liścia w ręku. – Babcia się zgodziła, wręcz nakazała mi go przywieźć, więc nie mam wyjścia.
Uśmiechnęłam się przez łzy.
- Ale Olek. Ja nie mam jak się nim tu zająć – wskazałam na mój gips.
- Lisku – powiedział łagodnie. – Pozwól sobie pomóc – pogłaskał mnie po twarzy. – Nie jesteś już sama. Masz mnie.
- Olek, ja…nie wiem, co mam powiedzieć – autentycznie zabrakło mi słów.
- Po prostu się zgódź – poprosił.
Niczego nie pragnęłam bardziej, niż właśnie takiego scenariusza.
- Muszę zadzwonić do mamy – powiedziałam, a potem objęłam Olka jedną ręką w pasie. – Dziękuję. Dziękuję, że jesteś.
- Nigdy mi za to nie dziękuj – szepnął przy moich włosach.
Objął mnie mocno i na chwilę zastygliśmy w takiej pozie. Poczułam, że właśnie zaczyna się moje prawdziwe życie. To, które wiodłam do tej pory, było tylko cieniem życia. Ja byłam cienieniem samej siebie. To Olek wyciągnął ze mnie to, co tak mocno trzymałam w ukryciu. Pokazał mi, że wciąż mogę się śmiać i marzyć. Że nie muszę zawsze być silna.
Że nie muszę już walczyć.
Trzy tygodnie później…
- Przyjechali! – krzyknął Adaś, który siedział na kocu pod jedną z jabłoni.
Wcześnie rano po Olka przyjechał Marcin i razem zniknęli gdzieś na kilka godzin. Gdy pytałam, dokąd się wybierają, Olek tylko uśmiechnął się pod nosem i powiedział, że to niespodzianka. Nie mogłam się doczekać, ale też poczułam delikatny niepokój. To był w końcu Olek.
- Szybko, pomóż mi! – Adaś podczołgał się do wózka, a ja pomogłam mu się w nim usadowić.
Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam mojego brata tak bardzo szczęśliwego, jak podczas tego tygodnia u babci Gieni, jak zaczął ją nazywać. Pomimo wcześniejszych obaw, szybko przekonałam się, że to był genialny pomysł. Mama też wyglądała na zadowoloną z takiego obrotu sytuacji. Bardzo się zmieniła i miałam przeczucie, że to nie jeden z jej euforycznych momentów, po którym przyjdzie równie wielki dół. Leczenie przynosiło efekty i teraz mogłam uwierzyć, że wszystko będzie z nią okej, a ja będę mogła pozwolić sobie na trochę wolności na studiach.
Dla Adama też rozpoczynał się nowy etap. Miałam nadzieję, że szkoła i kontakt z rówieśnikami pomoże mu w rozwoju. Mnie rozpierała radość, gdy na niego patrzyłam. Uwielbiałam obserwować go w interakcji z Olkiem. Spędzali ze sobą mnóstwo, czasami czytali komiks o superbohaterach, a innym razem urządzali sobie szalone jazdy wózkiem po polnej drodze. Braciszek zakochał się w Olku i z tego co zdołałam zauważyć, było to uczucie odwzajemnione.
Chwyciłam za rączki wózka i ruszyłam z podekscytowanym Adamem pod podjazd. Z auta Marcina wysypało się stado ludzi. Uśmiechnęłam się na widok Kamili, Marcina, Sary i Olka, który wyskoczył pospiesznie z samochodu. Na twarzy miał koci uśmiech, a ja nie mogłam się powstrzymać i parsknęłam głośno.
- Olek!!! – krzyknął Adaś.
- Trzymałeś język za zębami? – zapytał go Olek.
- No jasne – odpowiedział Adaś lekko urażonym tonem.
- Co wy kombinujecie? – zapytałam, lekko zaniepokojona ich tajemnicami.
- O Boże, jaki słodki rudzielec! – zakwiliła Kamila, która podeszła do nas z szerokim wyszczerzem.
Adaś zrobił się czerwony jak burak. Chyba ktoś mu się spodobał, pomyślałam rozbawiona.
- No, niestety. To rodzinna przypadłość – zażartowałam.
Dziewczyna przywitała się moim braciszkiem, a ten nienaturalnie zamilkł. Sara podeszła do nas, chowając ręce za siebie. Miała na sobie śliczną granatową sukienkę w duże białe grochy. Nie byłam już o nią zazdrosna i bardzo ją polubiłam, ale już zawsze będę pamiętała, że była dużym zauroczeniem Olka i nie wiem, czy będę mogła się przed nią w pełni otworzyć.
- Hej, przystojniaku – przywitała się z Adasiem, puszczając do mnie oko. – Słyszałam, że lubisz superbohaterów. Masz już coś takiego? – wyciągnęła zza pleców figurkę Deadpoola.
Adaś zassał głośno powietrze, a okulary zsunęły się mu z nosa. Sięgnął po czterdziestocentymetrową zabawkę i wpatrywał się w nią z zachwytem. Na pytanie Sary zdołał  jedynie pokręcić przecząco głową.
O mój Boże, pomyślałam. Jeszcze nie widziałam go w takim szoku. Moje wcześniejsze rozkminy na temat Sary nagle się ulotniły. Chyba ją w tej chwili pokochałam.
W tym czasie dołączyli do nas chłopaki.
- A ja? – Olek zwrócił się do Sary, widząc tę zajebistą zabawkę. – Chcę taką samą – zajęczał.
- Kupię ci na twoje pięćdziesiąte urodziny, jak będziesz przeżywał kryzys wieku średniego – odpowiedziała i zwróciła się do Adasia – I jak? Podoba ci się? Bo mogę ją wymienić, jeśli wolisz kogoś innego.
- Nie! –prawie krzyknął, przytykając figurkę do siebie. – Dziękuję – uśmiechnął się nieśmiało.
- Dostanę za to buziaka? – dopytała, a na to twarz Adama przybrała barwę dojrzałego pomidora.
Sara nachyliła się, a on delikatnie cmoknął ją w policzek.
- Dość tego obcałowywania – odezwał się Marcin – Zostawcie chłopaka w spokoju. – przywitał się z moim bratem żółwikiem. – Elo.
Marcin poznał już Adasia. To właśnie on użyczył nam auta, abyśmy mogli po niego pojechać.
Byłam bardzo szczęśliwa, że tak szybko nas zaakceptowali. Czułam się w towarzystwie przyjaciół Olka jak u siebie i nie mogłam się tym nasycić.
- Hej, Rudzielcu – Olek przytulił mnie i pocałował na oczach wszystkich.
Nie miał żadnych oporów przed okazywaniem mi czułości przy znajomych, czy nawet babci. Jeśli jemu to nie przeszkadzało, to i ja zaczynałam się z tym oswajać. Mieliśmy dla siebie dużo czasu, ponieważ pani Gienia porywała z rana Adasia i razem z nim odwiedzała swoją sąsiadkę, do której przyjechali wnukowie w podobnym wieku. Adaś był zachwycony nowymi kolegami. My z Olkiem wykorzystywaliśmy ten czas w różny sposób, ale przede wszystkim w…łóżku. Nie mogliśmy się od siebie odkleić i zaczynało mnie to przerażać, ale w taki pozytywny sposób.
- Gdzie byliście? – dopytałam wreszcie.
Olek uśmiechnął się i zapytał:
- Pamiętasz naszą przejażdżkę na tandemie?
- Jak mogłabym zapomnieć. Prawie mnie na nim zabiłeś.
- Tak, jasne. Zakochałaś się w tym rowerze od pierwszego wejrzenia.
To była prawda, ale nie chodziło o rower, ale o niego i jego głupie pomysły, ale o tym nie zamierzałam mówić teraz głośno. Westchnęłam tylko i uśmiechnęłam się.
Olek oderwał się ode mnie i podbiegł do auta, a po kilku sekundach wyłonił się zza niego z rowerem. Z tandemowym rowerem, który znalazł w szopie w Lisiej Dolinie. Otworzyłam bezwolnie usta z zaskoczenia.
- Jak? – wydusiłam.
- Przywiozłem go stamtąd. Andrzej wywiózł go dla mnie i voilà – ukazał całe uzębienie.
- Zajebisty – oceniła Sara. – Mogę się przejechać? – zapytała.
- Jasne, ale pierwsza przejażdżka należy do mnie i Rudzielca – powiedział, patrząc mi prosto w oczy.
Moje serce podskoczyło kilka razy w piersi na wspomnienie naszej pierwszej wycieczki do wiejskiego sklepu.
- Dopiero dwa dni temu zdjęli mi gips. Chcesz, żebym znowu została w niego zapakowana? – zapytałam z przekąsem, ale nie było takiej siły, która powstrzymałaby mnie przed wskoczeniem na tandem.
- No chodź. Wiem, że chcesz – złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie.
Uśmiechnęłam się szeroko i zwróciłam się do dziewczyn z prośbą, aby zajęły się  przez chwilę Adasiem.
- Spoko. Jedźcie gołąbeczki – zapewniła Kamila i całą paczką ruszyli do ogrodu.
- Gotowa? – zapytał Olek.
- Nie, ale nie mam wyjścia – zaśmiałam się.

Olek posłał mi jeden ze swoich najsłodszych uśmiechów i ruszyliśmy przed siebie. Słońce przyjemnie grzało, a wiatr rozwiewał nam włosy. Świat stał przed nami otworem i po raz pierwszy w życiu poczułam prawdziwą wolność. Wolność, którą pokazał mi chłopak na tandemowym rowerze.




*zdjęcia: pinterest.com Lindsay Hansen i Wyatt Nash

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz